http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ostatni cieć, Głowacki, Janusz - Recenzja Henryka Dasko

Henryk Dasko
2001-12-05, ostatnia aktualizacja 2001-12-05 21:10

Nowa książka Janusza Głowackiego kończy się kataklizmem. Nie wiemy, czy to huragan, trzęsienie ziemi, koniec świata, czy może tylko koniec zachodniej cywilizacji

"Rozpadnie się Zachodu stary gmach

W twym własnym życiu też nastąpi krach

Zapłoną szosy, widma staną w drzwiach

I biały zatańczy"

Leonard Cohen "Przyszłość", 1991

Gdzie te czasy, kiedy o Januszu Głowackim najwięcej można było dowiedzieć się w kilku warszawskich kawiarniach, malowniczo rozsianych wzdłuż osi Alej Ujazdowskich, Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia? Gdzie te dni, kiedy w rok po Marcu '68 krytyk Jerzy Płażewski beształ Wajdę, pisząc, iż sfilmowanie "Polowania na muchy" wedle noweli i scenariusza Głowackiego zepchnęło go na intelektualną płyciznę. Dziś wystarczy kilka stuknięć w klawiaturę komputera, aby nazwisko Głowackiego i tytuły jego utworów pojawiły się na ekranie w imponującej liczbie języków i kontekstów. Die vierte Schwester. Wozwraszczenije grafa Monte-Kristo. La Cenicienta. Na jednej z estońskich stron internetowych (nie władam estońskim) nazwisko autora "Antygony w Nowym Jorku" wymienione jest w jednym akapicie z Leninem, George'em W. Bushem, Aleksandrem Kwaśniewskim i Ku-Klux-Klanem, a profesor chilijskiego uniwersytetu, pisząc o cenzurowanym teatrze politycznym, wywodzi twórczość Głowackiego z tradycji Eurypidesa i Lope de Vegi.

Wśród współczesnych twórców emigracyjnych piszących w ojczystym języku międzynarodowe sukcesy nie zdarzają się często. Bywają oczywiście wyjątki - Mrożek, Kundera, Josef Skvorecky - ale niewielu potrafi rozwalić ciasne ściany emigracyjnych doświadczeń, przebić się przez barierę języka. Poza literaturą fantastyczną Polakom pokolenia Głowackiego udaje się to rzadko - nawet pisarze tak ewidentnego talentu jak Marek Hłasko i Henryk Grynberg, obaj zadomowieni w Ameryce, nie zaistnieli w znaczący sposób na amerykańskim rynku, z reguły niechętnym tłumaczeniom i skoncentrowanym na anglojęzycznej produkcji literackiej.

Swoją amerykańską karierę Głowacki reżyserował z wielką precyzją i niecodziennym wyczuciem kraj- obrazu. W USA znalazł się w początkach stanu wojennego, kiedy Polska pojawiała się regularnie na czołówkach gazet, a twarz Lecha Wałęsy i znaczek "Solidarności" stały się ogólnie rozpoznawalnymi symbolami. Wkrótce potem czołowy amerykański animator życia teatralnego Joe Papp wystawił "Kopciucha" Głowackiego w znakomitej obsadzie na jednej z najważniejszych scen amerykańskich American Public Theater w Nowym Jorku.

Kiedy Papp wystawił "Kopciucha", łatwo odczytywalnego jako polityczna metafora, w zbiorowej pamięci Amerykanów żyły wciąż migawki telewizyjne ukazujące czołgi na ulicach polskich miast i nadal dźwięczały słowa Ronalda Reagana o "imperium zła".

"Kopciucha" krytyka amerykańska przyjęła dobrze, ale prawdziwy sukces przyniosły Głowackiemu "Polowanie na karaluchy" i "Antygona w Nowym Jorku". Obie te sztuki znalazły się na listach najlepszych spektakli roku, a na autora posypał się deszcz nagród i stypendiów prestiżowych fundacji. Kluczem do amerykańskiego sukcesu Głowackiego stała się jego szybka aklimatyzacja w Nowym Jorku. Od najwcześniejszych prób literackich cechowała go rzadka umiejętność wynajdywania w otaczającej go codzienności elementów groteski - teraz na każdym nowojorskim rogu mógł na- tknąć się na najbardziej egzotyczne przejawy życia, które same wciskały mu pióro do ręki. Choć w swojej twórczości Głowacki często odwoływał się do kanonów światowej klasyki - Sofoklesa, Szekspira, Dostojewskiego, można przypuszczać, że do jego literackich nauczycieli zaliczyć należy klasyków rosyjskiej satyry - Gogola, Zoszczenkę oraz Ilfa i Pietrowa, autorów "Złotego cielca" i "Dwunastu krzeseł".



Ironia jako metoda literacka jest domeną czysto inteligencką, dziś w Polsce spotykaną raczej rzadko, jeśli wykluczyć twórczość felietonową. Jako scenarzysta "Świata według Kiepskich" Głowacki byłby bezużyteczny. Ale wbrew pozorom i popularnej opinii redukującej Amerykę do landrynkowego humoru Hollywoodu tradycja cienkiej, wysublimowanej ironii jest tam zakorzeniona mocno, a dla czytelników "New Yorkera" i wielbicieli Woody'ego Allena dowcip Głowackiego okazał się nie tylko zrozumiały, ale naturalny. Gdy w pierwszym akcie "Antygony" Rosjanin Sasza mówił, że Hieronymus Bosch malował męczenników z partyturami wytatuowanymi na tyłkach i fletami wbitymi w dupę, sala warszawskiego teatru co wieczór trzęsła się od radosnego rechotu. Ale kiedy w następnej kwestii Pchełka stwierdzał, że ktoś o imieniu Hieronymus musi być Żydem, po sali przebiegał tylko zakłopotany szmerek. Amerykańska widownia reagowała odwrotnie, i bynajmniej nie dlatego, że nie wiedziała, kto to był Bosch.

Renata Gorczyńska nazwała kiedyś teksty Głowackiego palimpsestami. Palimpsest to starożytny rękopis, z którego starto napisany tekst, aby cennego pergaminu można było użyć ponownie. Jeśli zastosować współczesne technologie, pierwotny tekst, często wielkiej wartości, daje się znowu odczytać. Podobnie jak palimp-sestem była "West Side Story", współczesna wersja "Romea i Julii", tak spod słów "Czwartej siostry" wygląda Czechow, z "Raportu Piłata" - Ewangelia, a z "Antygony w Nowym Jorku" - Sofokles.

Tak też jest i w najnowszej książce Głowackiego, w minipowieści "Ostatni cieć". Jej artystycznym pierwo-wzorem jest film "Obywatel Kane" Orsona Wellesa.

"Obywatel Kane" to częściowo tylko sfikcjonalizowana historia wielkości i upadku amerykańskiego plutokraty i magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, twórcy masowej, sensacyjnej prasy, kształtującej amerykańską opinię publiczną w początkach XX stulecia. żył w obscenicznym przepychu kalifornijskiego zamku San Simeon, który wybudował, a jego publiczny, wieloletni romans z aktorką Marion Davis stanowił codzienną strawę dla nigdy niesytych amatorów sensacji z życia tak zwanych wyższych sfer. Film Wellesa, rozpoczynający się od sceny śmierci Kane'a, odtwarza historię życia bohatera w serii wyrywkowych relacji zanotowanych przez reportera kroniki filmowej i przedstawionych w achronologicznej, pozornie przypadkowej kolejności.

Bohaterem bliźniaczo skonstruowanej książki Głowackiego jest John Jefferson Caine, którego nazwisko wymawia się tak samo jak nazwisko Wellesowskiego protagonisty. Jak u Wellesa Caine jest potentatem medialnym, właścicielem licznych stacji telewizyjnych. Ale akcja książki Głowackiego dzieje się niemal o całe stulecie później, więc Caine manipuluje opinią publiczną w sposób nieporównanie bardziej wyrafinowany - inscenizując wydarzenia, które jego stacje następnie transmitują. Jego najlepsi art-designerzy byli rozsyłani na miejsca katastrof, gwałtów czy ataków terrorystycznych, często na długo, zanim się one wydarzyły, a do największych swoich sukcesów zaliczał porywająco piękny, kręcony z helikopterów, stylizowany zapis zatopienia Florydy w 2010 r. i zatrucia cyjankiem zbiorników wodnych Nowego Jorku w roku 2012.



Swoją oszałamiającą fortunę Caine zgromadził, projektując modę. Więcej - Caine jest najsłynniejszym projektantem mody w historii, twórcą kulturowych symboli i wizerunków. To on wykreował wygląd elity finansowej Wall Street, Beatlesów i Rolling Stonesów. To z jego szkicownika wyszedł mundur kubańskich guerillas, to on stworzył szykowny strój Organizacji Wyzwolenia Palestyny, nieogolony wdzięk Che Guevary; to on był autorem wszystkich kreacji pułkownika Kadafiego. Ale zenitem jego dokonań twórczych stały się męskie majtki, arcydzieło z królewskiej bawełny zawieszone na nowojorskim Times Square i zgodnie uznane przez krytyków za Kaplicę Sykstyńską XXI wieku. Uwielbiany przez tłumy Caine jest idolem współczesnego świata, zwanym Leonardem da Vinci naszego wieku, a jego ambicją jest zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jest przy tym człowiekiem uwrażliwionym na problemy globalne: w hotelu Waldorf Astoria inauguruje w towarzystwie modelek i supermodeli swój biały rok, oświadczając, że na znak protestu przeciw zacofaniu Trzeciego Świata i pogłębiającej się różnicy między biednymi i bogatymi będzie pił tylko białe wino, jadł wyłącznie białe potrawy i dodatkowo ubierał się tylko i wyłącznie na biało.

Głowacki tego oczywiście nie wymyślił. Nowojorski projektant mody Calvin Klein obwiesił cały świat sprośnymi reklamami majtek, na których paker i drugorzędny aktor jednoznacznie wulgarnym gestem łapie się dłonią za krocze. Przypadkowa śmierć Gianniego Versace, apostoła złego smaku na bizantyjską skalę, zamordowanego przez zazdrosnego kochanka, stała się histerycznym spektak-lem medialnym, eksponowanym szerzej niż kataklizmy i wojny pochłaniające dziesiątki tysięcy ofiar. Perfekcyjnie wyreżyserowane reklamy dżinsów Guess epatują sugestywnym, pornograficznym podtekstem. Luciano Benetton, który zasypał planetę dżersejowymi sweterkami w ładnych kolorach, pomysłowo i cynicznie wykorzystuje w kampaniach reklamowych nękające świat problemy społeczne - głód, AIDS, przymusową pracę dzieci w krajach Trzeciego Świata. Amerykański tygodnik "Forbes" napisał, że wartość znaku firmowego słynnego projektanta mody Ralpha Laurena jest większa niż wartość symboli największych międzynarodowych koncernów - IBM, Kodaka, Pepsi.

Miast Wellesowskiego reportera naszym przewodnikiem po oszalałym świecie Caine'a jest ów ostatni cieć Kuba, klasyczny bohater Głowackiego, polonus z Greenpointu, uprzednio wieśniak z Kielecczyzny, w Ameryce dzielący materac i patelnię z ośmioma rodakami, jak i on pracującymi przy remontach. "Obywatel Kane", spięty klamrą śmierci bohatera i popadnięciem zamku w ruinę, jest historią jednego życia. "Ostatni cieć" wprawdzie zaczyna się tak samo, ale kończy inaczej. Wieczór w restauracji na Broadwayu, gdzie autor wysłuchuje opowieści Kuby, zamienia się w naturalny kataklizm. Nie wiemy do końca - książka nie daje na to odpowiedzi - czy to huragan, trzęsienie ziemi, koniec świata czy może tylko koniec zachodniej cywilizacji.

Katastrofizm nie jest pojęciem nowym ani w literaturze, ani u Głowackiego, gdzie bohaterowie nierzadko kończą źle. W zgodzie z regułami gatunku i jego własną, raczej ponurą wizją świata twórczość Głowackiego, począwszy od "Polowania na muchy", zawsze niosła w sobie silny ładunek tragizmu, sprawnie i błyskotliwie maskowany humorem. Głowacki miał też zawsze czytelników, którzy woleli na tym ostatnim poprzestać, choć w ostatnich latach było to coraz trudniejsze: jego nowojorska Antygona popełniła samobójstwo, wieszając się na płocie parku. Ale w "Ostatnim cieciu" Głowacki bardziej niż kiedykolwiek pisze o sobie. Wizja apokaliptycznej katastrofy dotyczy nie tyle końca świata, ile odejścia w przeszłość u progu nowego wieku pewnej hierarchii kulturowej, w której Głowacki wyrósł, a jej wartości uznał za swoje.



Ojciec Janusza Głowackiego pisywał książki dla dzieci i kryminały, jego matka była redaktorką w wydawnictwach. Głowacki wspominał, że czytywała mu do snu Prousta, przy którym natychmiast zasypiał. Ale jego drugim, nie mniej ważnym domem były stoliki w warszawskich kawiarniach literackich lat 60. i 70. W wywiadach i tekstach publicystycznych wielokrotnie wspominał SPATiF w Alejach Ujazdowskich, opisując go w słowach pełnych nostalgii i ciepła, najczulszych, jakie kiedykolwiek wyszły spod jego szyderczego pióra.

W owych lokalach działo się coś więcej niż konsumowanie znacznych ilości alkoholu. "W SPATiF-ie - pisał Głowacki w kapitalnym wspomnieniu o Januszu Minkiewiczu - Stryjkowski wykrzywiał się na Singera; Słonimski mówił dobrze o Wieniawie; Bereza o Drzeżdżonie; płk Załuski o bitwie pod Lenino. Andrzejewski walczył z Lisiecką o duszę młodziutkiego Mętraka, a Paweł Hertz milczał wieloznacznie". Wątpię, by ktokolwiek inny scharakteryzował równie syntetycznie i lapidarnie środowisko warszawskich elit intelektualnych. Mimo wojny i stalini-zmu SPATiF, kawiarnie Marca, PIW-u i Czytelnika były naturalną kontynuacją tradycji przedwojennej Ziemiańskiej i Adrii, okupacyjnego IPS-u, warszawskim odpowiednikiem paryskiej Cafe de Flore i nowojorskiej Elaine's. Choć, jak opowiada Głowacki, przy sąsiednich stolikach siadywali cinkciarze i właściciele podwarszawskich szklarni, elity finansowe rządziły wówczas jedynie światem pieniądza i interesu. Rząd dusz niepodzielnie należał do elit intelektualnych.

W okrutnym symbolizmie Głowackiego dzisiejszym marzeniem tłumów są majtki Caine'a. Ich posiadanie przynosi szczęście - w każdym z opakowań ukryto loteryjny los, a główną nagrodą jest prawo do stałego pobytu w Ameryce i posada ciecia w zamku Caine'a z pensją dwustu tysięcy dolarów rocznie. Owo konsump-cyjne szczęście fatum daruje naszemu rodakowi Kubie. Teraz stać go już na niedostępne dotąd atrybuty amerykańskiego życia - litr dobrze zamrożonego Chopina w manhattańskiej restauracji i sygnet z brylantem na małym palcu.

Ale błędem byłoby redukowanie "Ostatniego ciecia" do zgorzkniałych wyrzekań na prostactwo wszechobecnej komercjalizacji. Ta książka jest bowiem opowieścią o współczesnym fenomenie zawłaszczenia przez pieniądz obszarów duchowych, które dotąd były domeną świata kultury. O niesytej sławy i bogactwa kaście wylansowanej przez współczesne, wszędzie docierające środki masowego przekazu, o jej produktach, których konsumpcja nie wymaga wysiłku i zobowiązania intelektualnego niezbędnych do przeczytania książki czy pójścia na koncert. O nowym mechanizmie kreowania wzorców zachowań i wizerunków osiągalnych dla wszystkich i dostępnych za niewielkie pieniądze w każdej drogerii czy supermarkecie. I wreszcie, na poziomie osobistym, "Ostatni cieć" opowiada jeśli nie o kresie ostatecznym, to w każdym razie o zejściu ze społecznego cokołu tej formacji kulturowej, którą Janusz Głowacki zawsze uznawał za swoją.

Janusz Głowacki "Ostatni cieć", Czytelnik, 2001

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

FBI prześwietliło Jobsa

W 1991 roku administracja prezydenta George'a Busha seniora rozważała zatrudnienie Steve'a Jobsa. FBI sprawdziło wtedy dokładnie Jobsa, a teraz upubliczniło tamte informacje

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W sobotę z ''Gazetą'':

  • Wysokie Obcasy