Autor książki przez wiele lat był korespondentem wojennym. Może chciał uporządkować w głowie to, co widział. Nie dowiadujemy się niczego nowego. Potępia bezdusznych i pustych polityków i innych "turystów", którzy kilometry od linii frontu pozują na bohaterów. Mówi o niebezpiecznym życiu dziennikarzy, o szczęściu i przypadku, o tym, jak ich praca wciąga. Życiorysy się wikłają. Awanturnicy wzbudzają podziw. Dużo się pije, mało je, czekając na to jedyne ujęcie. W końcu nie sposób odróżnić stron konfliktu. Są żołnierze i cywile, a ktoś na tym wszystkim robi pieniądze. Biblioteki płoną. Patrioci nie wierzą już w ojczyznę. Snajperzy udzielają wywiadów. Masowe groby są pokryte świeżą ziemią. Narody podzielone na wiele lat. Pośród tego wszystkiego pojedynczy ludzie chcą przeżyć. Pozbawieni idei, przekonań, złudzeń. Zostały potrzeby elementarne i przerażający brak bezpieczeństwa.
Książkę czyta się dobrze, mimo opisów ludzi wchodzących na miny. Można przy niej odpoczywać. Przyzwyczailiśmy się przecież do scen widzianych w telewizji.