"Utz", Bruce Chatwin
przeł. Mira Michałowska, Świat Książki, Warszawa
Najbardziej znane, podróżnicze książki Chatwina - "W Patagonii", "Ścieżki śpiewu" - świetnie się czyta, ale niewiele się z nich pamięta. Serie coraz to bardziej niezwykłych spotkań, fantastyczne historie i ułamki myśli - wszystko to zachwyca i po chwili umyka. Inaczej, przynajmniej na pozór, jest w "Utzu", jednej z trzech "regularnych" powieści pisarza, jego najkrótszym (niewiele ponad 100 stron) utworze. I najwybitniejszym.
To zwarta historia, którą da się streścić w kilku zdaniach. Bajka z morałem? Na powierzchni - jak najbardziej. Bo to opowieść o człowieku, który za cenę moralnych kompromisów chciał przenieść cząstkę dawnej kultury materialnej w przyszłość, ale zorientował się, że kompromisy poszły zbyt daleko, i poddał się w dramatycznym geście. Ale w głębi to raczej utwór pełen niepokojących szczelin, groźny, podejrzany. Noszący - jak wszystko, co Chatwin napisał - piętno ambiwalencji, udawania, wspaniałej hochsztaplerki.
Autobiografizm tej opowieści jest ewidentny. Postać Kaspara Joachima Utza - mieszkającego w Pradze kolekcjonera miśnieńskiej porcelany, który dzięki politycznemu konformizmowi ocalił swą kolekcję przed hitlerowcami, a potem przed zakusami komunistów - miała swój pierwowzór w Rudolfie Juście, czeskim przedsiębiorcy i kolekcjonerze poznanym przez Chatwina w trakcie jednej z kilku jego podróży do Europy Środkowej, krótko przed Praską Wiosną.
Jednak źródło tej "psychopatologii nałogowych kolekcjonerów" bije gdzie indziej - w osobistym doświadczeniu Chatwina jako zbieracza, który rozpoczął karierę od pracy w słynnym londyńskim domu aukcyjnym Sotheby's, gdzie poznał "brzydkich ludzi kochających najpiękniejsze przedmioty".
W chwili gdy rozpoczyna się akcja, Utz już nie żyje. W niepokojący klimat powieści opartej na schemacie pośmiertnego dziennikarskiego śledztwa wprowadza otwierająca książkę scena pogrzebu. Bohater za życia w pełni go wyreżyserował, niemniej jednak to zaplanowane w każdym szczególe widowisko teraz co chwila się zacina - a to sprzątaczka zagradza trumnie drogę do ołtarza, a to uczestnicy stypy nie stawiają się na miejsce. W przedstawieniu sylwetki Utza przeplatają się wspomnienia narratora powieści, który poznał go w trakcie swego poprzedniego pobytu w Pradze, ze wspomnieniami jego kilkorga znajomych. Czytelniku, uważaj, nie daj się złapać w siatkę automistyfikacji bohatera i mistyfikacji tych, którzy go wspominają - z tych wspomnień nie składa się żaden jednolity obraz.
Utz, "nowy Rudolf" (chodzi o cesarza Rudolfa II, którego obsesyjne kolekcjonerstwo było ponoć antidotum na depresję), po ojcu potomek drobnej niemieckiej szlachty, po matce - żydowskich potentatów, ma "twarz tak pozbawioną rysów, że niemal nieistniejącą". W czasie wojny był anglofilem, co nie przeszkadzało mu pomagać ludziom Göringa w rabowaniu dzieł sztuki. Ale dzięki kolaboracji zdołał też ponoć ukryć kilku żydowskich przyjaciół. Potem, gdy klęska Niemiec była pewna, udało mu się - "jakimś cudem" - zgubić niemiecki paszport i uzyskać czechosłowackie obywatelstwo. Urządził się w Pradze w pożydowskim mieszkaniu. Aby za życia móc zatrzymać kolekcję dla siebie, zgodził się przekazać ją po śmierci państwu i na znak lojalności chodził dwa razy w tygodniu na sowieckie filmy. Co z kolei nie przeszkadzało mu fantazjować o wyjeździe na Zachód. Utz, którego nazwisko kojarzy się z niemieckim powiedzeniem oznaczającym "byle kogo", przypomina stanowiącego chlubę jego kolekcji arlekina - "szaleńca, figlarza, psotnika, mistrza mistyfikacji".
Nawet jego oschła męskość jest trochę podejrzana. Kolekcjonowanie porcelany to dość niemęskie zajęcie. Utz jest "człowiekiem o nieco dziwnym sposobie bycia, o pewnych kobiecych skłonnościach i zagadkowym stosunku do płci pięknej". Stosunek Utza do Marty - prostej dziewczyny ze wsi, którą wziął do domu, uczynił służącą, powierniczką, a w końcu żoną (co nie przeszkadzało mu w licznych zdradach) - jest równie zagadkowy jak wszystko w tej powieści. Poza rzadkimi momentami poufałości Utz niewiele daje Marcie w zamian za jej oddanie. Chwilami podejrzewamy nawet, że traktuje ją czysto instrumentalnie - jej wprowadzenie się umożliwia Utzowi - i jego kolekcji - pozostanie w większym mieszkaniu.
Czym jest zamiłowanie Utza do porcelanowych figurek? To kluczowe pytanie nie znajduje w powieści jednej odpowiedzi. Chwilami wydaje się, że chodzi po prostu o emocjonalną aberrację, o miłość do przedmiotów przekreślającą moralność, pozwalającą pochwalać wojny, pogromy i rewolucje tylko dlatego, że "sprzyjają kolekcjonerom".
Może jednak chodzi nie tyle o same przedmioty, ile o to, co wcielają - smak, styl, dotrzymanie wierności dawnym formom stanowiące ukrytą postać oporu przeciw dyktaturze? Utz, kochający wyłącznie przedmioty, byłby wtedy kimś równie podejrzanym jak bohater "Piosenki o porcelanie" Miłosza, zirytowany przez "brzydką zakrzepłą farbę" szpecącą porcelanowe skorupy i niedostrzegający faktu, że farba jest w istocie zakrzepłą krwią. To naiwność sądzić, że przedmioty pozwalają ocaleć kulturze już dawno przenicowanej i pogrzebanej przez nihilizm.
Ale w powieści pojawia się jeszcze jedno wytłumaczenie - metafizyczne albo quasi-metafizyczne. Chatwin wmontowuje w swą historię opowieść o Golemie ulepionym z gliny przez XVI-wiecznego praskiego rabina Liwę, a także o XVII-wiecznym alchemiku Johannesie Böttgerze, który ostatecznie nie znalazł kamienia filozoficznego, wynalazł za to sposób wytwarzania porcelany, który wykorzystała miśnieńska manufaktura. Alchemiczne zainteresowania Utza i jego wiara w związki porcelany i nieśmiertelności są być może jeszcze jednym fałszywym usprawiedliwieniem własnej manii. Golema i porcelanowe figurki wiele łączy - stanowią byt pośredni, przypominają ludzi, ale nimi nie są. Stworzenie Golema jest bałwochwalstwem, twór od początku "domaga się zniszczenia". Porcelana w procesie wypalania "ginie w ogniu i potem powraca do życia". Figurki z kolekcji Utza "żyją i jednocześnie są martwe. A gdyby żyły, musiałyby też przecież umierać".
Czy kolekcja Utza nie wyraża marzenia o sztuce innej niż sztuka opowiadająca o świecie, przypominającej go, ale nie do końca, niewcielającej moralnego przesłania epoki, ale pozwalającej uciec w marzenia, tworzącej świat alternatywny, którego atrybutami (jak atrybutami rokoka) są "wdzięk, humor, galanteria, uwielbienie egzotyki, bezwzględność, lekkomyślność"? Czy potrafimy zrozumieć i zaakceptować odwrócenie dokonane przez Utza, dla którego świat porcelany był prawdziwym światem, a agenci z gestapo - "postaciami z blichtru". Czy sztuka nie bywa szlachetnym eskapizmem? Wyśmiewana przez klasycystę Winckelmanna estetyka porcelany oparta na "plebejskiej żywotności" ma coś z luzu właściwego postmodernizmowi.
Umierającego w 1989 r. na AIDS pisarza zapytano o tajemnicze zniknięcie kolekcji bohatera - zniszczonej przed śmiercią przez Utza? Przez Martę? Przez obydwoje? Odpowiedział, że to symbol zwycięstwa miłości Marty nad porcelaną, triumfu życia nad sztuką, która w końcu zawsze nas zawodzi. Znając temperament Chatwina - jak jego bohater skrywającego się wciąż za kolejnymi maskami - nie czuję się zobowiązany, by mu wierzyć. Zniknięcie porcelanowej kolekcji jest zgodne z rokokową logiką ulotności. Kolekcji nie można zatrzymać, tak jak niemożliwe jest zatrzymanie marzeń.
Uważni czytelnicy Chatwina rozpoznają w powieści liczne autobiograficzne aluzje. Porcelanowy arlekin - którego widok w szafce babki rozpala w małym Utzu pasję zbieractwa - jest ekwiwalentem skrawka skóry mylodona z szafki babki pisarza, który uczynił z Chatwina podróżnika. Oba przedmioty są wieloznacznymi symbolami naprowadzającymi na podstawowe opozycje pisarstwa Chatwina: martwotę i ruch, dom i świat, bezpieczeństwo osiadłego życia i ryzyko podróży.
Okazuje się jednak, że kolekcję Utza można traktować nie tylko jako potwierdzenie, ale też jako przezwyciężenie tych opozycji. Mówi o dziwnych przedmiotach, które nie tyle wiążą człowieka, ile przynoszą mu wyzwolenie. Być może ta kolekcja posłużyła Chatwinowi jako swego rodzaju usprawiedliwienie. Czy wszystkie książki pisarza, również te, które wywołały ataki za liczne przekłamania, nie powstały w estetyce "plebejskiej żywotności", nie były cudownie lekkomyślnymi kolekcjami - zszyciem okruchów autobiografii, rzeczywistości, egzotyki i fantazji?
Źródło: Gazeta Wyborcza