http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kino Venus, Wroński, Marcin

Paweł Smoleński
2011-02-08, ostatnia aktualizacja 2011-02-07 18:59

Ma Wrocław swojego Eberharda Mocka, sybarytę z nadwagą, ale znakomitego gliniarza i chyba dobrego człowieka. Ma Warszawa Adama Nowaka (młodszy od Mocka o dwa pokolenia), zgorzkniałego rozwodnika, kibica Polonii, konesera rocka lat 70., ale psa jak się patrzy. A co to Lublin gorszy?


fot. marcinwronski.art.pl
''Kino Venus'' Marcin Wroński, W.A.B., Warszawa

Za sprawą Marcina Wrońskiego doczekał się komisarza Zygmunta Maciejewskiego, który - prócz picia wódki i rwania panienek (taki widać musi być policjant w polskich kryminałach) - zajmuje się łapaniem zbrodzieni i całkiem nieźle mu to wychodzi. Z reguły lekko wczorajszy, w znoszonym garniturze, raczej biedniejszy niż bogaty, fleja (sądząc po mieszkaniu), lecz nieprzekupny i - rzecz jasna - niedoceniany przez szefów. Dla bandziorów nie ma litości.

Towarzyszą mu wywiadowcy Zielny i Fałniewicz oraz dawny podwładny Kraft, akuratny jak zegar w jadalni, bo protestant. Rzecz dzieje się w czasie Wielkiego Kryzysu, krąży w marnych zaułkach lubelskiej dzielnicy żydowskiej i najlepszych hotelach, a zaczyna się od brutalnego morderstwa młodej dziewczyny i (czuje to policyjny nos komisarza Maciejewskiego) powiązanego z nim porwania pięknej panny Lilly, córki bogatego przemysłowca z Węgier. Jak powiązanego, nie powiem, lecz zapewniam, że wszystko to jest zszyte dobrą intrygą i zgrabnym pisarskim ściegiem. Czytanie "Kina Venus" to frajda, jeśli ktoś lubi atmosferę dwudziestolecia, wie od pradziadka, jak smakowała jałowcówka od Baczewskiego i kim byli Buster Keaton oraz Jadwiga Smosarska, a od prababci - co to była jedwabna pończoszka ze szwem i prawdziwa podwiązka.

Na dodatek kryminał ociera się o prawdziwą historię. Od schyłku XIX w. aż po II wojnę światową działał w Polsce w większości żydowski gang Cwi Migdal, wcześniej zwany Warszawskim Towarzystwem Wzajemnej Pomocy, zajmujący się handlem kobietami, znów przeważnie narodowości żydowskiej. Dziewczyny mamiono obietnicami pracy, ucieczką od nędzy i antysemityzmu, wsadzano na statki i wywożono do Ameryki Południowej. Do 1913 r. w Buenos Aires zarejestrowano 4 tys. prostytutek wywodzących się ze sztetli Galicji i Kongresówki. Tylko w 1931 r. skazano w Polsce pół tysiąca handlarzy żywym towarem.

Mnie akurat "Kino Venus" dało argument do polemik z moimi izraelskimi przyjaciółmi. Wszyscy - aszkenazyjczycy i sefardyjczycy - zapewniali mnie solennie, że słowo "szmok", które od czasu do czasu słychać tam na ulicach, jest... rdzennie hebrajskie, a znaczy tyle, co polski "ch...".

Co do znaczenia - zgoda. Lecz uświadomcie sobie, drodzy przyjaciele, że zanim w Tel Awiwie zbudowano pierwszą ulicę, słowo "szmok" odbijało się od lubelskich murów, tak samo zresztą jak biegało po warszawskich Nalewkach, w Mińsku Mazowieckim, we Lwowie i Białymstoku. Jak nie wierzycie, zapytajcie komisarza Maciejewskiego.

"Kino Venus" daje czytelnikowi garść dialogów (i przekleństw) w jidysz, czyli przypomina język, który kiedyś miał u nas takie samo obywatelstwo jak polski. Przepadł, co nie znaczy, że nie warto wiedzieć, jak leci i co znaczy dziecięca wyliczanka "Ojfin pripeczik brent a fajerl...", czym charakteryzowała się "narisze, meszugene mejdl", co to "toches", a co "zojne". Pradziadek pewnie wiedział. Prababcia też, lecz czerwieniła się po same uszy.

  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':