Lux perpetua
Andrzej Sapkowski
Supernowa,
Warszawa Wojciech Orliński
Zakończenie trylogii jest jednak pod wieloma względami zaskakujące, co stawia recenzenta w trudnej sytuacji - od streszczenia finału właściwie należałoby recenzję zacząć, niesie on bowiem ciekawe przesłanie.
Nie odbierając nikomu przyjemności z
lektury, powiedzmy więc choć tyle - czytelnik oczytany w prozie historycznej czy też w literaturze fantasy od początku ma jakieś swoje wyobrażenia dotyczące tego, którzy bohaterowie dożyją ostatniej strony oraz w jakim stylu zginie reszta.
Autor jakby świadomie kpił z takich oczekiwań. Mamy tu postacie, po których spodziewalibyśmy się, że w finale usłyszymy o nich sakramentalne: "żyli długo i szczęśliwie", tymczasem niespodziewanie giną gdzieś w połowie tomu. Mamy wojowników tak dzielnych, że spodziewalibyśmy się, że jeśli nawet zginą, to w wyniku homeryckiego boju na pięć rozdziałów - a tymczasem zabłąkany pocisk zabija ich tak gwałtownie, że na opis agonii jeden akapit starcza z nawiązką.
W jednym tylko Sapkowski nie zaskakuje. Akcja poprzednich dwóch tomów rozgrywała się gdzieś na obrzeżach ówczesnej Polski, z grubsza między Pragą a Wrocławiem, gdzie na początku XV wieku rozgorzała krwawa wojna religijna. Można się było spodziewać, że
Polska - wciąż obecna w dialogach bohaterów - odegra w zakończeniu jakąś ważniejszą rolę.
I faktycznie odgrywa. W trzecim tomie autor każe w końcu bohaterom udać się do tego, jak ujmuje to jeden z nich, "nieprzyjaznego kraju przez klechów rządzonego". Zanim jeszcze fizycznie znajdą się na jego terytorium, mamy zaś serię błyskotliwych aluzji do polskich spraw pochodzących bynajmniej nie z piętnastego stulecia.
I tak pewien wysoko postawiony inkwizytor mieni się "człowiekiem honoru", niemiecki biskup snuje plany rozbiorów, a pewien polityk na deklarację: "reprezentujemy Polskę", słyszy celną ripostę: "znaczy, reprezentujecie siebie".
To chyba najbardziej upolityczniona jak dotąd książka Sapkowskiego. Autor wkłada piętnastowiecznym bohaterom w usta słowa będące oczywistym komentarzem do współczesności. Moim ulubionym bon motem tej powieści jest cytat: "Jest tylko jedna rzecz gorsza od terroryzmu: metody jego zwalczania".
Główny bohater, Reynevan z Bielawy, przeszedł od pierwszego tomu ("Narrenturm") fascynującą ewolucję. Najpierw widzieliśmy go jako młodzieńca niesłychanie naiwnego, którego szczere serce i zapalczywość co i rusz pakowały w jakieś bezsensowne afery.
Drugi tom ("Boży bojownicy") pokazał go jako idealistę rozważnego, który przystał do sprawy husyckiej nie za sprawą przypadkowego porywu serca, tylko po starannym przemyśleniu wszystkich teologicznych argumentów. Jest świadom tego, że w wojnie religijnej - jak to w wojnie - obie strony mordują głównie przypadkowych i niewinnych ludzi, ale mimo to uważa, że jest po słusznej stronie.
Trzeci tom... no właśnie, znowu trudno uniknąć zdradzania zakończenia. W trzecim tomie Reynevan znów się zmienił, ale jeszcze szybciej zmienił się świat wokół niego. Wszyscy wszystkich zdradzają, każdy stara się grać na dwa fronty, bo kiedy papiści i husyci mają wyrównane szanse na zwycięstwo, rozsądny polityk woli być zabezpieczony od każdej strony.
Na swoje nieszczęście Reynevan bierze w końcu udział w polskiej polityce. I - nie zdradzając zakończenia - okazuje się to chyba największą głupotą, jaką w życiu zrobił. Ten morał sprawia, że choć w tej powieści występuje czarna magia i siły nadprzyrodzone, zawahałbym się przed klasyfikowaniem jej jako "fantasy".