Rodzice wiedzą, że
dziecko "na złość mamie" naprawdę potrafi odmrozić sobie uszy. A skoro znają tę prawdę, to może zrozumieją, że pewna dziewczyna na złość mamie postanowiła porwać samolot. Rzecz działa się w Polsce w grudniu 1980 roku! Porwania chciało dokonać pięciu licealistów. Wśród nich była Katarzyna Nowak, córka Doroty Terakowskiej i Macieja Szumowskiego. Nie będę opowiadał dalszego ciągu - nie tylko dlatego, że każdemu należy się kawałek pointy, lecz i dlatego, że sama autorka właściwie usuwa "terrorystyczny" epizod na daleki plan. Wyobrażacie sobie państwo? Historia, w której porwanie samolotu jest wstępem do spraw dużo ciekawszych.
"Moja mama czarownica" przypomina chwilami garnek, w którym kipiąca mieszanka przelewa się przez brzegi. Jest tu historia narodzin niezależnej prasy w
Krakowie okresu "Solidarności" i początku III RP; jest kronika artystyczno-towarzyska Krakowa od narodzin Piwnicy pod Baranami aż po lata 80.; jest wreszcie biografia Doroty Terakowskiej. I, prawdę mówiąc, gdyby była tylko ta biografia, i tak byłoby aż nadto.
Bo Terakowska była jak tajfun. Jako nastolatka dawała popalić swoim rodzicom, od 16. roku życia czas spędzała głównie w piwnicach Piwnicy, potem, w roku 1978 - jako że akurat nie było wojny, a ona potrzebowała spraw doniosłych - uczestniczyła w organizowaniu socjalistycznego klubu dyskusyjnego w Krakowie. Potem był Sierpień 1980 i Terakowska zaangażowała się w wolną prasę, za co zapłaciła utratą pracy po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1986 roku wydała swoją ostatnią dziennikarską książkę.
Nie interesowała jej kariera; raczej, jak pisze córka: "chciała być pierwsza: jeśli nie najlepsza, to najgorsza".
Równocześnie zależało jej na życiu rodzinnym. Nie należy jednak sądzić, że te dwie sfery -
praca i rodzina - wchodziły ze sobą w konflikt. Terakowska na pierwszym planie stawiała siebie, więc ani się obejrzała, jak jej córka skończyła 16 lat i zabierała się do porywania samolotów. Później, kiedy wydawało się, że wszystko wróciło do normy, Katarzyna, studentka III roku religioznawstwa na UJ, wyjechała do Stanów. Wróciła w roku 1990 i - idąc śladami matki - podjęła pracę w "Gazecie Krakowskiej". Ale nie prasa i nie praca pomogły porozumieć się matce i córce.
Publiczne budowanie więzi Na początku lat 90. Terakowska stała się pisarką
dla dzieci; jej powieści: "Córka czarownic", "Samotność bogów", "Lustro pana Grymsa", "Władca Lewawu" - znalazły drogę do wyobraźni czytelników, zyskały uznanie krytyków, zaczęły zdobywać nagrody. Stało się tak, jakby pięćdziesięcioletnia pisarka wreszcie odnalazła swoją dziedzinę - po latach szamotaniny ze światem realnym zaczęła opowiadać przejmujące historie o naprawianiu świata fikcyjnego. I okazało się, że czytelnicy jej baśni mogą dzięki temu naprawić najważniejszą rzecz na świecie - swoje życie.
W książce "Moja mama czarownica" autorka wskazuje właśnie na te powieści jako źródło swojego innego myślenia o matce. Zobaczyła w nich to, co dorośli widzą w baśni: wskazanie, że traumatyczne doświadczenia dzieciństwa nie są przejawami okrucieństwa świata, lecz próbami, które dziecko musi przejść, aby osiągnąć dojrzałość i zyskać samodzielność.
Jeśli odwoływać się do świeżych porównań, to "Moja mama czarownica" wydaje się dokładną odwrotnością wydanych kilka lat temu "Rozstań" Magdy Dygat (2001). Obie książki są podobne w jednym - córki sławnych rodziców po latach odnajdują ścieżkę własnej ekspresji i opisują swoje życie rodzinne. Ale różnic jest więcej. Dygatówna krwawo wyrównywała rachunki, a Katarzyna Nowak spłaca serdeczne długi. "Rozstania" zostały pomyślane jako publiczne oskarżenie macochy i zerwanie wszelkich z nią więzi, a "Moja mama..." to publiczne odbudowanie więzi. "Rozstania" były dowodem nieprzetworzonej traumy dzieciństwa - "Moja mama..." została napisana jako dowód osiągniętej dojrzałości.
Krótko mówiąc: ta ciekawa i wielowątkowa opowieść skłania do przemyśleń i budzi ciepłe uczucia. Ale jednocześnie rodzi wątpliwości.
Mama ma zawsze rację Dorota Terakowska zmarła w 2004 r. Po śmierci matki córka podjęła szlachetny zamysł napisania książki wedle wzorca: "dopiero teraz rozumiem". Rzec można, że dramatyzm, jaki zawsze wiąże się ze śmiercią, okazał się silniejszy niż dojrzałość, autorka postanowiła bowiem nie tyle opowiedzieć historię matki, ile udowodnić, że "ta straszna Terakowska była dobrą mamą".
Na początku opowieści jest nieco inaczej. Oto zderzają się ze sobą dwa zdania: "Całymi latami szukałyśmy porozumienia ze sobą" i "Teraz rozumiem, że miała rację". Dopóki pomiędzy tymi zdaniami istnieje równowaga, dopóki córka z matką wiedzie spór, dopóty opowieść ma szansę na doprowadzenie autorki do zrozumienia siebie. Rychło jednak okazuje się, że wygrywa zdanie "Teraz rozumiem, że mama miała rację", a narracja zamienia się w ciąg dowodów na to, że "tak jak było, było najlepiej".
Właśnie dlatego opowieść Nowak jako historia rodzinna staje się coraz mniej wiarygodna, nabiera zaś charakteru nieco apologetycznego i naiwnego. Czytamy książkę, która składa się z dwóch sprzecznych tekstów - przykładu i komentarza. Przykłady ewidentnie dowodzą, że Dorota Terakowska (zaznaczam: nie piszę o tym, jak było naprawdę, lecz o tym, jaki jej portret wyłania się z opowieści córki) była osobą nieodpowiedzialną, niedojrzałą do macierzyństwa, wygodnicką, raczej zorientowaną na własne życie i na ochronę własnej osobności niż na budowanie dobrych relacji z dziećmi. Była apodyktyczna i niewdzięczna, a tych, którzy oczekiwali od niej lojalności albo - nie daj Bóg - wdzięczności, stawiała swoim postępowaniem na pozycji "staroświeckiego malkontenta". Przepełniały ją niejasne tęsknoty i nadmierne roszczenia. Nie jest to jednak, zaznaczmy wyraźnie, portret "potwora", lecz portret dość typowej "mamy wyzwolonej" i egoistki - "ja" na pierwszym miejscu, a reszta "s... mi stąd, aż dokończę artykuł".
Tymczasem Nowak opatruje te przykłady komentarzami "wybielającymi", które działają chwilami kompromitująco, tak jak w przypadku zdań typu "kochała mnie, ale na swój sposób". Obawiam się, że kto kocha dziecko "na swój sposób", bardziej kocha "swój sposób" niż dziecko. Dziecko bowiem trzeba kochać tak, aby dla niego nie ulegało to wątpliwości. Przyznanie racji mamie świadczy o wielkoduszności ze strony córki. Sądzę jednak, że owa szlachetność wcale nie sprzyja rozumieniu relacji rodzinnych. Nowak pisze tak, jakby sądziła, że racje muszą być skrajne i rozłączne: albo mama okaże się wspaniałą mamą w całości, albo też - skrytykowana w części - okaże się mamą toksyczną.
Dojrzała niedojrzałość W rezultacie obie kobiety znajdujące się na pierwszym planie uznają osiągnięty przez siebie stan za dojrzałość - myślową, moralną, społeczną, rodzinną. Właściwie dlaczego nie? Matka ma już ograniczony wpływ na życie córki, więc swoje rady ogranicza; córka jest dorosła, ma swoją pozycję zawodową i swoje życie, więc rady przyjmuje z dystansem.
Nie dostrzega więc tego, że ich udzielanie nie oznacza dojrzałości, lecz jej słabe przeciwieństwo - pozycję przewagi i satysfakcję z jej osiągnięcia. Może właśnie wtedy ta opowieść staje się fascynująca, gdy narracja odsłania dokładne przeciwieństwo tego, co twierdzi córka - gdy obserwujemy dorosłą Katarzynę i jej matkę, i widzimy, jak nieprzerobione problemy z przeszłości wracają w niemal niezmienionej postaci.
Oto na przykład komentarze dotyczące dziennikarskich tekstów córki. Widzimy je w dwóch wariantach. Krytyczny: "Jak mogłaś coś tak fatalnego napisać!". Zachęcający: "Pisz lepiej!". Oba warianty zamiast do samodzielności prowadzą do kompleksu mistrza. Osoba cierpiąca na taki kompleks zadręczać się będzie perfekcjonizmem i uparcie szukać autorytetu, który "zatwierdzi" wartość pracy ucznia. Dowód? Niemal na samym początku swojej opowieści autorka wyznaje: "To jest moje pierwsze pisarskie zadanie bez poczucia, że mogę spytać mamę, co o tym myśli. Bez koła ratunkowego w postaci jej opinii. Bez poczucia bezpieczeństwa".
Pozwolę sobie powtórzyć: ta opowieść wydaje się chwilami idealną, kliniczną ilustracją psychologicznej prawdy mówiącej o tym, że każdy stłumiony problem dojrzewania musi powrócić. Stąd też największy kłopot tej książki to swoista konserwacja - powtórzenie tej samej strategii życia bez jej przemyślenia i poddania krytycznemu osądowi. Stało się tak, ponieważ autorka postanowiła wykorzystać opowieść do porozumienia się z matką zamiast do zrozumienia siebie.
Na koniec jednak przyznam się, że czułem jakieś ciepło idące z tej książki. Być może pisanie wspomnień opatrywanych pojednawczym komentarzem nie jest gwarantem ciekawej literatury, ale jest z pewnością przejawem dobrych intencji. Ta szlachetność jakoś nam się udziela i przemienia w zwiększoną dawkę wyrozumiałości, zdolność uważniejszego patrzenia na siebie, gotowość wybaczenia krzywd, które nam wyrządzono i unikania tych, które sami potrafimy wyrządzać. Krótko mówiąc: w chęć lepszego bycia z bliskimi zanim będzie za późno.
Katarzyna Nowak "Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej", Wydawnictwo Literackie, Kraków