Cały czas , Anderman, Janusz

Adam Michnik
17.03.2006 , aktualizacja: 17.03.2006 18:39
A A A Drukuj
W swej nowej powieści Janusz Anderman opisał, jak w PRL składnikiem codziennej egzystencji stały się cwaniactwo i konformizm - "sztuka prześlizgu". Dlatego tej książki z pewnością nie polubią mitotwórcy i mitomani, którzy zabrali się za tzw. politykę historyczną


Czytałem tę książkę z rosnącą fascynacją, której towarzyszyła irytacja. Janusz Anderman igrał ze mną jak kot z myszą, gdy czekałem na finał. Nie doczekałem się. Może dlatego ta powieść jest tak bardzo współczesna? Może też dlatego, że dzisiaj, tak jak wielu, czekam na finał tego, co wydarzy się w świecie, w Polsce, w moim życiu?

Ja wiem, że zostałem już uspokojony i nie mam powodu do niepokoju. W Polsce nie zwycięży "front obrony przestępców". Przeciwnie - nastąpi koniec rządów "lobby finansowego" i "pewnego pana, który uchodził za wielkiego, a prawie zawsze się mylił". "Układ, który okopał się w aparacie państwowym" zostanie przegoniony.

Czemu jednak towarzyszy mi podczas lektury powieści Andermana dręczące przeświadczenie, że coś zmierza w bardzo złą stronę?

I.

Ta książka opowiada o moich czasach, o mojej formacji i generacji. Opowiada z perspektywy człowieka, który ma w sobie coś z Piszczyka - bohatera niezapomnianego "Zezowatego szczęścia", coś z wyznań hochsztaplera Feliksa Krulla, coś z tego dziwacznego ducha nieautentyczności epoki, w której grasują autentyczni kabotyni. Taka właśnie jest Polska dzisiejsza. Polska niepodległa i demokratyczna, ale przecież z tamtych czasów zrodzona, z tamtych kontaktów i uwikłań, z tamtych emocji i determinacji, z tamtych karier i z tamtej degrengolady.

Bohaterem powieści Andermana jest A.Z., pisarz. Najpierw młody, błyskotliwie debiutujący, potem związany z opozycją demokratyczną, publikujący w podziemnych wydawnictwach, nagradzany na emigracji, popularyzowany przez Radio Wolna Europa. Potem - miotany żywiołami codzienności, zapomniany, zmarginalizowany, rozgoryczony po zwycięstwie wolności...

A potem okazało się, że to wszystko nieprawda, że ten życiorys został skłamany. Ta książka opowiada o człowieku, który po mistrzowsku oszukiwał bliźnich. Jak oszukiwał? A tego właśnie powiedzieć nie chcę i nie mogę.

II.

Czytam tę książkę, gdy tłumaczą mi, że w moim kraju "triumfuje układ związany z dawnymi albo obecnymi służbami specjalnymi", że to jest "specyficzny rys naszej rzeczywistości". Ojciec bohatera powieści musiałby słuchać tych refleksji z mieszanymi uczuciami - satysfakcji i niepokoju. Satysfakcji - że komuś dobiorą się wreszcie do skóry. Niepokoju - że dobiorą się do skóry jemu samemu.

Bowiem ojciec A.Z. - a miał kilka biografii - jak wielu "zwyczajnych Polaków" był żołnierzem Armii Krajowej, a później pogromcą "reakcyjnych band", służąc w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), gdzie rzucił go przypadkowy los, był lektorem KW PZPR i dyrektorem przedsiębiorstwa, był działaczem "Solidarności" jesienią 1980 r. i gorliwym uczestnikiem prac w katolickiej parafii. A poza tym był to pijak i ladaco. Po prostu - zwyczajny Polak.

Dziś ten "zwyczajny Polak" mógłby znaleźć sobie miejsce gdzieś blisko partii "zwyczajnych Polaków". I pewnie byłby z tego dumny. Rzecz jednak w tym, że ta jego zwyczajność jest dość niezwyczajna. Jak polskie losy.

III.

Książkę Janusza Andermana można lubić albo nie lubić - ale nie pozostawia ona czytelnika obojętnym; nie została skreślona "ku pokrzepieniu serc".

Ta książka drażni, złości, prowokuje. Pewien znany polityk z Krakowa, który niedawno jeszcze przymierzał z upodobaniem frak premiera, tak sentymentalny w sprawach patriotyczno-narodowych, że łzy mu stawały w oczach, gdy słuchał dzwonu Zygmunta, z pewnością dojrzy w tej powieści manifestację postawy, wedle której patriotyzm nie jest lepszy od braku patriotyzmu. Nie ma w tej powieści kultu flagi narodowej, nie ma mitologizacji "Solidarności" ani "wykorzystywania" Jana Pawła II dla polskości, ani też kultu świętej Faustyny, który - zdaniem polityka z Krakowa - będzie się dynamicznie rozwijał, gdyż odpowiada współczesnym potrzebom mistycznym i może służyć promocji Polski w świecie.

Spójrzmy bowiem: w pewnym momencie pisarz A.Z., wyrzucony z uniwersytetu, w obawie przed powołaniem do wojska ląduje w zakładzie psychiatrycznym. Lekarka, dzięki której otrzymał fałszywe papiery, z pasją komentuje artykuły gazetowe:

" - Masz pojęcie, co to wszystko znaczy dla ludzkich umysłów, ta trutka? Jakie to sieje spustoszenie w głowach?

- Przecież to wszystko głupstwa - mówi A.Z. - To nic nie znaczy. To plewy, wystarczy dmuchnąć. Ludzie czytają, a potem dmuchają na to. I tego nie ma.

- Mylisz się - denerwuje się lekarka. - To jest trucizna w małych dawkach. Nie zabija, ale zostaje w organizmie. Jad! Zobaczysz, jak to wszystko pieprznie, jak rozpocznie się w Polsce coś zupełnie nowego, to ci struci ludzie będą się czuli nieswojo. Zabraknie im rytuału. Zabraknie im pewności, bo teraz codziennie czytają i słyszą, że ktoś za nich myśli, ktoś decyduje, ktoś troszczy się albo przysięga, że się troszczy. (...) Ludzie są znarkotyzowani przez propagandę, która im wmówiła, że są ubezwłasnowolnieni. Będą na głodzie, jak im tego zabraknie. Zobaczysz, sam zobaczysz".

Zobaczyliśmy, codziennie oglądamy. Ci ludzie - zwolnieni z pracy w bankrutujących pegeerach i bezsensownych urzędach, poniżeni przez bezrobocie, zdegradowani przez logikę rynku, pełni agresji na niesprawiedliwy los i pełni zawiści wobec ludzi sukcesu - uparcie szukają winowajców własnej porażki. Tym ludziom łatwo wytłumaczyć, że przeciw nim sprzymierzył się tajemniczy "układ", "front obrony przestępców", że cierpią z powodu "łże-elity", która stanęła przeciw nim w "zwartym ordynku".

  • 0