Pewnie pobrzmiewa nam jeszcze w uszach wielki przebój Beyoncé "If I Were a Boy", w którym wokalistka zapewnia, że byłaby lepszym chłopcem, gdyby tylko mogła nim być, gdyż wie, jak należy postępować z dziewczętami. Nie inaczej u Gretkowskiej. Jej bohater bardzo interesująco opowiada o sobie i świecie, ponieważ posiada szczególną wrażliwość i posługuje się osobliwą optyką. Nazwijmy to kobiecym spojrzeniem. Oczywiście pozostajemy w sferze stereotypów związanych z płciami, no ale to pisarka zaproponowała tę zabawę i jest za nią odpowiedzialna.
Dobiegający pięćdziesiątki Miłosz Kencki przedstawia nam swoje dzieje. Rzecz charakterystyczna - snując tę opowieść, koncentruje się na związkach z kobietami i sprawach emocjonalno-rodzinnych. To, czego doświadcza w nieudanym małżeństwie ze Szwedką Karin, i to, co się dzieje z jego życiem intymnym po rozstaniu z żoną, pisarka umieściła w centrum literackiego przedstawienia.
Najkrócej mówiąc, miłość i dopełniająca ją seksualna więź to sprawy dla Miłosza absolutnie najważniejsze. Określają one jego tożsamość, "meblują" mu cały świat. Ponadto bohater Gretkowskiej jest "prawie absolwentem psychologii", osobą wielce utalentowaną w tej dziedzinie. Każdą napotkaną osobę potrafi zdiagnozować w okamgnieniu, potrafi też perfekcyjnie opisać własny profil, wie, skąd wzięły się jego problemy.
Kencki jest więc supermanem, lecz w nieoczywistym znaczeniu. Takie atrybuty męskości, jak potrzeba władzy i dążenie do dominacji, nie wspominając o pospolitym egoizmie, są mu z gruntu obce. Dokonuje rzeczy niemożliwych, posługując się wyłącznie empatią i czułością. Na przykład odzyskuje miłość swoich szwedzkich dzieci, które przez wiele lat miały polskiego ojca za nieudacznika i słowiańskiego przybłędę, lecz kiedy dorosły, zrozumiały, że pappa - jak go nazywają - jest OK. Nade wszystko jednak Miłosz zasypuje nas dziesiątkami porad.
Tak jak poprzednio, tak i teraz Gretkowska ogłosiła powieść jawnie dydaktyczną. Koncentruje się w niej na kłopotach małżeńskich i najczęściej popełnianych błędach wychowawczych, pokazując, czym jest "rodzinna patologia w toksycznej sztafecie". Konfrontuje także szwedzką obyczajowość z polską. Na tej ostatniej nie zostawia suchej nitki. Polska miłość - by nawiązać do tytułu - jest chora i potrzebuje natychmiastowej terapii. Jakże zresztą miałaby być zdrowa, skoro "najsłynniejszą miłosną parą kraju rodzinnych wartości i kultu
papieża jest dziewczyna o wyglądzie i manierach gwiazdy soft porno i jej narzeczony satanista rozrywający publicznie Biblię".
A tak konkretnie - co nam dolega? Po pierwsze, wszechobecna
depresja, zazwyczaj utajona. Cierpią na nią, zdaniem Gretkowskiej, w zasadzie wszyscy ludzie sukcesu. Po drugie, najczęściej spotykanym modelem relacji małżeńskich jest tzw. koluzja, czyli nieświadoma "zmowa" partnerów co do wspierania obopólnej patologii. Po trzecie, męski świat jest do bani, ponieważ faceci powszechnie odgrywają się za doznane w dzieciństwie krzywdy ("matki Polki patrzące obojętnie, niczym krowy, na ojców kastrujących emocjonalnie swoich synów").
To, z czym mamy do czynienia w "Miłości po polsku", można by nazwać atrakcyjnie zbeletryzowanym poradnictwem, literacką popularyzacją wiedzy psychologicznej, zwłaszcza mniemań z zakresu terapii rodzin. I to jest nawet fajne i pewnie jakoś tam pożyteczne. Jedyne co w tej powieści irytuje, to wielki kwantyfikator w rodzaju "polski mężczyzna" czy tytułowa "miłość po polsku" bądź - o zgrozo! - "my, naród polski".
Tymczasem świat, który opisuje autorka "Polki", to tylko wycinek z szerokiego spektrum społecznego (chodzi o tzw. wielkomiejską klasę średnią). Można tę uzurpację rozumieć najprościej - narodem polskim są ci, którzy mają już wszystko oprócz "zwykłej urody harmonijnego bycia". W szczęśliwych związkach oczywiście. Jedyną realną potrzebą ludzi sytych jest kontakt z dobrym psychoterapeutą. Tak oto - przynajmniej w obrębie fikcji powieściowej - spełnił się neoliberalny sen o polskich przemianach.
Miłość po polsku
Manuela Gretkowska
Świat Książki, Warszawa