Kości wróżebne
Peter Hessler
przeł. Anna Katarzyna Maleszko
Świat Książki, Warszawa
Yabaol, rosyjska dzielnica w Pekinie. W knajpie Chocolate (przez Chińczyków wymawiane: Czi-ko-li) słowiańskie piękności tańczą na rurze. Chodzi się tu na wódkę i kiszonego ogórka. Na ulicach widać zwalistych Rosjan w dresach i jaskrawo umalowane kobiety. Rosyjski to wspólny język handlarzy z Ukrainy, Uzbekistanu, Tadżykistanu czy Afganistanu. Pełno tu ciemnych interesów, cinkciarzy, prostytutek.
W knajpie na Yabaolu Hessler spotkał jednego z bohaterów " Kości wróżebnych" - Ujgura Polata. Jak pisze we wstępie, to nie jest jego prawdziwe imię - jego bohater już wyjechał do Ameryki, ale jego rodzina pozostała w Chinach.
Ujgurzy zamieszkują zachodnią część prowincji Sinkiang, wyznają islam. Dla rdzennych Chińczyków wyglądają równie obco jak Amerykanie. Właśnie ta zasadnicza obcość wszystkich nie-Chińczyków w Chinach sprawia, że na Yabaolu zawiązują się niezwykłe przyjaźnie.
"Skąd jesteś?" - spytali Chińczycy, gdy Hessler wszedł do knajpy i zamówił kluski. W 1999 r w Chinach nie było dobrze być Amerykaninem. Lotnictwo NATO bombardujące Serbię Miloszevicia właśnie zniszczyło ambasadę chińską w Belgradzie. - Amerykańska technologia jest najbardziej zaawansowana na świecie, taki błąd nie powinien się zdarzyć - powtarzały tłumy manifestujące przed pekińską ambasadą
USA. W knajpie ktoś też tak powiedział, autorowi zrobiło się nieswojo. I wtedy wstawił się za nim pewien Ujgur.
Historia Polata, ni to dysydenta, ni biznesmena, to jeden z wątków książki Hesslera. Ujgur emigruje do Ameryki, Hessler jedzie tam za nim. Śledzi jego losy, przy okazji opisując zamknięte środowisko emigracji ujgurskiej. Jego książka jest zbiorem takich opowieści, które oddają różnorodność i dynamikę dzisiejszych Chin.
Wyróżnia ją kompozycja. Łączy bowiem dwie perspektywy czasowe - tę bliską, polityki z pierwszych stron gazet, i tę odległą o tysiąclecia. Hessler znajduje swoich bohaterów w Pekinie, Dandongu na granicy z Koreą Północną, w Waszyngtonie czy w Gansu na Jedwabnym Szlaku. Przemieszcza się na przestrzeni 4000 lat, między aktualnością a Chinami schowanymi pod ziemią, z której archeolodzy wydobywają " kości wróżebne" - pierwszy zapis pisma chińskiego z czasów dynastii Shang.
Hessler zatrudnił się w Pekinie jako dziennikarz, najpierw " Wall Street Journal" potem " New Yorkera". Był tam, gdzie coś się działo. Np. na Tiananmen, gdy w 2000 r. protestowali członkowie zdelegalizowanego Falun Gong. W pewnej chwili kilku niby-turystów z prowincji rozwijało baner ze słowami: " Falun Gong jest dobry", a inni niby-turyści, kopiąc, zaciągali ich do radiowozu. Zauważył, że protestujący byli najczęściej emerytami, a ich prześladowcy wyglądali na bezrobotnych, którym udało się dostać zajęcie.
Przez sześć lat w Pekinie był świadkiem m.in. manifestacji antyamerykańskich. Wiele miejsca poświęca analizie dziwnej miłości-nienawiści, jaką żywią Chińczycy w stosunku do Ameryki. Ich reakcje po 11 września dawały do myślenia - ofiary nie wzbudziły współczucia. Ataki na WTC potraktowano jako jeszcze jeden amerykański produkt - pojawiły się chińskie
gry wideo na ten temat czy dziecięce zabawki typu "Bush goniący ben Ladena".
Za bieżącą polityką widział
Chiny głębokie. Najstarszy kraj świata, do którego przybysze z krajów młodych - jak Ameryka - powinni podchodzić z szacunkiem mrówki, która myśli, że opisuje słonia, a opisuje fragment jego lewej nogi.
Pisał bez pośpiechu. Wydawca dał mu sześć lat.
Do Wenzhou, dziewięciomilionowej metropolii, zaprosił go jego były student. Został dwa lata, napisał o tym swoją pierwszą książkę. Chińczycy uczący się angielskiego przybierają angielskie imiona. Hessler miał w klasie Dolara, Money i Lazzy'ego, a w Wenzhou czekał na niego Willy Jefferson Foster. Hessler, który korespondował z byłymi studentami, opowiada o chińskiej emigracji do miast, największej w historii. Willy to jeden ze 150 milionów młodych Chińczyków, którzy ruszyli z głębi kontynentu po swoją fortunę. Są wyzyskiwani, ale ich energia nakręca wzrost Chin.
Wieczorami Willy słucha Głosu Ameryki. Pilnie notuje słówka (angielski to atut), ale też delektuje się angielskimi zwrotami i wymawiając je, czuje się bardziej wolnym człowiekiem. Szczególnie upodobał sobie zwrot " so-called", tak zwany. "Tak zwane" kadry, "tak zwane" zebranie, "tak zwana" partia. Angielski zwrot pozwalał na ironię - obcą chińskiej kulturze. Spodobało mu się też bogactwo angielskiego słownictwa erotycznego.
W Shenzhen, u granicy z pobrytyjskim Hongkongiem, mieszka Emily. Nie słuchając rodziców, przeniosła się do Miasta Powstającego z Dnia na Dzień. W 1980 r. Shenzhen było wioską rybacką, potem Deng Xiaoping uczynił z niej laboratorium wolnego rynku. W tym mieście trzeba mieć mocny charakter, ale można się wybić. Emily ma 22 lata i po raz pierwszy w życiu podejmuje własne decyzje. W jej świecie nie ma nic stałego, są za to tysiące fabryk. Zatrudniają i zwalniają z dnia na dzień. Nikt nikomu nie ufa. Rodzice daleko na wsi nic z tego nie rozumieją. Emily pozostaje lokalne radio - co wieczór z koleżankami słuchają audycji na żywo " Nocą nie jesteś samotna", do której dzwonią słuchacze. W Shenzhen ma ona milionową publiczność, a prowadząca audycję Hu Xiaomei jest najsławniejszą kobietą w mieście.
Chiny Hesslera umykają łatwym klasyfikacjom. Jego błyskotliwa, miejscami poruszająca książka zrywa też z zachodnim kanonem pisania o Państwie Środka. W latach 90. na Zachodzie pisano, że Chiny są na rozstaju - muszą wybierać między dyktaturą a demokracją w stylu zachodnim. Dziś chiński system to dziwna hybryda, połączenie leninizmu z ultraliberalną gospodarką. Przywódcy chińscy rozstali się z ideologią. Potrafili użyć kapitalizmu, by umocnić władzę partii.
A Hessler nie chce spekulować, kiedy i czy Chiny staną się demokracją. Chce je tylko opisać.