http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tyberiusz Cezar, Bocheński, Jacek

Anna Nasiłowska
2009-07-14, ostatnia aktualizacja 2009-07-13 19:56

Bywa, że pomysły twórcze, których realizacja się odwleka, stopniowo ulegają dewaluacji. Tu stało się przeciwnie. Bo "Tyberiusz Cezar" to najlepsza książka Jacka Bocheńskiego

"Habent sua fata libelli" - "książki mają swoje losy" - mówi łacińska średniowieczna maksyma.

Od wydania "Boskiego Juliusza", pierwszego tomu trylogii starożytnej Jacka Bocheńskiego, do jej zamknięcia powieścią "Tyberiusz Cezar" upłynęło 48 lat. Powieść "Nazo poeta", część druga, ukazała się w 1969 r. Od decyzji o rozpoczęciu "Tyberiusza Cezara" w 1970 r. i powstania pierwszych fragmentów do wydania powieści trzeba było czekać 35 lat. Dużo.

Co złożyło się na takie opóźnienie? Pierwsze fragmenty tekstu powstały na początku lat 70.. Potem Jacek Bocheński mocno zaangażował się w opozycję. Od 1977 r. był w redakcji drugoobiegowego pisma "Zapis" i nieformalnie mu szefował, wspierał opozycję w latach 80. i wydał w 1987 r. nakładem drugoobiegowej oficyny NOW-a powieść o stanie wojennym i konspiracji - " Stan po zapaści". Wreszcie w nowej Polsce był prezesem polskiego Pen Clubu, zabierał głos w kwestiach aktualnych i opublikował m.in. "Kaprysy starszego pana".

Może z tego opisu zajęć i osiągnięć nie wynika jeszcze jasno, dlaczego "Tyberiusz Cezar" musiał czekać, bo sprawa dotyczy przede wszystkim atmosfery i mocno zaważyła nie tylko na twórczości Jacka Bocheńskiego, ale - nie waham się powiedzieć - całej polskiej kultury.

Cezar jak Stalin

Od połowy lat 70. mocno zradykalizowane środowisko literackie nakręcało się samo: liczyło się przede wszystkim to, co politycznie i opozycyjnie użyteczne, nie bez żalu dla wielkiej sztuki i uniwersalnych problemów, ale też w poczuciu doniosłości chwili i poważnych obowiązków, których nie dało się odłożyć na potem. Historia starożytna zawsze może poczekać....

Atmosfera napięcia i politycznej radykalizacji zaczęła się zresztą wcześniej. Kiedy w 1961 r. ukazał się "Boski Juliusz", książkę odczytywano jako rozrachunek z okresem kultu jednostki. "Czy ktoś z państwa chciałby zostać bogiem?" - brzmi pierwsze zdanie tej powieści, zresztą - jedno z najpiękniejszych powieściowych otwarć akcji.

Klarowne i perfidne pytanie. A dalszy ciąg opowiada o tym, jak republika rzymska ową boskość Cezara przyjmuje i akceptuje, mimo że najpoważniejszym dowodem boskości jest liczba popełnianych zabójstw politycznych.

To się kojarzyło ze Stalinem i okresem kultu jednostki. A więc czytano to jak powieść z kluczem, przypadek podobny do "Ciemności kryją ziemię" Jerzego Andrzejewskiego, gdzie uwiedzenie ideowe adepta pokazane było na modelu z czasów inkwizycji hiszpańskiej.

Po co kostiumy?

Potem jednakże "klucz" zaczął kojarzyć się źle - przede wszystkim z niechcianymi unikami cenzuralnymi, ucieczką w bezpieczne rejony i "światem nieprzedstawionym". I jeśli pisarze zaangażowali się w tworzenie alternatywy dla oficjalnego życia literackiego, robili to, by nareszcie "mówić wprost" i nie używać kostiumów.

O tym, że alternatywa obieg cenzuralny albo podziemie była w istocie wyniszczająca dla kultury, wiedziano powszechnie, ale racje służące podtrzymywaniu owego rozdarcia były tak poważne, że nie wolno było ich zlekceważyć.

Polska literatura zapłaciła sporą ceną za radykalizację polityczną i nieustanne podgrzewanie atmosfery: w latach 80. w ogóle straciła puls europejski. "Klucz" historii starożytnej nie był przecież nigdy wyłącznie unikiem cenzuralnym, pozwalał na dużo głębsze spojrzenie, a dystans historyczny ułatwiał refleksję.

Bocheński o imperium

I tak naprawdę pomysł Jacka Bocheńskiego na pisanie własnej wersji historii starożytnej można i trzeba umieścić w doskonałym europejskim towarzystwie.

Oto ono: "Ja, Klaudiusz" Roberta Gravesa, "Pamiętniki Hadriana" Marguerite Yourcenar, "Śmierć Wergilego" Hermanna Brocha; a można by zacząć od tragedii Szekspira. Po historię starożytnego Rzymu sięgać się będzie, póki Europa nie zatraci poczucia dramatu jednostki uwikłanej w mechanizmy władzy.

W trylogii Bocheńskiego problem przejścia od demokracji ku władzy jednostkowej wyposażonej w specjalny, personalny nimb boskości rysuje się szczególnie ostro. To Rzym, który rozrósł się do rozmiarów imperium. Senat wciąż oficjalnie sprawuje władzę, obraduje, uchwala ustawy i odgrywa ważną rolę. A jednak od momentu pojawienia się pomysłu otoczenia "pierwszego" aurą boskości - najpierw za Juliusza Cezara, później Oktawiana Augusta - restytucja republiki staje się wyłącznie ideą czy nawet wygodnym hasłem politycznym.

Wiele posunięć Augusta - widzimy to w powieści "Nazo poeta" - podejmowanych w imię odnowienia tradycyjnych rzymskich cnót i ideałów ma w istocie charakter totalitarny. Przeciwko wolności i republice obraca się np. próba prowadzenia "polityki prorodzinnej", a biedny poeta Owidiusz Nazo, autor żartobliwego poematu poradnika sztuki kochania, musi zostać wygnany z Rzymu.

Tyberiusz się nie wymigał

Kiedy (w 14 r. n.e.) umiera boski August - rola "pierwszego" w imperium spada na Tyberiusza. I to jest właśnie najważniejszym tematem trzeciej części trylogii. Nie sama sukcesja, ale psychologiczny paradoks.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':