Smutek rynsztoków
28.09.2006
, aktualizacja: 09.09.2005 20:04
Dzieje XX wieku pokazały, że tłum ludowy, radosny i wolnościowy łatwo przeobraża się w motłoch - ponury i nienawistny. Z czasem duch motłochu i język rynsztoka wdarł się do gazet, radia i telewizji. Chwilę później motłoch wkroczył do sal parlamentarnych. Bardzo trudno przeciwstawić się takiemu tłumowi. A przecież trzeba, choćby to oznaczało solidarność ze sprawą przegraną
Wkrótce po odkryciach Kolumba - opowiada Claude Lévi-Strauss w "Smutku tropików" - hiszpańscy kolonizatorzy powołali komisję, by ustalić, kim są tubylcy. Czy są to ludzie, czy może zwierzęta bądź pomioty diabelskie? Pytano: czy Indianie zdolni są żyć samodzielnie, tak jak chłopi kastylijscy? Odpowiedź była negatywna: "Tubylcy są tak występni - pisano w 1517 roku - że (...) uciekają przed Hiszpanami, odmawiają pracy bez wynagrodzenia, natomiast posuwają się w przewrotności tak daleko, że (...) nie zgadzają się na odrzucenie swych towarzyszy, którym Hiszpanie obcięli uszy". Konkluzje raportu były oczywiste: "Jest lepiej dla Indian, aby stali się niewolnikami, niż pozostali zwierzętami na wolności".
W tym samym czasie - pisze Lévi-Strauss - Indianie zajmowali się "chwytaniem białych i topieniem ich; następnie tygodniami stawiali straż przy topielcach, żeby przekonać się, czy ciała ich podlegają gniciu".
I
Porównując praktyki jednych i drugich, Lévi-Strauss zauważa, że biali kierowali się wiedzą wynikającą z nauk społecznych, podczas gdy Indianie sięgali do nauk przyrodniczych. Biali orzekali, że Indianie są zwierzętami, natomiast Indianie podejrzewali, że biali są bogami. "Biorąc pod uwagę jednakową niewiedzę, postępowanie Indian było na pewno bardziej godne ludzi".
Lévi-Strauss opisał konflikt cywilizacji - ludzie nie rozumieją się, nie umieją rozmawiać ze sobą, nie są zdolni przeto do żadnych kompromisów. Rozumieją tylko język wojny. Ma to swoje konsekwencje - dialog prowadzimy z adwersarzem, wojnę toczymy z wrogiem. Adwersarza można przekonać i zawrzeć z nim kompromis; wroga trzeba unicestwić, zadeptać, utopić w rynsztoku. Dlatego w świecie wojny dominuje język rynsztoku, panuje obyczaj rynsztoku.
II
"Rynsztoki pełne śmierdzącego błota", "smrodliwy rynsztok" - takie określenia przytacza Samuel Bogumił Linde, autor "Słownika języka polskiego", z dawnych dokumentów piśmiennictwa polskiego. Mowa rynsztoka to język nieczystości - tak było już w dawnych wiekach. Później stała się również językiem przemocy i okrucieństwa. Językiem, który zawsze brudzi, zohydza i odczłowiecza, a niekiedy zabija.
III
W grudniu 1922 r. polski Sejm dokonał wyboru prezydenta. Po 123 latach niewoli rozbiorowej, po krwawej Wielkiej Wojnie, po zwycięskiej wojnie z bolszewikami suwerenny parlament Rzeczypospolitej wybrał głowę państwa, co wieńczyło proces odbudowy niepodległej Polski.
Kluby parlamentarne zgłosiły kilku kandydatów. Ostatecznie po kilku głosowaniach zwyciężył Gabriel Narutowicz, kandydat centrolewicy chłopskiej (PSL "Wyzwolenie") wsparty później przez Polską Partię Socjalistyczną i PSL "Piast". Pokonał Maurycego Zamoyskiego, kandydata Narodowej Demokracji. Narutowicza wsparł również swymi głosami Blok Mniejszości Narodowych.
Wybór prezydenta nie został powitany powszechną radością. Przeciwnie, wy-zwolił brudną falę nienawiści - polski rynsztok zakwestionował decyzję polskiego parlamentu. W dzień po wyborze prasa opublikowała deklarację przywódców Narodowej Demokracji głoszącą, że Narutowicz został narzucony na prezydenta "głosami obcych narodowości", co naród polski musi odczuć jako "gwałt" i "ciężką zniewagę".
Prasa endecka dowodziła, że Narutowicz nie jest związany z polskością, "nawet nie umie dobrze mówić po polsku", natomiast jest "protegowanym żydowskiej finansjery światowej". Ks. Kazimierz Lutosławski pytał retorycznie: "Jak śmieli Żydzi narzucić Polsce swego prezydenta?". Stanisław Stroński wyrażał oburzenie, że Narutowicz "narzuca się głosami żydowsko-niemiecko-
-ukraińskimi na przedstawiciela państwa polskiego", że ten wybór jest "zdumiewająco bezmyślny, wyzywający, jątrzący". Towarzyszyły temu inne publikacje, w których zarzucano Narutowiczowi, że jest masonem i bezbożnikiem...
Zimno się robi podczas lektury tych tekstów. Nic dziwnego, że wspominamy je rzadko i niechętnie. Zważmy bowiem: stało się coś niesłychanego. Politycy endeckiej prawicy stoczyli się - na-zwijmy to po imieniu - do rynsztoka. Orzekli, że wybór jest w istocie nieważny, a Narutowicz nie powinien przyjąć urzędu i złożyć przysięgi prezydenckiej, gdyż został wybrany "głosami żydowskimi". Cóż znaczyła ta teza? Znaczyła ona, że pewna kategoria obywateli państwa wielonarodowego miała być pozbawiona prawa do udziału w parlamentarnym wyborze prezydenta.
Narutowicz był człowiekiem wielkich zdolności. Niegdyś niepodległościowy konspirator, potem profesor na politechnice w Zurychu w katedrze budownictwa wodnego. Był prawdziwym Europejczykiem, świetnie zorientowanym w realiach Europy Zachodniej, uformowanym w Szwajcarii, w dobrej szkole demokracji. Tam - pisze emigracyjny historyk Paweł Zaremba - nauczył się rozmawiać "z każdym i na każdy temat, pod warunkiem trzymania się określonego tematu. Był pod tym względem unikatem w polskim świecie politycznym, także i dlatego, że nie traktował różnic ideologicznych jako nieprzezwyciężonej przeszkody na drodze do osiągnięcia wspólnym wysiłkiem uzgodnionego i konkretnego celu. Wierzył w siłę perswazji".
O tym to człowieku napisano, że został prezydentem narzuconym przez Żydów, Niemców i Ukraińców. "Naród - pisał Stroński - w którego żyłach płynie krew, a nie gnojówka, musi się wzburzyć, gdy mu się bezczelnie i szyderczo pokazuje, że o najważniejszych dlań i najdroższych urządzeniach odzyskanego w męce państwa niepodległego rozstrzygają wrogo wobec polskości występujące narodowości obce".
Artykułom prasowym towarzyszyła lawina depesz do Narutowicza z żądaniem rezygnacji. Dziesiątki anonimowych listów lżyło go i zapowiadało "marną śmierć". Na masowych demonstracjach ulicznych wznoszono okrzyki: "Precz z Narutowiczem!", "Hańba mu!". Przywódcy endecji powtarzali na mityngach, że "Polskę sponiewierano".
"W poniedziałek 11 grudnia - pisze historyk Władysław Pobóg-Malinowski - już na długo przed zapowiedzianym na południe terminem zaprzysiężenia kilkutysięczny tłum, z wybitną przewagą obałamuconej młodzieży, gromadzić się zaczął w okolicy Sejmu. Jedni w Alejach Ujazdowskich z ulicznych ławek i szkolnych pulpitów robili barykady na jezdni, by zatrzymać prezydenta w jego drodze z Łazienek na Zgromadzenie Narodowe; inni na ul. Wiejskiej i na pl. Trzech Krzyży zatrzymywali zdążających do Sejmu posłów i senatorów; tych, którzy należeli do stronnictw popierających elekta, obsypywano obelgami, szyderstwami, szturchańcami i krzykami, że Zgromadzenie nie odbędzie się, gdyż nie zbierze się przepisana ilość posłów i senatorów. Poseł socjalistyczny Piotrowski został dotkliwie pobity, poseł Kowalski, Żyd, przedarł się do Sejmu, ociekając krwią z rozbitej głowy; posła Daszyńskiego i senatora Limanowskiego tłum z kijami wzniesionymi wepchnął do bramy jednego z domów i nie wypuszczał ich stamtąd. (...) Premier Nowak uchylił się od obowiązku towarzyszenia prezydentowi w jego powozie i przybył do Sejmu sam jeden, drogą bezpieczniejszą od Al. Ujazdowskich, zalanych przez tłum wyrostków z kijami".












