My wszyscy z Giedroycia

Adam Michnik
28.09.2006 , aktualizacja: 28.07.2006 18:06
A A A Drukuj
Sto lat temu urodził się Jerzy Giedroyc. My wszyscy z niego - tak może powiedzieć każdy z nas, ludzi opozycji demokratycznej po 1956 r. Pomagał nam ideą i konkretnym wsparciem, książką i kiesą
Był jednym z najwybitniejszych Polaków XX w.; stworzył "Kulturę" i bibliotekę "Kultury", instytucje, bez których nie można dziś napisać i zrozumieć najnowszej historii Polski.

Poświęcił Polsce całego siebie - był człowiekiem bez życia osobistego. Polska była jego wielkim jedynym romansem - choć był bardzo krytyczny wobec Polaków, obiektu swej miłości. Jak każdy prawdziwie zakochany.

Był najwybitniejszym polskim politykiem w epoce postjałtańskiej, choć uprawiał politykę tylko zza redakcyjnego biurka. Potrafił wszakże stworzyć i upowszechnić system wartości i sposób myślenia, który nie tylko przyniósł Polsce wolność i niepodległość, ale wyznaczył również zasadniczą linię polskiej polityce zagranicznej i wewnętrznej w sprawach newralgicznych: pojednanie z sąsiadami i pełną otwartość wobec mniejszości narodowych; opcję proeuropejską i proatlantycką.

Był w tym myśleniu emigrantem zachodniej Europy, ale przede wszystkim był dziedzicem tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego - Rzeczypospolitej Wielu Narodów, religii i kultur. Rozumiał wszakże, że nie może być powrotu do przeszłości; że w interesie Polski, jej sąsiadów i całej Europy jest uznanie nienaruszalności granic z 1945 r., wyrzeczenie się myśli o odwecie i wszelkiego rewanżyzmu, odważne myślenie o integracji europejskiej. Przełamywał z uporem polską ukrainofobię, rusofobię i germanofobię; wspierał aspiracje narodowe Litwinów i Białorusinów; jednoznacznie demonstrował i artykułował swe potępienie antysemityzmu.

Chciał Polski wolnej - niepodległej i demokratycznej. Juliusz Mieroszewski, alter ego Giedroycia, polemizując z częścią opinii publicznej emigracji, pisał: "Tylko wolność demokratyczna jest wolnością dla wszystkich. Polacy stawiają znak równania między wolnością a niepodległością. Ale jest to ujęcie fałszywe. Polska rządzona przez oenerowskiego führera mogłaby być państwem niepodległym i suwerennym, ale w tej Polsce nie byłoby wolności ani dla mnie, ani dla setek tysięcy moich rodaków".

Czy wierzył - wtedy, gdy tworzył "Kulturę" - że doczeka takiej Polski? Nie wiem. Jerzy Giedroyc był człowiekiem skrytym, nieskorym do wynurzeń. Zapytałem go kiedyś: Jerzy, skąd czerpałeś siłę duchową w tamtych latach czarnej beznadziejności? Odpowiedział mi: z pesymizmu, Adamie. Pesymizm chroni przed rozczarowaniem i rozpaczą; pesymizm pozwala zachować nadzieję nawet wtedy, gdy rozsądek mówi, że wszystko jest beznadziejne.

Fascynował go Józef Piłsudski, który w najbardziej beznadziejnych sytuacjach umiał budować strategię nadziei. Pisał Giedroyc w 1953 r. w liście do Juliusza Mieroszewskiego: „Miałem zaledwie dwa razy okazję mówienia z Piłsudskim. Raz powiedział on aforyzm, który dopiero niedawno zrozumiałem (była mowa, ma się rozumieć, o ojczyźnie) -  »jak się nie ma marmuru, to się z gówna lepi monumenty «”.

Toteż Jerzy Giedroyc budował fundamenty. Przywracał do życia pisarzy skazanych już na nieistnienie: Witolda Gombrowicza, Czesława Miłosza, Jerzego Stempowskiego, Czesława Straszewicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Miał niezwykły talent wyszukiwania i ożywiania talentów pisarskich: Juliusz Mieroszewski, Konstanty Jeleński, Michał Heller - który z nich by istniał, gdyby nie bezbłędne oko redaktora "Kultury"? Później wyciągnął przyjazną rękę do ludzi z nowych fal emigracji: do Marka Hłaski, do Leszka Kołakowskiego, Leopolda Ungera, Wojciecha Skalmowskiego, Krzysztofa Pomiana i do wielu innych.

Nie miał nigdy sztywnego programu ani spójnej doktryny. Niepodległość i demokracja - to mu wystarczało.

Za to miał wymiar męża stanu; wymiar wprawiający w osłupienie, gdy spogląda się dziś na matadorów polskiej sceny politycznej. Czasem zastanawiam się, co Giedroyc by powiedział, obserwując to, co dziś rządząca koalicja wyprawia z Polską. I prawdę mówiąc, żaden przymiotnik nie przychodzi mi do głowy. Myślę, że powtórzyłby za Krzysztofem Pomianem, że to już nie trumny Piłsudskiego i Dmowskiego rządzą Polską, lecz trumny Bolesława Piaseckiego i Mieczysława Moczara.

Miał zasady człowieka z innej epoki - uczciwość, lojalność, prawdomówność. Miał intuicję wielkiego wizjonera i pracowitość mnicha zakonu benedyktynów; miał talent redaktorski, jakiego nie było w całej historii Polski, i odwagę intelektualną - jakiej także pewno nie było.

Był antykomunistą konsekwentnym, ale nie był antykomunistą jaskiniowym. Pisał do Mieroszewskiego już w 1951 r.: „Zwalczamy w sposób bezkompromisowy stalinizm, to jest formę imperializmu komunistycznego połączonego z imperializmem rosyjskim”, natomiast „wszystkie formy komunizmu »narodowego « traktujemy jedynie jako przeciwników ideologicznych, z którymi można walczyć według ogólnie przyjętych zasad”. Po dwóch latach precyzował: „w krajach satelickich są niezliczone masy ludzi, które muszą ze względów życiowych należeć do partii i organizacji afiliowanych do partii, są ponadto - jakkolwiek nieliczni - komuniści »narodowi «, którzy są nastawieni antystalinowsko i antysowiecko. (...) Każdy wypadek musi być badany indywidualnie (...) nie można samego gołego faktu należenia traktować jako kompletną dyskwalifikację. Tym bardziej dotyczy to ludzi, którzy w swojej młodości byli komunistami, potem patriotycznie bili się w wojsku i mają duży dorobek publicystyczno-propagandowy, są uznani, a nawet cenieni w środowisku emigracyjnym. Ich przeszłość komunistyczna była powszechnie znana, stanowiła zresztą rdzeń twórczości pisarskiej”. Odnosząc się do wznoszącej się fali „dekomunizacyjnej” nietolerancji na emigracji, dorzucał „trzeba napiętnować plagę donosicielstwa, która rozpanoszyła się na emigracji”.

Czyniono mu nieraz zarzut z tego, że zbyt łagodnie traktuje ekskomunistów; on jednak spoglądał w przyszłość, nie wstecz. Chciał znajdować sojuszników, a nie mnożyć szeregi odtrąconych frustratów.

Jako redaktor był liberałem, publikował wszystko, co ciekawe i wartościowe, namawiał Mieroszewskiego, by ten skłonił Felicjana Sławoja-Składkowskiego, ostatniego premiera II Rzeczypospolitej, do ponownego opublikowania "Strzępów meldunków", tym razem "już bez kropek i wypuszczeń". "Dziś jest najwyższy czas - tłumaczył - pisać o wszystkim bez osłonek, a rzeczywiście byłaby wielka szkoda, by tak kapitalny świadek i tak szczery w swej głupocie jak Sławoj nie zostawił swych wspomnień".

Jedynie wobec łajdactwa i zdrady był bezkompromisowy. Pogardzał oszczerstwem, donosicielstwem, koniunkturalnym karierowiczostwem. Jednak wobec ludzi, którzy chcieli stać się lepszymi, wykazywał elastyczność i tolerancję. Po prostu sprzyjał każdej zmianie na lepsze. W 1956 r. z całym przekonaniem poparł Władysława Gomułkę, po 1995 r. chętnie kontaktował się z Aleksandrem Kwaśniewskim. Na łamach "Zeszytów Historycznych" opublikował obszerne opracowanie gen. Wojciecha Jaruzelskiego o stanie wojennym. Tak, to był człowiek z innej epoki.

Znałem Jerzego Giedroycia od 1964 r. - i była to dla mnie znajomość bezcenna. Nie był człowiekiem łatwym, jak niemal każdy człowiek genialny. Dochodziło między nami do sporów i konfliktów, trafiały się nam "ciche dni", ale zawsze miałem świadomość obcowania z kimś bardzo niezwykłym; z kimś, kogo słowa wzbogacają.

Bywał opluwany przez lata, przez propagandę komunistyczną w kraju, przez "niezłomnych" z Londynu, przez endeków, którzy widzieli w nim diabolicznego szefa żydowsko-masońskiej mafii, która chce zawładnąć Polską. On sam szczerze odwzajemniał im niechęć, bowiem nie znosił kołtuńskiej mentalności zarówno czerwonej, jak i czarnej.

Powiedział do mnie kiedyś: nie lękaj się iść pod prąd opinii publicznej. Najpierw obrzucą cię błotem, ale potem zaczną szanować. Polacy szanują odwagę.

Szacunek, jakim dziś darzy Cię Polska, dowodzi, że miałeś rację, Jerzy.