http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Książki

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Korespondencja (1972-1996), Herbert, Zbigniew, Barańczak, Stanisław; Anteny, Zagajewski, Adam

Jarosław Mikołajewski
2005-10-28, ostatnia aktualizacja 2007-11-27 19:07

Piękna nie można przeżywać samotnie. O nowym tomie wierszy Adama Zagajewskiego i korespondencji Zbigniewa Herberta i Stanisława Barańczaka pisze

Zbigniew Herbert
Fot. Kuba Atys / AG
Zbigniew Herbert
Zacząłem je czytać tego samego dnia, na przemian, i teraz wydaje mi się, że w obu książkach, tak osobnych, rozbrzmiewa rozmowa wciąż tych samych osób, pomimo dzielących je przestrzeni i lat. Pomimo że jedna z tych książek jest zbiorem listów, a druga zbiorem wierszy.

(((

"Kochani - pisał 21 marca 1984 r. Stanisław Barańczak do Katarzyny i Zbigniewa Herbertów - siedzimy sobie z Adamem Zagajewskim, który tu zjechał na gościnne występy amerykańskie, i ściskamy Was bardzo czule". "Kochani Wujostwo - dopisał się na tej samej widokówce z Bostonu Zagajewski - nie pytając o pozwolenie Wujostwa wyjechałem do Ameryki i mam za swoje..." "Staszku Kochany - odpowiadał Herbert ponad miesiąc później - serdecznie dziękuję za piękny (pasyjne niebo) widok Bostonu".

Z jednej strony jest "Staszek Kochany" lub "Drogi", z drugiej - "Kochany i Wspaniały Zbyszek". W listach, które ślą sobie przez granice i nad oceanem, są obecni: Adamowie Zagajewski i Michnik, państwo Krystyna i Ryszard Kryniccy, Artur Międzyrzecki, Julia Hartwig, Barbara Toruńczyk. Jest pani Anna, żona Stanisława, i pani Katarzyna, żona Zbigniewa - jako współadresatki lub bohaterki korespondencji. Są też inni, bliscy ludzie. Są książki, za które trzeba podziękować, jest czułość dla umierającego przyjaciela, którą się należy podzielić, są komentarze do wierszy, plany na przyszłość, pytania Herberta o szczegóły biografii zmarłego właśnie Josifa Brodskiego i odpowiedzi Barańczaka. Są załączone do listów wiersze. Jest też postscriptum, jedno z najdłuższych w dziejach epistolografii - esej, w którym autor "Pana Cogito" wykłada istotę PRL-u oraz powinność artysty.

Chciałoby się powiedzieć, że "Korespondencja (1972-1996)" między Zbigniewem Herbertem a Stanisławem Barańczakiem, którą wydały właśnie Zeszyty Literackie, jest czymś więcej niż zapisem przyjaźni, gdyby nie narastające podczas lektury przekonanie, że nic większego od przyjaźni nie istnieje. Powiedzmy więc raczej, że jest nie tylko zapisem przyjaźni, bo także jej świadectwem, i że dotyczy ono nie tylko dwóch poetów, którzy wymieniają się rolą nadawcy i odbiorcy. Że ogarnia całą grupę przywoływanych tu osób - niepogodzonych z historią, "niepodległych nicości" (Krynicki) - które w trudnych czasach i okolicznościach miały dla siebie nawzajem krzepiące słowo, jeśli nie skierowane wprost, to przekazane komuś w czułej relacji.

Co wiązało tych ludzi? Pierwszy szlak prowadził przez szacunek dla człowieczeństwa i podziw dla sztuki - uczucia, od których zaczyna się cała korespondencja, list z 29 kwietnia 1972 r., w którym Barańczak zaprasza Herberta do drukowania w piśmie "Nurt". Za tym podziwem szło rozpoznanie bliskości, instynktowna potrzeba kontaktu, wzajemne zainteresowanie, pragnienie, by pomagać. O swoich wysiłkach, by świat poznał Herberta, pisze Barańczak tak spontanicznie, że tłumaczenie przyjaciela na angielski i komentowanie go w Ameryce wydaje się dla niego potrzebą serca. Reakcja chorego na astmę Herberta na wiadomość, że również Anna Barańczak cierpi na tę chorobę, jest tak żarliwa, że trudno nie nazwać jej spontaniczną troską, wspólnotą doświadczeń.

Przyjaźń, która rysuje się z tej korespondencji, przebiega nie tylko w poważnej czy melancholijnej tonacji. Nie brak w niej humoru. Są tu żarty lekkie - jak ten, kiedy Herbert porównuje siebie do żaby, a Barańczaka, który go uczenie objaśnia, do Linneusza. Są wątki z czarnego humoru, jak kiedy Herbert błaga Barańczaka, żeby już nigdy nie tłumaczył amerykańskiego poety Jamesa Merrilla: "bo inaczej się powieszę. Wbiłem w ścianę mego ubogiego mieszkanka paryskiego gwóźdź, kupiłem gruby, konopny sznur i czekam na odpowiedź". Są też ponure ironie z własnej choroby, jak spostrzeżenie, że ciężka butla z tlenem uniemożliwia wspinaczkę na K2.

Jest u podstaw tej przyjaźni także poczucie przynależności do wspólnego świata, całkiem innego niż ten za oknem - świata stworzeń i przedmiotów nie zaśmieconych historią. Świat ten z prostotą opisuje w liście Herbert: "Drogi Staszku, dziękuję Ci pięknie za kartkę, z której wynika, że u Was droga szara, domy żółte, niebo - błękitne, czyli tak, jak powinno być". Ten sam świat prostych rytuałów życia przywoływał Herbert w załączonym do "Korespondencji" wierszu "Do Ryszarda Krynickiego - list": "jakich sił ducha trzeba (...) // ażeby wiecznie trwał taneczny krąg na gęstej trawie / święcono narodziny dziecka i każdy początek / dary powietrza ziemi i ognia i wody".

(((

Nie w liście, lecz w wierszu "Widokówka od Adama Zagajewskiego", którą również znajdziemy w aneksie do "Korespondencji", pisał Herbert: "Dziękuję tobie Adamie za kartkę z Fryburga / na której Anioł w komeżce ze śniegu / wielką trąbą obwieszcza natarcie / ohydnych bloków mieszkalnych // Przekroczyły horyzont zbliżają się nieuchronnie / aby zdobyć twoją i moją katedrę..." Ten Anioł nie jest ozdobą świata - jest "Aniołem Zagłady / podnosi trąbę do ust przywołuje pożar (...) // Oto zbliża się chwila ostateczna / podniesienie / ofiara / chwila która rozdzieli // i wstąpimy osobno w roztopione niebo".

W porządku alegorycznym stało się tak, jak mówił Herbert - nastała niejedna zagłada, wiele piękna zostało wessane przez upiory cywilizacji. W porządku życia chwila rozdzieliła przyjaciół, jeden wstąpił w niebo, drugi, Zagajewski, pozostał w czasie, gdzie piękno rozproszone jest po archipelagach, a historia zagłady rozgrywa się przede wszystkim w pamięci.

(((

Nie tylko dlatego, że czytam je na przemian z korespondencją Herberta i Barańczaka, w nowych wierszach Adama Zagajewskiego widzę listy. Oto początek "Rzymu, miasta otwartego" - wiersza, który mógłby być listem: "Marcowy dzień, kiedy drzewa są jeszcze nagie; platany cierpliwie / czekają na zielony żar liści. / Świątynie pokryte kurzem..." Oto wiersz "Morze", który mógłby być postscriptum - uściśleniem niedoskonalej technicznie widokówki: "Połyskujące wśród fal, granatowe w południe, / groźne, gdy przyzywa je zachodni wiatr, / ale wieczorem ciche, skłonne do pojednania..." Oto wiersz "Bogliasco: placyk przed kościołem", który mógłby być kartką pisaną na stoliku wystawionym przed barem: "Fotograf wywołuje filmy, / kościelny przygląda się / murom i drzewom / bardzo uważnie, / chłopcy grają w piłkę..."

"Tej garstce która nas słucha należy się piękno / ale także prawda", pisał do Zagajewskiego w "Widokówce" Herbert. Wiersze Zagajewskiego z "Anten" - zbioru opublikowanego właśnie przez Krystynę i Ryszarda Krynickich, czyli wydawnictwo a5 - czytam nie tylko jako relacje ze świata, który bywa piękny jak sycylijskie Noto - miasto "zbyt doskonałe / dla swoich mieszkańców". Z równą precyzją, co świat zewnętrzny, określona jest w tej poezji perspektywa patrzenia. "Wczesne godziny przedpołudnia; jeszcze nie piszesz / (nie próbujesz pisać), tylko leniwie czytasz. / Wszystko jest nieruchome, spokojne, pełne, tak / jakby to był prezent ofiarowany przez muzę powolności..." (wiersz "Wczesne godziny"). "Jesteś w domu i długo słuchasz / nagrań Billie Holiday, / która śpiewa melodyjnie, sennie. / Liczysz godziny, które jeszcze / oddzielają cię od północy..." ("Sylwester 2004"). W nowych wierszach Zagajewskiego krystalicznie rysuje się to, co widziane i słyszane, wyraziście widać również tego, który widzi i słucha. Powolność, z jaką sączą się wrażenia, jest aż namacalna, mięsista - jak kotara, która przepuszcza obrazy, lecz tłumi upływ czasu.

Po co komu czas, który płynie tak powoli, jak w "Antenach"? Trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie po to, by zatrzymać piękno i chłonąć je jak najdłużej. Zwłaszcza że przeżywanie piękna łączy z bliską osobą, jak w "Muzyce słuchanej z tobą", wierszu, który zdaje się kwestionować piękno przeżywane samotnie. Wierszu wypełnionym muzyką, a spiętym klamrami wyznania: "Muzyka słuchana z tobą / zostanie na zawsze z nami (...) // Muzyka słuchana z tobą / zamilknie razem z nami". Piękno, u Zagajewskiego dotychczas raczej samoistne i władcze, w "Antenach" wydaje się zależne od aury - od tego, czy patrzy się na nie, lub słucha się go, w intymnej więzi, czy samemu. Kiedy pojawia się ktoś - ten ktoś bliski, kto słucha lub patrzy z nami - piękno jest niezakłócone. A samotność wyzwala żywioł agresywny wobec spokoju i powolności - żywioł wspomnień, których przez żaden filtr przepuścić już się nie uda.

Tak właśnie widzę młyny, które toczą czas nowych wierszy (i chyba myśli) Zagajewskiego: najwolniej pracują, kiedy jest olśnienie i bliskość. Owszem, i wtedy pojawiają się myśli przykre, lecz nie wyrywają z życia bezpiecznego, wynurzają się i wracają do swojego łożyska. Nawet "umarli ścigają się na sankach / i rzucają śnieżkami / w nasze okna" ("Zawieja"). Kiedy w chwili samotnej pojawia się pamięć, młyny nabierają tempa, ponaglają i hałasują. Wtedy gęstnieje język wiersza, nabiera szorstkości i ciemnych barw. Jak w utworze "Nie było dzieciństwa": "A jakie było pańskie dzieciństwo? - pyta / na koniec nieco znudzny dziennikarz. / Nie było dzieciństwa, tylko czarne wrony / i tramwaje spragnione elektryczności, ciężkie ornaty grubych księży..."

Owszem, Zagajewski szuka piękna i marzy o "królestwach / gdzie mosiądz błyszczy i śpiewa". I poszukiwanie przynosi czasami najbardziej przejmujące wiersze, jak ten, który w całym tomie zrobił na mnie największe wrażenie, "Ktoś stroił organy" - o poszukiwaniu źródła piękna z nadzieją, że pozwoli zrozumieć "dokąd nas prowadzi, / nas i tych, którymi się opiekujemy, / dzieci, zwierzęta, cienie". Lecz Zagajewski - poszukiwacz piękna nie jest pięknoduchem. Jest również sprawiedliwy dla świata. Ma słowa na "obronę poezji i wysokiego stylu", lecz także "letniego wieczoru w małym miasteczku". Wie, że należy opiewać nie tylko świat w rzadkich momentach harmonii, lecz również świat "okaleczony".

(((

Czytając korespondencję Barańczaka z Herbertem na przemian z wierszami Zagajewskiego, mam wrażenie, że przebywam w połączonych pokojach, których okna wychodzą na różne światy. Każdy z mieszkańców ma własne zwyczaje, własną barwę, własne zdanie, lecz łączy ich prawda i ranga problemu - troska o życie, które na swoją obronę ma tylko słowo, list do adresata z nazwiskiem lub bez. Nam wolno przycupnąć i słuchać, by domyślać się tych związków i rozmów.

Zbigniew Herbert / Stanisław Barańczak, "Korespondencja (1972-1996)", Zeszyty Literackie 2005

Adam Zagajewski, "Anteny", Wydawnictwo a5, Kraków 2005

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy
INDEKS ALFABETYCZNY KSIĄŻEK: