http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tequila, Varga, Krzysztof - Recenzja Michała Witkowskiego

Michał Witkowski
2001-11-07, ostatnia aktualizacja 2001-11-07 19:15

Nowa powieść Krzysztofa Vargi to proza tak samo niezależna, jak opisany w niej zespół rockowy.

ZOBACZ TAKŻE
Zawsze w prozie Krzysztofa Vargi najbardziej podobała mi się refleksja nad śmiercią, i to bardzo konkretną, "tu i teraz", zanurzoną we współczesnej kulturze i cywilizacji, a raczej pod nimi ukrytą. Opisy rozkładu ciał, smrodu, gnicia, a zarazem - bohaterowie, którzy chcą żyć ostro i bardzo intensywnie. Najdziksza konsumpcja: seks, żarcie w najróżniejszych postaciach, narkotyki, imprezy pełne alkoholu - wszystko to rejestrowane jest hurtowo, w skali makro. W każdej książce Vargi znajdzie się jakiś żarłok dający pretekst do piętrzenia groteskowych wyliczeń bardziej i mniej wyrafinowanych potraw w takich ilościach, że muszą znaczyć coś więcej, niżby znaczyły w pierwszej lepszej książce kucharskiej. Stają się oczkiem puszczonym w kierunku naszych hipermarketów. Tak było w "Śmiertelności", tak jest i w "Tequili", która stanowi monolog we- wnętrzny tekściarza i wokalisty niosącego trumnę perkusisty o ksywce Gruby, który grał z nim w niezależnym zespole. I tak też jest ta książka napisana, czy może raczej "wysapana" - jednym tchem, z wściekłością na pot zalewający oczy, trumnę uwierającą w ramię, ludzi, co przyszli dla samej sensacji, ale także na wiele innych rzeczy. Bo oto w tym przydługim monologu wewnętrznym coraz to pojawiają się nowe oskarżenia współczesnej merkantylnej kultury powodującej upadek prawdziwej sztuki niezależnej, rozluźnianie więzi międzyludzkich, że o prawdziwych, dawnych wartościach nawet wspominać nie warto. Zespół rockowy opisany przez Vargę jawi się jako ostatni przyczółek niezależności w morzu sprzedajności. Nic dziwnego, że kapela jest skazana na zagładę! Takie wyjątki nie mają prawa istnieć, bo mogą - chociażby swoimi tekstami - sprowadzić zdrową część społeczeństwa na złą drogę. I rzeczywiście, w finalnej scenie znajduje się czarny charakter w postaci menadżera, który jeszcze na cmentarzu delikatnie sugeruje, że zamierza rozwiązać z nimi kontrakt, bo są zbyt "niezależni".

"Nie ma ucieczki, wszędzie czai się ten sam syf, choć w najróżniejszych postaciach" - zdaje się sugerować bohater Vargi. Bo nawet zbuntowane panny, które przychodzą na ich koncerty, więc "są po ich stronie", przy bliższym poznaniu okazują się zwykłymi, nie najmądrzejszymi fankami, które niewiele rozumieją z ich przekazu. Przedrzeźnianie ich rozlicznych póz, min i sposobów na zaintrygowanie członków zespołu zostało wykorzystane przez Vargę do celów komicznych ("Inna, perfekcyjnie zrobiona na gotycko, czarne szmaty, totalny makijaż, usta na czarno, powolne ruchy, dołerskie miny. Siedzi i nic nie mówi, tylko pali, powoli wypuszczając dym, a ten się wolno unosi, ona patrzy na ten dym i milczy (...) Dlaczego jesteś taka smutna, usiłuję dalej drążyć, bo panna ładna i może z tego być coś miłego. Smutek jest moją radością, mówi ona"). Wokalista nie czuje się w pełni zrozumiany nawet przez członków własnego ze- społu. Wiele cierpień przysporzył mu Gruby, który jadał wszędzie, nawet w McDonald'sie, podczas gdy kapela miała między innymi kontestować globalizację.



Skądinąd nieco drażniące jest u Vargi to dzielenie świata na "naszych" i całą resztę. Mimo że trudno się nie zgodzić z jego argumentami przeciwko zamerykanizowanej kulturze pieniądza, jeszcze trudniej przystać na to, że wszyscy, którzy nie grają w niezależnych zespołach rockowych, są czarnymi charakterami naszych czasów, a jak ktoś jeszcze, nie daj Boże, pracuje dla jakiejś firmy, to już nie ma dla niego ratunku. Oczywiście można powiedzieć, że to głos bohatera, nie Vargi, tyle że żadne specjalne sygnały (takie jak ironia) nie wskazują na dystans autora wobec tego, co opowiada jego wokalista. O braku dystansu świadczą też dobitnie żartobliwe napisy w stopce książki, stylizowane na informacje umieszczane zwykle na kasetach i kompaktach: "Krzysztof Varga - wokal, Kloss - gitara, Senior Vargas - bas" itd. Nie kto inny jak współzałożyciel wydawnictwa Czarne Andrzej Stasiuk przyznał się kiedyś, że tę energię, jaką wkłada w pisanie, najchętniej spożytkowałby na bębnienie w jakimś niezależnym zespole. Myślę, że to niespełnione marzenie wielu pisarzy. W takim wypadku inicjatywy w rodzaju "Tequili" spełniałyby funkcję zastępczą ("książka zamiast singla"). Tymczasem dochodzi tu do pewnej zabawnej zamiany ról - pisarz wydaje książkę stylizowaną na rockowy krążek, w której z kolei wszystkie nazwy utworów zastąpione zostały tytułami dzieł z literatury polskiej i obcej. Zespoły opisywane w "Tequili" wydają bowiem kasety pt. "Miazga", "Nędznicy" czy "Auto da fe"...

Jednak prawdę mówiąc, nic sobie z tych paru zarzutów nie robię, bo książka jest pełna humoru, co stanowi nowość u tego autora. Jest to, rzecz jasna, humor wisielczy, i to w dwójnasób: raz, że przez cały czas wokalista żartuje, niosąc trumnę przyjaciela, dwa - śmieje się z większości, która jest siłą, dyktuje warunki w społeczeństwie, a nawet decyduje o powodzeniu lub klapie singli. Przede wszystkim więc podrwiwa z bogatych dorobkiewiczów. Bardzo się uśmiałem, gdy Varga zaczął przedrzeźniać ludzi wracających z wakacji i objaśniających banalne zdjęcia: "Patrz: to nasz domek w klabmedzie nad samą wodą, a to laguna z lotu ptaka (...), a to wieczór hawajski, tak, to ja w tym kwiatowym naszyjniku, ha, ha, ha, a to Simone, a to takie panny, jak na obrazach tego gościa (...) A to znowu my, w wodzie, ja i Simone, na zawsze razem. Mówię ci, stary, walnij się na Bora-Bora, stać cię chyba na to?". Właściwie wszystko w tej książce jest źródłem humoru, nawet to, że Gruby je monstrualnie duże ilości mięsa, a teraz - żeby było śmieszniej - robaki zjedzą jego. U Vargi nigdy bowiem nie istniało poczucie granicy, za którą kończy się dobry smak. I dobrze - przydaje się ono projektantowi mody i kucharzowi, ale nie- koniecznie twórcy, który opisuje rzeczywistość z całym dobrodziejstwem inwentarza. Miło mi stwierdzić, że jako pisarz autor "Tequili" od lat wykazuje brak poczucia dobrego smaku i niezależność taką jak opisany przez niego zespół.

Czarna Lampa, Warszawa - Wołowiec 2001

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':