Brzytwa okamgnienia
Jacek Dehnel
Biuro Literackie, Wrocław
"Brzytwa okamgnienia odcina to, co zbędne" - mówi w pierwszym wierszu swojego najnowszego tomiku młody poeta i prozaik Jacek Dehnel. I brzmi to jak manifest, głos w sprawie powoływania dobrej poezji czy szerzej - sztuki. A sztukę traktuje Dehnel jako narzędzie poznania i opisywania świata - znacznie wnikliwsze i bardziej wiarygodne niż nauka.
"Brzytwa okamgnienia" to zobowiązujący tytuł. Nawiązuje do wprowadzonej przez Ockhama zasady niemnożenia istnień i mówi o dokumentacyjnej funkcji poezji, o ocalaniu tego, co ulatnia się w ciągu chwili. Jednocześnie postuluje unikanie niepotrzebnych słów, ich pilną selekcję.
Operacja na wierszu wymaga chirurgicznej precyzji, nie tylko sprawności, ale także dystansu. W końcu autor tnie to, co dla niego najdroższe - własny tekst.
To wiersze erudyty, który buszuje w bibliotece i Luwrze, ale w celach doświadczalnych lubi też zajrzeć do mrocznej spelunki. Kultura jest dla niego ciekawostką godną życia, a świat - genialną krzyżówką do rozwiązania. Z tym że Dehnel nie pędzi panicznie ku ostatecznemu oświeceniu. Rajcuje go już sama możliwość gry, sama potencjalność świata.
Poeta kocha siebie piszącego, uwielbia świat i siebie w świecie. Jest hedonistą. Nawet jeśli w przerwach przywołuje ponury refren: "Memento mori". Na ogół jednak obserwujemy, jak radośnie podniecony podnosi preparaty do światła, miesza substancje i z zachwytem obserwuje skutki. A skutki bywają zaiste wybuchowe, elektryzujące. Dehnel zastosował w "Brzytwie okamgnienia" podobny jak w powieści "Lala" zabieg zderzenia dwóch światów i języków - nieco archaicznego, "arystokratycznego", i nowoczesnego, potocznego. Co czasem daje efekt (intencjonalnie) komiczny, czasem zaś poważnie zaskakuje. Podświetlone przez nowy kontekst wyrazy pokazują się z innej strony. Jeśli wspomnieć jeden z postulatów dotyczących sztuki - że ma ona wytrącać z automatyzmu myślenia i mówienia - poezja Dehnela realizuje ten ideał.
Świat jest dla niego galerią lub muzeum, w którym przechadza się alejkami, degustując przedmioty jak potrawy. Do tego jest ratownikiem słów - najwyraźniej używa niektórych, żeby nie wymarły. Sam pozostaje odległy. Wydaje się, że nie dotykają go sprawy, jakby napisał książkę o kimś, kto kiedyś żył, jadł i kochał, a teraz jest tylko "kropelką sepii" na starej, wytartej fotografii.
To eleganckie wiersze, teksty "dobrze wychowane". Nawet erotyki, mimo że zmysłowe, czasem wręcz detaliczne - pachną perfumą i są ładne jak w romantycznym filmie. Ale kiczu unikają jak ognia. Bywają raczej dowcipne.
Istotne dla Dehnela jest brzmienie tekstu - rytm i melodia. W tym sensie wiersz to dla niego przede wszystkim pieśń. Wyobrażamy sobie autora myślącego wiersz w rytm stukotu pociągu, kroków na schodach, tykania zegara.
Zdaje się, że Dehnel próbuje opisać całość egzystencji. Oczywiście według ironicznego scenariusza, który uwiecznił w jednym ze swoich wierszy: "gonady, seks, ślub, ciąże, praca, renta, śmierć".
Źródło: Gazeta Wyborcza