Do tłumaczenia tej potężnej cegły (600 stron gęstego druku) zabierał się już kiedyś Piotr Siemion i fragmenty przez siebie przetłumaczone zamieścił w "bruLionie" w 1992 roku. Pod fragmentem znajdowała się adnotacja od tłumacza: "Czy ktoś z Czytelników przypadkiem nie dysponuje sumą siedemdziesięciu tysięcy dolarów na wydanie >Tęczy grawitacji< po polsku?" Widocznie żaden z czytelników "bruLionu" taką kwotą wtedy nie dysponował i Siemion dzieła nie dokończył. Całość "Tęczy grawitacji" przełożył po latach gracko młody tłumacz Robert Sudół. Należy mu się za to bałwochwalczy pokłon - przeczytać "Tęczę grawitacji" to jest wyzwanie! Ale na dodatek przetłumaczyć? To już trzeba być Svenem Hannawaldem.
Drugi James Joyce
Thomas Pynchon to najbardziej enigmatyczna postać literatury światowej. Nie wiadomo, jak wygląda, gdzie się ukrywa, nie są w stanie dotrzeć do niego wścibscy dziennikarze ani najsprytniejsi paparazzi. Żadnych zdjęć z kochanką na Teneryfie ani przynajmniej z ulubionym psem w ogródku. Nawet nie ma zdjęcia zza biurka, na tle regałów z książkami ani jak Mistrz rozdaje autografy na jakimś spotkaniu autorskim. No, nie ma nic po prostu! I to w czasach "Big Brothera"!
Znane są tylko jego młodzieńcze portrety - ze szkoły, studiów, ze służby w marynarce wojennej. Najświeższe prawie sprzed pół wieku. Na tych niewyraźnych czarno-białych rastrach szczupły chłopak z odstającymi uszami i wystającymi zębami, na pierwszy rzut oka niezbyt rozgarnięty...
Niezbyt rozgarnięty! Dobre sobie! Przecież to najprawdziwszy geniusz! James Joyce postmodernizmu. Naprawdę tak się go nazywa, a "Tęczę grawitacji" uważa się za nowego "Ulissesa". Jednak jeśli ktoś przeczytał w miarę bezboleśnie "Ulissesa" - nie znaczy to wcale, że przebrnie cało przez "Tęczę". Co prawda w swoim awangardyzmie Pynchon nie poszedł tak daleko jak Joyce w "Finnegans Wake", ale dla kogoś kto - jak ja chociażby - jest cymbałem w naukach ścisłych, nie będzie to łatwe obcowanie z literaturą piękną.
W każdym razie należy Pynchon do czołówki amerykańskiej neoawangardy, uznawany jest za jednego z najwybitniejszych (jeśli nie tego "naj") spośród postmodernistów takich jak John Barth czy William Gaddis. Obaj oni napisali bardzo grube powieści - Gaddis debiutował tysiącstronicową książką "Recognitions", a Barth dwutomowym "Bakunowym faktorem". Dla porządku dodaję tylko, że ten pierwszy miał wtedy lat 33, a drugi 30.
O co chodzi pisarzowi?
Thomas Ruggles Pynchon Junior nie jest już wcale takim juniorem - urodził się w 1937 roku w Nowym Jorku jako syn Thomasa Rugglesa Pynchona Seniora. Jak przystało na geniusza - w szkole zdobywał nagrody. Jak przystało na mężczyznę - poszedł do wojska. W 1955 roku, kierując się zasadą "Nie zna życia, kto nie służył w marynarce", wstąpił do US Navy. Jak już z tej marynarki się wyzwolił, to kontynuował dalej naukę. Studiował anglistykę i fizykę stosowaną na Uniwersytecie Cornell, chodził też na zajęcia literackie do samego Vladimira Nabokova (autor "Lolity" nie przypominał sobie za bardzo Pynchona, zaś sam Pynchon mówił ponoć, że rosyjski akcent Nabokova nie pozwalał zrozumieć, o co chodzi wielkiemu pisarzowi). W roku 1959 Pynchon opublikował swoje pierwsze opowiadanie "The Small Rain".
Po ukończeniu studiów zabrał się do pracy - jako inżynier w zakładach Boeinga w Seattle, a jako pisarz - nad powieściowym debiutem "V", który wydano w 1963 roku (Nagroda Fundacji Williama Faulknera). Trzy lata później wydał drugą powieść "49 idzie pod młotek", do niedawna jedyną książkę Pynchona przetłumaczoną na polski. Ta powieść zdobyła Nagrodę Fundacji Rosenthalów. Prace nad monumentalną "Tęczą grawitacji" były już wtedy w toku. Po "Tęczy" Pynchon wydał jeszcze trzy książki: zbiór opowiadań "Slow Learner" (1984) oraz powieści "Vineland" (1990) i "Mason & Dixon" (1997). Tyle faktów. Są jeszcze plotki i przypuszczenia - Pynchon ponoć zaczyna dzień zazwyczaj około godz. 13 talerzem spaghetti i soft drinkiem oraz lekturą jakiejś książki o chemii lub fizyce. Czyta i pisze do 3 rano. Podejrzewano, że Pynchon to J.D. Salinger, autor "Buszującego w zbożu", drugi obsesyjnie ukrywający swoją prywatność i skutecznie unikający fotografów pisarz. Zanim aresztowano Teodora Kaczyńskiego, wiele osób podejrzewało, że to Pynchon jest "Unabomberem". Zapewne prócz tych, którzy są przekonani, że Pynchon to grupa kilku autorów piszących pod pseudonimem. Z tego, co wiadomo, Pynchon fascynuje się jazzem, głównie muzyką Theleniusa Monka. "Myślę, że tajemnica trochę pomaga" - powiedział w jednej ze swych nielicznych wypowiedzi pisarz, którego życie osobiste najprawdopodobniej jest potwornie nieciekawe - według świadków zakupy robi w lokalnym sklepie, obiady jada z innymi pisarzami, a weekendy spędza z rodziną na wsi.
Cofnięty Pulitzer
"Tęcza grawitacji" jest przepełniona erudycją, głównie z dziedziny fizyki - co średnio inteligentnemu humaniście w żaden sposób lektur nie ułatwia. Na świecie powstało wiele opracowań i esejów poświęconych rozszyfrowywaniu "Tęczy", a w internecie znaleźć można nawet domowe strony profesorów, którzy zamieszczają tam własne interpretacje różnych wątków. Jednak "Tęcza" nie jest książką tylko dla posiadaczy co najmniej magisterium z przedmiotów ścisłych - inspirował się nią ponoć nawet Kurt Cobain, pisząc najsłynniejszą piosenkę Nirvany "Smells Like Teen Spirit", piosenkę, od której zaczęła się dekadę temu moda na muzykę grunge. Może też ona inspirować wielu innych, bo - jak przystało na dzieło porównywane z "Ulissesem" - występują tam fragmenty skrajnie obsceniczne, w których perwersje seksualne sięgąją zenitu. Akurat te fragmenty dla absolwenta studiów humanistycznych należą do najbardziej zrozumiałych. Niestety, perwersyjna wyobraźnia Pynchona została doceniona, ale nie do końca. Książka, która dostała National Book Award, otrzymała też Pulitzera - został on jednak cofnięty za "niezrozumiałość i obsceniczność". Czy może być dla takiej książki lepsza reklama?
Odyseusz z US Army
Warstwa fabularna tej powieści jest stosunkowo wątła w porównaniu z jej imponującą objętością. Tematem wydanej w 1973 roku "Tęczy" jest zmierzch II wojny światowej. Amerykański oficer William Slothrop śledzi działalność złowrogich niemieckich rakiet V-2. Najpierw w bombardowanym Londynie, a potem szuka ich śladów w okupowanych Niemczech. Tam podąża za widmową wunderwaffe, odkrywając takie tajemnice, jak np. istnienie Schwarzkomando - jednostki składającej się wyłącznie z Murzynów pochodzących z byłych niemieckich kolonii, obsługującej w III Rzeszy broń rakietową. Na każdym kroku potyka się o wszelkiej urody zdarzenia, a jego ścieżki krzyżują się a to z żandarmerią, a to z sowiecką armią, a to gdzieś się pojawiają polscy partyzanci, a to bałtyccy piraci, a to znów argentyńscy anarchiści, którzy porwali niemiecki U-Boot.
Najprościej byłoby powiedzieć, że V-2 jest złotym runem, po które podróżuje Odyseusz w mundurze US Army. Ale w tej powieści nic nie jest proste - narracja gubi się w gąszczu dygresji i wątków pobocznych, zamyka się myląco w opowieściach szkatułkowych - czasami niedorzecznych. Najczęstsze interpretacje przekonują, że Pynchon w tej powieści jest bezlitosnym krytykiem całej zachodniej cywilizacji (obraz świata przemierzanego przez Slothropa jest apokaliptyczny w stylu buffo), mnie się zaś wydaje, że jest przede wszystkim zaciekłym przeciwnikiem całej wcześniejszej literatury, którą - jak przystało na "Unabombera" - wysadza w powietrze.
Awangardy zawsze chętnie korzystały z dorobku nauk ścisłych - Pynchon jednak mówi najgłośniej: literatura i humanistyka to wcale nie są te same sprawy. Literatura nie musi być nauką humanistyczną, teraz - po doświadczeniu II wojny światowej - nawet nie powinna. Krótko mówiąc - czy po piekle wojny można nadal pisać modernistyczne powieści? Odpowiedź Pynchona jest jasna: Nie! Literatura jest eksperymentem naukowym, grzebaniem się nie w pamięci na przykład, ale w fizyce ciała stałego, nie w metafizyce, ale w polimerach, i lepiej by opisywała konstrukcję rakiety niż konstrukcję duszy ludzkiej.
Nic dziwnego więc, że na liście najważniejszych książek o nauce w XX wieku w zestawieniu amerykańskiego popularnonaukowego pisma "American Scientist" znalazło się (prócz dzieł Darwina, Feynmana, Hawkinga, Einsteina, Goulda) miejsce dla "Tęczy grawitacji". Obok "Kociej kołyski" Kurta Vonneguta i "Tono-Bungay" G.H Wellsa zresztą.
Thomas Pynchon, " Tęcza grawitacji", tłum. Robert Sudół, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2001