W YouTube wywiad z Ulrike Meinhof z 1970 r. Kobietą o wyglądzie nastolatki ze wzrokiem wbitym w stół. Mówi o nierówności między kobietami i mężczyznami, o tym, że sfera prywatna i publiczna są nierozdzielne, że nie można być przeciwnikiem autorytarnej polityki, bijąc w domu własne dzieci. Na przebitkach widzimy kilkuletnią córkę ćwiczącą przy pianinie, na ścianie portret Che Guevary. Za kilka miesięcy Meinhof weźmie udział w uwolnieniu Andreasa Baadera, akcie założycielskim Frakcji Czerwonej Armii. Nie podniesie ręki na dziecko. Będzie podkładała bomby. W Niemczech stanie się wrogiem publicznym numer jeden.
Dziś Meinhof jest ikoną tak samo jak Che Guevara. W zetknięciu z zapisem
wideo przeżywamy podobne zdziwienie jak na widok świętego, który zszedł z obrazu. Jedni chcieliby zobaczyć nieskazitelną lewicową boginię, inni szatana, a tu siedzi niepewna siebie, zmęczona kobieta z krzywymi zębami pociemniałymi od papierosów. Przed pisarzami, filmowcami, którzy biorą na warsztat biografie politycznych idoli (i kreatur) stają zawsze te same dylematy: podtrzymywać legendą czy ją rozbijać? Czy w ogóle mogą wciągnąć odbiorcę w stworzony przez siebie świat, unikając wyrazistego za lub przeciw?
Przed tym dylematem stanął również Szwed Steve Sem-Sandberg, który uczynił Meinhof jedną z trzech bohaterek powieściowej trylogii, umieszczając ją w zaskakującym towarzystwie Lou Andreas-Salomé i Mileny Jesenskiej. Postać Meinhof prosi się o taką książkę. To bohaterka wielowymiarowa, "nieszczelna", pełna pęknięć, które odbierają jej plakatową płaskość ikony.
W postaci Meinhof do dziś najbardziej niepokoi pytanie: jak to się stało, że lewicowa dziennikarka - radykalna, ale przecież nienawołująca do przemocy - przeszła na drugą stronę, zrezygnowała z wygodnego życia, pieniędzy, w końcu nawet z córek? Jaka logika zaprowadziła ją do obozu szkoleniowego w Jordanii i do celi w więzieniu Stammheim?
Czy Meinhof była mózgiem grupy, czy tylko jej twarzą? Męczennicą oporu, jak przywoływane przez nią Róża
Luksemburg i Sophie Scholl? Pozbawioną empatii maszyną do zabijania - jak podejrzewali ci, którzy po jej śmierci wyjęli do badania jej mózg, twierdząc, że operacja usunięcia guza (którą przeszła za życia) mogła pozbawić ją zwykłych ludzkich odruchów? A może znudzoną, egocentryczną burżujką w przebraniu, której przewróciło się w głowie - jak sugerowała jej córka, która wiele lat po śmierci matki wytoczyła jej w napisanej przez siebie książce publiczny proces?
W każdym z tych stwierdzeń może być jakaś część prawdy, ale powieść rządzi się swoimi prawami. "Rzeczywistość jest nieuchwytna" - zgodnie z tą dewizą Sem-Sandberg kompiluje książkę z odłamków monologów wewnętrznych Meinhof, autentycznych wywiadów, relacji prasowych, artykułów, raczej gubiąc tropy, niż je porządkując. Efekt jest taki, że wobec bohaterki - niewątpliwie charyzmatycznej - pozostajemy dziwnie obojętni. Mimo wszystko wolelibyśmy strasznej rzeczywistości dotknąć.
Ktoś obdarzony talentem Capote mógłby napisać o Meinhof fascynujący reportaż, usiłując uzgodnić sprzeczne tropy. Przed powieściopisarzem staje inna szansa - wyzyskania potencjału tragizmu obecnego w tej historii. Sprzeczności między posłuszeństwem prawu "nie zabijaj" a niezgodą na hipokryzję i niesprawiedliwość, kantowską wiarą w moralność i heglowskim pokłonem przed koniecznością prowadzącym do gloryfikacji przemocy.
Zgodnie z tą filozofią Marco Bellocchio zrealizował kilka lat temu wybitny film "Witaj, nocy", w którym pojawiła się postać targanej wątpliwościami terrorystki z Czerwonych Brygad uczestniczącej w porwaniu i zabójstwie Aldo Moro. Takie tropy są obecne w "Teresie", ale blade i pogubione. Prowokacyjny tytuł - imię świętej, która dokonała reformy katolicyzmu - pozostaje obietnicą bez pokrycia.
O Meinhof nie sposób oczywiście mówić, nie wspominając o pokoleniu '68, terroryzmie lat 70., o infiltracji "Konkretu" (lewicowego pisma, do którego pisała) przez wschodnioniemieckie służby specjalne. Przy okazji filmu "Baader-Meinhof" historia grupy zostanie na pewno przypomniana. Przed premierą warto przeczytać dwa wstępy Sławomira Sierakowskiego do "Teresy". Wniosek, jaki można wysnuć raczej ze wstępów niż z samej książki: historia Ulrike Meinhof nie daje nam spokoju, bo odbiera terroryzmowi jednoznaczność, nie odzierając go jednocześnie z szat fanatyzmu. Pokazuje kruchość granicy między terrorystą jako "obcym wśród nas" a terrorystą "w nas".
Teresa
Steve Sem-Sandberg
przeł. Irena Kowadło-Przedmojska
Czarne, Wołowiec