W poszukiwaniu utraconego sensu
28.09.2006
, aktualizacja: 26.08.2005 18:14
Adam Michnik (Fot. Adam Kozak / AG)
Plugawienie rewolucji solidarnościowej i jej bohaterów poprzez esbeckie archiwa to dla jednych czyn heroiczny, dla innych - granat ciśnięty w szambo: jednych zabije, innych okaleczy, wszystkich zasmrodzi. I tacy właśnie - poranieni, upaprani - będziemy świętować 25-lecie rewolucji sierpniowej. A może nauczymy się rozumnie mówić o tym, co odważyliśmy się zrobić?
Dwadzieścia pięć lat temu, w sierpniu 1980 r., Polska odmieniła oblicze świata. Przymykam oczy i widzę - czas był piękny i piękni byli w Polsce ludzie. Miałem wtedy 34 lata i przekonanie, że moja generacja zapisuje ważną kartę historii. Wspominając tamte wspaniałe dni, sięgam do ówczesnych notatek - dziś nie mam już zaufania do własnej pamięci. Zbyt dużo nagromadziło się w niej w ostatnich latach goryczy i smutku. Dlatego nie wiem, czy dobrze robię, sporządzając te uwagi gorzkie, które nie bardzo przystają do uroczystego jubileuszu.
Władysław Frasyniuk, mój przyjaciel, lider robotniczego protestu we Wrocławiu w sierpniu 1980 r., potem legendarny przywódca podziemnej "Solidarności" i więzień stanu wojennego, zaapelował niedawno, by uroczystości rocznicowe przebiegały w zgodzie, "by w kąt poszły urazy", by "nie było mówienia o zdrajcach". Chciałbym tak pisać, ale nie potrafię. Nie wierzę w tamtą jedność, nie chcę i nie mogę świętować wspólnie z tymi, którzy dzisiaj czerpią wiedzę o opozycji demokratycznej i "Solidarności" z archiwów Służby Bezpieczeństwa, traktując policyjne donosy jak Biblię. Czuję się przez nich opluty.
Tamto doświadczenie, historyczne i osobiste, nie da się opowiedzieć językiem policyjnych donosów. Dlatego my sami musimy podjąć próbę zrozumienia tego, co odważyliśmy się zrobić. Musimy odzyskać sens naszych życiorysów.
I
W zeszłym roku nagrodę Nike, najważniejszą polską nagrodę literacką, otrzymał Wojciech Kuczok za powieść "Gnój". Młody, trzydziestokilkuletni pisarz opowiedział w swej książce "historię rodzinnego piekła", czyli dzieje polskiej rodziny, zwyczajnej i prowincjonalnej. W tej powieści - z pozoru edukacyjnej i obyczajowej - dojrzeć można jednak, jak u Balzaka czy Flauberta, obraz kraju, o którym jego rodacy mówią i myślą niechętnie, a zwykle - milczą.
W tej Polsce nie ma wielkich idei, walki klas i świetlanej przyszłości, nie ma też Boga, honoru i ojczyzny. Ta Polska jest smutnym krajem ludzi smutnych i nieciekawych, ludzi - powtórzmy za pisarzem - "wydrążonych: mają swoje korzenie i gałęzie, ale w środku są puści; w tej pustce zamykają się" i ryglują przed światem. Zaś światem rządzi pejcz, którym ojciec bije syna w celach edukacyjnych; pejcz, który "przynosił ból okrutny". Pejcz, którym Stary okładał Młodego, silny uczył rozumu słabego. A Młody, bity i słaby, nic nie potrafił, poza okrzykiem: "Tato, nie bij!".
Młody, obity pejczem, wysłuchiwał następnie pogadanki, że jest z pokolenia "rozpieszczonego przez historię", ponieważ - inaczej niż Stary - nie przeżył wojny. Zamiast przeżyć wojennych Młody odebrał lekcję plwocin. Już w szkole plucie stało się normą; "ślina była najbardziej skuteczną nauczycielką". Należało się spodziewać splunięcia "ze wszystkich stron prosto w twarz, kiedy przeciwnikowi zabrakło słów". Ci, co pluli, byli wszechobecni: "czułem ich oddech na plecach", "pluli na plecy, kiedy przechodziłem ulicą", "znaczyli mnie".
W domu - pejcz, poza domem plwocina. Trwało to długo - taki był dom polski.
A potem ten dom się zestarzał. Brzydko, brzydziej niż ludzie. "Domy starzeją się zdradliwie, starość lęgnie się w nich pokątnie, a potem niepostrzeżenie anektuje kolejne połacie, starość domów wymyka się spod kontroli, przestaje być widzialna dla domowników, za to podejmowani goście czują ją już w progu, już w korytarzu w smrodzie stęchlizny".
W tej stęchliźnie dogorywał dom Polski komunistycznej zwanej PRL. Był to kraj, którego polityka zagraniczna, armia i policja były podporządkowane decyzjom Związku Sowieckiego, którym rządziła komunistyczna nomenklatura, policyjna inwigilacja, narzucona ideologia, strach i hipokryzja. Człowiek obity i opluty był produktem tego systemu. Nabierał odwagi po wypiciu alkoholu, by wtedy dać wyraz swej nienawiści do wszystkiego i do wszystkich. System komunistyczny hodował tę utajoną wściekłość; sprawnie żerował na tym, co w każdym człowieku złe i słabe. Powszechna była lękliwa małoduszność, oportunizm, apatia i cynizm. Codziennie zanikał odruch wstrętu do wszechobecnego moralnego bagna. Tak, czuć było stęchlizną.
II
W sierpniu 1980 r. Polska odetchnęła świeżym, czystym powietrzem - oboma płucami. Potężna fala strajków ogarnęła cały kraj. Strajk w Stoczni Gdańskiej - inspirowany przez opozycję demokratyczną, wsparty przez intelektualistów i Kościół katolicki - doprowadził do słynnych porozumień gdańskich i utworzenia związków zawodowych niezależnych od władzy komunistycznej. Nie było to okazjonalne ustępstwo, jedno z tych znanych z przeszłości - była to całkowita delegitymizacja systemu dyktatury komunistycznej. System, który ogłaszał się dyktaturą proletariatu, został moralnie zdyskwalifikowany przez masowy protest robotników. Jeśli mianem "rewolucji" określać wielką zmianę poprzedzoną masowym wystąpieniem społecznym i faktycznym paraliżem aparatu władzy, można mówić o "sierpniowej rewolucji solidarności".
Sierpień '80 był jednak nade wszystko wielkim świętem polskiej demokracji - przywrócił sens ludzkiemu poczuciu wolności, godności i prawdy.
Czas strajku sierpniowego spędziłem w więzieniu, prewencyjnie aresztowany wraz z wieloma ludźmi opozycji demokratycznej przez Służbę Bezpieczeństwa. "Oni" wciąż wierzyli - jak wszystkie dyktatury - że policja może rządzić historią.
31 sierpnia zostały podpisane porozumienia kończące strajk. 1 września zostaliśmy uwolnieni i znaleźliśmy się w innym kraju. Zamiast stęchlizny poczuliśmy cudowny zapach wolności. Zanotowałem wtedy, na gorąco, "spokojną determinację strajkujących, spontaniczną dyscyplinę, dojrzałość robotniczych żądań". Zanotowałem, że strajkujący domagali się "istotnej zmiany w systemie sprawowania władzy, ale zatrzymywali się przed granicą wyznaczoną sowiecką obecnością militarną". Zapisałem: "Robotnicy walczyli o prawa i interesy całego społeczeństwa, o prawa socjalne i podniesienie stopy życiowej, o prawa obywatelskie i wolność słowa, o prawo do podmiotowości i niezależne związki zawodowe, o prawa moralne i uwolnienie więźniów politycznych".
Konstatowałem "z uznaniem fakt, iż władze wybrały drogę negocjacji, a nie wariant siłowy". Dostrzegałem też na gorąco polską kwadraturę koła. Ostatnie wydarzenia - pisałem - dowiodły, że "społeczeństwo polskie nie mogło i nie chciało egzystować dalej w warunkach postępującego zakłamania, zniewolenia i pauperyzacji. Jest uzasadnionym tytułem do narodowej dumy, że umieliśmy swoje prawa rewindykować w sposób najrozumniejszy z możliwych". Jednak sposób życia Polaków zależał nie tylko od ich aspiracji, ale też od sowieckiej dominacji, akceptowanej przez Zachód. Wynikało z tego, że "niezbywalne aspiracje Polaków do wolności i podmiotowości muszą być realizowane w taki sposób, by dla polityki sowieckiej większą szkodą była militarna interwencja w Polsce niż jej zaniechanie".
Krótko mówiąc - wierzyłem w jakąś formę szerokiej autonomii i swobód demokratycznych w obrębie doktryny Breżniewa. Sądzę, że taki był ówczesny horyzont całej "Solidarności".
Tamte dni, tamte rozmowy... Te tłumy rozradowane i złaknione prawdy na spotkaniach w halach fabrycznych i aulach uniwersyteckich - to było jak najpiękniejszy sen.
Dla nas, ludzi opozycji demokratycznej, którzy przeżyli bunt studencki, nagonkę antyinteligencką i antysemicką, wreszcie represje policyjne w marcu 1968 r., potem masakrę robotników Wybrzeża z grudnia 1970 r., potem represje antyrobotnicze z czerwca 1976 r., którzy działali w Komitecie Obrony Robotników i innych inicjatywach opozycyjnych - był to wyczekiwany moment zadośćuczynienia. Po latach pejcza i opluwania, nikczemności, rozpaczy i cynizmu nasze działania uzyskały sens egzystencjalny i historyczny - bez KOR-u i opozycji demokratycznej nie byłoby wspaniałego, bezkrwawego, zwycięskiego Sierpnia '80. To w dużej mierze ludzie związani z KOR-em kierowali strajkiem gdańskim.
Nie było nam łatwo - aparat bezpieczeństwa zatruwał nam życie aresztowaniami, pobiciami, zakazami pracy zawodowej, szantażami i oszczerstwami. Zbierano na nas "haki", fabrykowano kompromitujące materiały, opluwano nas, skłócano nas kłamliwymi intrygami, nękano prowokacjami. Wielu nie wytrzymywało tej presji - wycofywali się z aktywności, załamywali się, opuszczali Polskę. Najdzielniejszych z nas opluskwiano nieprzerwanie - materiałami fabrykowanymi na temat Jacka Kuronia czy Jana Józefa Lipskiego w celu ich zdyskredytowania można by pewnie wytapetować Pałac Kultury. Nikt z nas nie sądził wtedy, że po wielu latach, gdy nie będzie już Służby Bezpieczeństwa, nie będzie PZPR, nie będzie nawet Związku Radzieckiego, te archiwa ubeckie zaczną żyć własnym życiem. Że piękny czas pięknych ludzi zamieni się w błoto ubeckich donosów.
Władysław Frasyniuk, mój przyjaciel, lider robotniczego protestu we Wrocławiu w sierpniu 1980 r., potem legendarny przywódca podziemnej "Solidarności" i więzień stanu wojennego, zaapelował niedawno, by uroczystości rocznicowe przebiegały w zgodzie, "by w kąt poszły urazy", by "nie było mówienia o zdrajcach". Chciałbym tak pisać, ale nie potrafię. Nie wierzę w tamtą jedność, nie chcę i nie mogę świętować wspólnie z tymi, którzy dzisiaj czerpią wiedzę o opozycji demokratycznej i "Solidarności" z archiwów Służby Bezpieczeństwa, traktując policyjne donosy jak Biblię. Czuję się przez nich opluty.
Tamto doświadczenie, historyczne i osobiste, nie da się opowiedzieć językiem policyjnych donosów. Dlatego my sami musimy podjąć próbę zrozumienia tego, co odważyliśmy się zrobić. Musimy odzyskać sens naszych życiorysów.
I
W zeszłym roku nagrodę Nike, najważniejszą polską nagrodę literacką, otrzymał Wojciech Kuczok za powieść "Gnój". Młody, trzydziestokilkuletni pisarz opowiedział w swej książce "historię rodzinnego piekła", czyli dzieje polskiej rodziny, zwyczajnej i prowincjonalnej. W tej powieści - z pozoru edukacyjnej i obyczajowej - dojrzeć można jednak, jak u Balzaka czy Flauberta, obraz kraju, o którym jego rodacy mówią i myślą niechętnie, a zwykle - milczą.
W tej Polsce nie ma wielkich idei, walki klas i świetlanej przyszłości, nie ma też Boga, honoru i ojczyzny. Ta Polska jest smutnym krajem ludzi smutnych i nieciekawych, ludzi - powtórzmy za pisarzem - "wydrążonych: mają swoje korzenie i gałęzie, ale w środku są puści; w tej pustce zamykają się" i ryglują przed światem. Zaś światem rządzi pejcz, którym ojciec bije syna w celach edukacyjnych; pejcz, który "przynosił ból okrutny". Pejcz, którym Stary okładał Młodego, silny uczył rozumu słabego. A Młody, bity i słaby, nic nie potrafił, poza okrzykiem: "Tato, nie bij!".
Młody, obity pejczem, wysłuchiwał następnie pogadanki, że jest z pokolenia "rozpieszczonego przez historię", ponieważ - inaczej niż Stary - nie przeżył wojny. Zamiast przeżyć wojennych Młody odebrał lekcję plwocin. Już w szkole plucie stało się normą; "ślina była najbardziej skuteczną nauczycielką". Należało się spodziewać splunięcia "ze wszystkich stron prosto w twarz, kiedy przeciwnikowi zabrakło słów". Ci, co pluli, byli wszechobecni: "czułem ich oddech na plecach", "pluli na plecy, kiedy przechodziłem ulicą", "znaczyli mnie".
W domu - pejcz, poza domem plwocina. Trwało to długo - taki był dom polski.
A potem ten dom się zestarzał. Brzydko, brzydziej niż ludzie. "Domy starzeją się zdradliwie, starość lęgnie się w nich pokątnie, a potem niepostrzeżenie anektuje kolejne połacie, starość domów wymyka się spod kontroli, przestaje być widzialna dla domowników, za to podejmowani goście czują ją już w progu, już w korytarzu w smrodzie stęchlizny".
W tej stęchliźnie dogorywał dom Polski komunistycznej zwanej PRL. Był to kraj, którego polityka zagraniczna, armia i policja były podporządkowane decyzjom Związku Sowieckiego, którym rządziła komunistyczna nomenklatura, policyjna inwigilacja, narzucona ideologia, strach i hipokryzja. Człowiek obity i opluty był produktem tego systemu. Nabierał odwagi po wypiciu alkoholu, by wtedy dać wyraz swej nienawiści do wszystkiego i do wszystkich. System komunistyczny hodował tę utajoną wściekłość; sprawnie żerował na tym, co w każdym człowieku złe i słabe. Powszechna była lękliwa małoduszność, oportunizm, apatia i cynizm. Codziennie zanikał odruch wstrętu do wszechobecnego moralnego bagna. Tak, czuć było stęchlizną.
II
W sierpniu 1980 r. Polska odetchnęła świeżym, czystym powietrzem - oboma płucami. Potężna fala strajków ogarnęła cały kraj. Strajk w Stoczni Gdańskiej - inspirowany przez opozycję demokratyczną, wsparty przez intelektualistów i Kościół katolicki - doprowadził do słynnych porozumień gdańskich i utworzenia związków zawodowych niezależnych od władzy komunistycznej. Nie było to okazjonalne ustępstwo, jedno z tych znanych z przeszłości - była to całkowita delegitymizacja systemu dyktatury komunistycznej. System, który ogłaszał się dyktaturą proletariatu, został moralnie zdyskwalifikowany przez masowy protest robotników. Jeśli mianem "rewolucji" określać wielką zmianę poprzedzoną masowym wystąpieniem społecznym i faktycznym paraliżem aparatu władzy, można mówić o "sierpniowej rewolucji solidarności".
Sierpień '80 był jednak nade wszystko wielkim świętem polskiej demokracji - przywrócił sens ludzkiemu poczuciu wolności, godności i prawdy.
Czas strajku sierpniowego spędziłem w więzieniu, prewencyjnie aresztowany wraz z wieloma ludźmi opozycji demokratycznej przez Służbę Bezpieczeństwa. "Oni" wciąż wierzyli - jak wszystkie dyktatury - że policja może rządzić historią.
31 sierpnia zostały podpisane porozumienia kończące strajk. 1 września zostaliśmy uwolnieni i znaleźliśmy się w innym kraju. Zamiast stęchlizny poczuliśmy cudowny zapach wolności. Zanotowałem wtedy, na gorąco, "spokojną determinację strajkujących, spontaniczną dyscyplinę, dojrzałość robotniczych żądań". Zanotowałem, że strajkujący domagali się "istotnej zmiany w systemie sprawowania władzy, ale zatrzymywali się przed granicą wyznaczoną sowiecką obecnością militarną". Zapisałem: "Robotnicy walczyli o prawa i interesy całego społeczeństwa, o prawa socjalne i podniesienie stopy życiowej, o prawa obywatelskie i wolność słowa, o prawo do podmiotowości i niezależne związki zawodowe, o prawa moralne i uwolnienie więźniów politycznych".
Konstatowałem "z uznaniem fakt, iż władze wybrały drogę negocjacji, a nie wariant siłowy". Dostrzegałem też na gorąco polską kwadraturę koła. Ostatnie wydarzenia - pisałem - dowiodły, że "społeczeństwo polskie nie mogło i nie chciało egzystować dalej w warunkach postępującego zakłamania, zniewolenia i pauperyzacji. Jest uzasadnionym tytułem do narodowej dumy, że umieliśmy swoje prawa rewindykować w sposób najrozumniejszy z możliwych". Jednak sposób życia Polaków zależał nie tylko od ich aspiracji, ale też od sowieckiej dominacji, akceptowanej przez Zachód. Wynikało z tego, że "niezbywalne aspiracje Polaków do wolności i podmiotowości muszą być realizowane w taki sposób, by dla polityki sowieckiej większą szkodą była militarna interwencja w Polsce niż jej zaniechanie".
Krótko mówiąc - wierzyłem w jakąś formę szerokiej autonomii i swobód demokratycznych w obrębie doktryny Breżniewa. Sądzę, że taki był ówczesny horyzont całej "Solidarności".
Tamte dni, tamte rozmowy... Te tłumy rozradowane i złaknione prawdy na spotkaniach w halach fabrycznych i aulach uniwersyteckich - to było jak najpiękniejszy sen.
Dla nas, ludzi opozycji demokratycznej, którzy przeżyli bunt studencki, nagonkę antyinteligencką i antysemicką, wreszcie represje policyjne w marcu 1968 r., potem masakrę robotników Wybrzeża z grudnia 1970 r., potem represje antyrobotnicze z czerwca 1976 r., którzy działali w Komitecie Obrony Robotników i innych inicjatywach opozycyjnych - był to wyczekiwany moment zadośćuczynienia. Po latach pejcza i opluwania, nikczemności, rozpaczy i cynizmu nasze działania uzyskały sens egzystencjalny i historyczny - bez KOR-u i opozycji demokratycznej nie byłoby wspaniałego, bezkrwawego, zwycięskiego Sierpnia '80. To w dużej mierze ludzie związani z KOR-em kierowali strajkiem gdańskim.
Nie było nam łatwo - aparat bezpieczeństwa zatruwał nam życie aresztowaniami, pobiciami, zakazami pracy zawodowej, szantażami i oszczerstwami. Zbierano na nas "haki", fabrykowano kompromitujące materiały, opluwano nas, skłócano nas kłamliwymi intrygami, nękano prowokacjami. Wielu nie wytrzymywało tej presji - wycofywali się z aktywności, załamywali się, opuszczali Polskę. Najdzielniejszych z nas opluskwiano nieprzerwanie - materiałami fabrykowanymi na temat Jacka Kuronia czy Jana Józefa Lipskiego w celu ich zdyskredytowania można by pewnie wytapetować Pałac Kultury. Nikt z nas nie sądził wtedy, że po wielu latach, gdy nie będzie już Służby Bezpieczeństwa, nie będzie PZPR, nie będzie nawet Związku Radzieckiego, te archiwa ubeckie zaczną żyć własnym życiem. Że piękny czas pięknych ludzi zamieni się w błoto ubeckich donosów.









