http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Teren prywatny , Kosmowska, Barbara

2001-12-28, ostatnia aktualizacja 2001-12-27 10:45

Ten rok minął pod znakiem Bridget Jones. Wydawnictwo Zysk rozpisało konkurs na "Dziennik polskiej Bridget Jones". Wygrała książka Barbary Kosmowskiej "Teren prywatny". Jej bohaterka ma czterdzieści parę lat, dwie córki, psa, męża, który ją zdradza, niesympatyczną matkę i źle płatną pracę kuratora. Postanawia zmienić swoje życie. Oto fragment pierwszego rozdziału

Panny Kwakówny, ograniczone do dwóch najważniejszych w moim życiu osób - matki i cioci Loli, siedzą nad albumem pełnym wspomnień. Jak co roku, 15 września. W rocznicę śmierci Lukrecji, milczącej matki rodu Kwaków. Siedzę i ja, przyglądając się swojej matce, która, nie wiedzieć czemu, lepiej ode mnie wie, jak powinnam postąpić z moim mężem w sytuacji, w jakiej się znalazłam (a się znalazłam). I wie, jakie fatalne błędy popełniłam, wychowując swoje córki (a popełniłam). Nie dość tego - wie, w czym powinnam prać piżamy i nocne koszule, żeby nie były takie szare (a powinnam). Patrzę też z nieskrywaną sympatią na ciotkę Lolę, której zdaniem moje sprawy to wyłącznie moje sprawy (są istotnie moje). Ponadto ciotka uważa, że mąż, który stał się (trochę ku mojemu późniejszemu zdumieniu) ojcem moich dzieci (a stał się), zawsze już nim będzie. Nawet jeśli tym razem sprawa z tłumaczką-łajdaczką skończy się jego prawdziwym odejściem. Ciotka Lola jest po prostu mądra i wie, że mężowie nie muszą być zawsze mężami, gdy ojcowie mają to do siebie, że zostają ojcami na całe życie, nie tyle z wyboru, ile ze względów genetycznych. Na prawdziwe odejście Olka czekam jak na wizytę u dentysty. Boję się i cieszę, ilekroć ząb małżeństwa przestaje boleć, ale wiem, że kiedyś trzeba będzie pójść i zrobić przysłowiowy porządek. Uporać się z próchnicą wszystkich przespanych lat. Wyleczeni mówią, że potem żyje się lepiej.

Bo mój mąż odchodził już trzy razy ("Do trzech razy sztuka" - przypominała mi matka, kiwając znacząco swym świeżym balejażem). Rzecz ciekawa. Rotacja, a właściwie dezercja ze stanowiska męża, następuje w fazach cyklicznych, zawsze wyznaczonych rocznicą śmierci babki Lukrecji, co można uznać za syndrom pewnej rodzinności. Cztery lata temu, we wrześniu, poinformowałam lapidarnie matkę i ciocię Lolę, że Olek poinformował lapidarnie mnie o możliwości zmiany w umowie ślubnej, a konkretnie - przesłania zawartego w zdaniu "i nie opuszczę cię aż do śmierci".

Sam pomysł odejścia powstał z powodów od Olka niezależnych. Tak twierdził, gdy podczas kolacji, po porcji golonki z warzywami, oświadczył mi, że niespodziewanie spotkał kobietę swojego życia. Początkowo sądziłam, że chodzi o mnie, bo golonki są moją specjalnością. Wyjaśnił jednak, że mówi o bliskiej znajomej z firmy, która z golonkami nie ma nic wspólnego. Wygrała za to konkurs na projekt "Osiedle jutra" w podwarszawskiej wsi. I razem to osiedle zamierzają budować.

Zapłakałam nad resztkami golonki, bo nieprawdą było, że Olek odkrył swą miłość niespodziewanie. Jak można niespodziewanie odkryć istnienie długich nóg z metryką o połowę krótszą niż moja, gdy się z tymi nogami i z tą metryką pracuje od roku? Zrozumiałam nareszcie, dlaczego przez ostatnie miesiące był w domu:

- wiecznie zmęczony ("Daj spokój, kochanie, przecież dopiero wróciłem z pracy!");

- rozdrażniony ("Gdzie, do cholery, zapodziałaś moje skarpetki?");

- romantycznie nieobecny (Gary Moore, ballads & blues);

- podniecony na dźwięk każdego dzwonka telefonu ("Zostaw, kochanie. To do mnie! Na pewno Araszkiewicz w sprawie planu przebudowy aneksu jadalnego!");

- niecierpliwy ("Co mnie obchodzi, że zatrzymali cię w sądzie? Co mnie w ogóle obchodzi twój sąd. Ostatnio nigdy nie możesz zdążyć z głupim obiadem, a ja tracę czas!");

- wredny ("Po co to kupiłaś? Takie sukienki są dla młodych kobiet! Zobacz, jak wyglądasz. Ja w każdym razie nie pójdę na ten bankiet, jeśli się nie przebierzesz").

Przebierałam się za parawanem zdumionych spojrzeń naszych córek: Aliny i Balladyny. Imiona zaciążyły na ich charakterach. Alina płakała ze mną, a Balladyna całkowicie uległa sugestii ojca, twierdząc, że faktycznie - wyglądam jak "porąbana".



Po kilku miesiącach Olek przekonał mnie, że osobno będzie nam lepiej i łatwiej. Zapragnęłam mieć lepiej i łatwiej. Ale akurat tego dnia przyszedł strapiony i nieszczęśliwy. "Osiedle jutra" runęło nagle i niespodziewanie. Posypały się fundamenty marzeń, w związku z czym on postanowił niczego nie budować. Ewentualnie wzmocnić, jak się wyraził, chylącą się ku upadkowi fortecę domowego ciepła.

Z tym ciepłem Olek przesadził. Zwłaszcza że w następnym roku znalazłam przypadkowo w jego wyjściowych spodniach wizytówkę informującą, że Beata Baląg, inżynier specjalista od spraw chłodziarek i lodówek, funkcjonuje pod trzema telefonami, również pod domowym. Olek w tym czasie był znowu wiecznie zmęczony, rozdrażniony, romantycznie nieobecny (poezja śpiewana, kompakt "Kraina Łagodności") etc. Aż któregoś dnia, późnym sierpniem, wyznał przy bigosie (mój bigos słynie jako wybitne osiągnięcie kulinarne w całym resorcie sądownictwa), że z Beatą Baląg, specjalistką od chłodziarek, łączy go gorące uczucie. I że jest to prawdopodobnie miłość.

Tym razem ochłodzenie stosunków ze specjalistką od chłodziarek nastąpiło cokolwiek szybciej (co fachowiec, to fachowiec). Ale ja, zdaniem ciotki Loli, wyglądałam na kobietę, która z trudem przeżyła cofanie się lodowca. Zwłaszcza że moja odporność na syberyjskie klimaty panujące w domu niepomiernie zmalała i cierpiałam na chroniczne, niczym nieuleczalne "zimno istnienia".

Nie minął rok, który uczciwie poświęciłam pracy (tym razem nad sobą), a do drzwi naszego niedużego mieszkania zastukała firma ubezpieczeniowa reprezentowana przez naszą wspólną znajomą, panią Kornelię, która przekonała Olka, że powinien oddać w jej ręce sprawy swego życia. I Olek uczynił to bardzo chętnie, rekompensując fakt oddania się w ręce pani Kornelii jakąś nędzną polisą ubezpieczeniową, która miała mi za dwadzieścia lat zapewnić wakacje na Majorce albo urokliwy dom starców. Już nie na Majorce, lecz gdzieś w pobliżu.

Zaczynałam być świadoma, że przy zmieniających się w takim tempie konstelacjach kobiecych na orbicie Olka nie pożyję dłużej niż pół roku (nawet jeśli nie popełnię samobójstwa z powodu miesiączki, o której powiem na przykład zaprzyjaźnionemu listonoszowi). W najlepszym razie będę już za moment potrzebowała, i to w trybie natychmiastowym, miejsca odosobnienia. Nerwica, która zaczynała za mnie myśleć, gotować, wychowywać dzieci i robić zakupy, nie pozostawiała wątpliwości, że wbrew pozorom jestem słabą i głupią kobietą.

Oczywiście nie są to jedyne cechy jednoznacznie świadczące o mojej kobiecości. W zasadzie niczym się nie różnię od kobiet, które po czterdziestce zdobyły:

- wyższe wykształcenie ("I po co kończyłaś prawo, skoro jesteś teraz zwykłym kuratorem od nieokrzesanych pijaków?" - matka, mąż);

- status polskiej matki wybaczającej ("Ja się o życie nie prosiłam, a palę, bo ty też palisz!" - Balladyna);

  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':