Krótka historia literatury przenośnej
Enrique Vila-Matas
przeł. Joanna Karasek, Muza, Warszawa
Zawsze kiedy czytam nową powieść Vila-Matasa, wyobrażam go sobie mniej więcej tak: w niewielkim pokoiku zawalonym stosami książek, w fotelu siedzi pisarz, w lewej ręce trzyma książkę, a w prawej ołówek. Czyta, od czasu do czasu coś podkreślając albo nanosząc drobne uwagi na marginesach. Wykluczone, żeby używał długopisu. Na popielniczce tli się papieros. Następnie Vila-Matas przegląda wszystkie swoje zapiski, poczynione na fiszkach i kawiarnianych serwetkach - a ma ich całe mnóstwo - i kiedy tak je wertuje nagle - cyk! - w głowie zapala mu się żaróweczka i oto pomysł na własną książkę gotowy.
Bowiem Vila-Matas uprawia prozę skrajnie literacką, to taka erudycja w stanie niemal czystym, literatura o literaturze do kwadratu. I "Krótka historia literatury przenośnej", która przyniosła autorowi międzynarodowe uznanie i wreszcie, po ponad dwudziestu latach, trafia do polskiego czytelnika, jest tego przykładem doskonałym.
"Krótką historię..." trudno nawet nazwać powieścią, jest to coś między zbiorem niby-esejów a pastiszem historii literatury. Przedstawia ona dzieje tajnego stowarzyszenia założonego przez grupę artystów, głównie literatów, wśród których znaleźli się: Duchamp, Scott Fitzgerald, Walter Benjamin, Garc~a Lorca, Alistair Crowley, Witold Gombrowicz czy młody Borges. Członkowie bractwa określają się mianem "shandy" (etymologia okazuje się dość zagmatwana i odnosi zarówno do Laurence'a Sterne'a, jak i do angielskiego napoju chłodzącego), zasadniczym założeniem grupy zaś staje się tworzenie literatury przenośnej, czyli takiej, którą można zmieścić w podręcznym bagażu. Zrzeszeni winni charakteryzować się także całym zestawem cech dodatkowych, jak na przykład skłonnością do wybujałej seksualności, innowacyjnych poszukiwań artystycznych czy zamiłowaniem do koczowniczego trybu życia.
Historia stowarzyszenia "przenośnych" skomponowana jest z luźnych epizodów, smakowitych anegdot (na przykład o afrykańskiej wyprawie, fenomenie sobowtórów prześladujących "shandych" czy artystycznej interpretacji samobójstw), przez co książki tej streścić się nie da: autor lepi coś w rodzaju zbiorowego portretu literackiej ekstrawagancji. Jakkolwiek w tekście pojawiają się nazwiska postaci autentycznych, to za autentyczność opisywanych tu anegdot nie dałbym złamanego grosza. Vila-Matas jest najwyraźniej nieprzyzwoicie oczytany i - jak na człowieka zatopionego w fikcji przystało - nie widzi większego sensu w rozróżnianiu prawdy od zmyślenia. Sama książka zresztą także przynależy do gatunku "przenośnych", bo jest rozmiarowo skromna - jakieś sto niedużych stroniczek skłaniających do lektury powolnej, ostrożnej i degustacyjnej: lektura jednym ciągiem nie ma większego sensu, to tak jakby dobre wino pić duszkiem z butelki.
W podobnym duchu utrzymana jest druga zapowiadana przez polskiego wydawcę książka Vila-Matasa: "Bartleby i spółka". Tym razem autor wziął na warsztat intrygujący literacki fenomen: co powoduje pisarzami - niejednokrotnie mającymi przed sobą otwartą drogę literackiej kariery - którzy nagle odkładają pióro i milczą? Patronem owych twórców staje się tytułowy Bartleby, skryba z opowiadania Melville'a, Vila-Matas zaś komponuje dygresyjny katalog twórców, którzy przestali pisać, przyglądając się Juanowi Rulfo, J.D. Salingerowi czy Thomasowi Quincey - by wymienić najbardziej znanych. Konceptowi odpowiada przemyślna forma: tekst składa się z ponumerowanych przypisów do niewidzialnego tekstu - bo czyż może być stosowniejsza forma dla książki o niepisaniu?
Vila-Matas uprawia literaturę mocno autotematyczną, czyni to konsekwentnie i z wdziękiem. Kiedy czyta się jego wywiady czy rozważania nad pisarskim rzemiosłem, uderzają dwie rzeczy: to, że autor mówi o sobie niemal zawsze za pomocą cytatów z innych kolegów po piórze ("Jak odpowiadał André Gide "; "Jak to zgrabnie wytłumaczył Truman Capote w prologu do "; "Jak mawiał Danilo Kiš "; "Że znów zacytuję Oscara Wilde'a " itd.), oraz to, że o pisarskim powołaniu ten bardzo poważny pisarz wypowiada się w sposób często zgoła niepoważny. Jak wyjaśnia w znanym felietonie "Pisać to przestać być pisarzem", zawód pisarza zainteresował go, bo: "1) chciałem być wolny, nie miałem ochoty co rano iść do biura, 2) zobaczyłem Mastroianniego w "Nocy" Antonioniego; w tym filmie -który pokazywano w Barcelonie, kiedy miałem szesnaście lat - Mastroianni był pisarzem i miał wspaniałą żonę (ni mniej ni więcej, tylko Jeanne Moreau)". Przy innej okazji wspomniał, że do podjęcia literackiej kariery skłonił go Witold Gombrowicz - ale nie jego dzieła, których wówczas w ogóle nie znał, tylko wieści na temat ekscentrycznego zachowania polskiego pisarza. Jednak pod tymi prześmiewczymi deklaracjami kryje się zupełnie poważna postawa: tu nie chodzi o to, by być pisarzem, tylko żeby pisać. A pisanie to zajęcie niebezpieczne i niewdzięczne, bo ciągle trzeba dążyć do doskonałości, choć ta jest nieosiągalna; pisanie to poprawianie życia, ale zarazem częściowa z niego rezygnacja.
Tej wiosny poznamy zatem dwie pozycje z bogatego dorobku Vila-Matasa, który ma już na koncie dwanaście książek, kilka poważnych nagród i przekłady na kilkanaście języków. Tylko dwie, ale najgłośniejsze i chyba najlepiej pokazujące, czym tłumaczy się szczególna pozycja Vila-Matasa w hiszpańskiej literaturze. Hiszpania bowiem poszczycić się może wyjątkowo prężnym rynkiem literackim, z ogromną rodzimą produkcją oferującą czytelnikowi pełny sort gatunków i konwencji: kryminał, thriller, sensacja, romanse, proza "kobieca" - wszystko w obfitości i na dobrym poziomie. Tyle że w świecie, w którym literaturę opisuje się terminami w rodzaju "produkcja", "podaż", "popyt", "ranking" czy "bestseller", twórcy pokroju Vila-Matasa potrzebni są szczególnie: przywracają wiarę w to, że w literaturze - oprócz tych wszystkich biznesowych parafernaliów - chodzi jednak o coś więcej.
Źródło: Gazeta Wyborcza