"Widok był niezwykły - pisze Wojciech Bonowicz - modlitwę prowadził spadkobierca wielkiej książęcej rodziny, a w ławkach, między grobami królów, siedzieli ściśnięci działacze związku". Kazanie do nich wygłosił ks. Józef Tischner. To był początek nie tylko "Etyki solidarności", ale i czegoś więcej. Filozof i duszpasterz niezwykle ceniony, ale w ograniczonym dotąd inteligenckim kręgu, stał się z dnia na dzień osobą publiczną i jednym z duchowych patronów polskich przemian. Tak miało pozostać do końca.
W książce tę historię znajdziemy na stronie 328, grubo poza połową. Bonowicz chciał się ustrzec przed skrzywieniem perspektywy, pokazać, że jego bohater "większość ważkich decyzji życiowych i intelektualnych podjął, jeszcze zanim stał się >sławnym księdzem Tischnerem<". Stąd proporcje: dwa rozdziały na każde dziesięciolecie życia. Stąd przekopywanie archiwów, nagrywanie relacji świadków, odtwarzanie klimatu kolejnych lat, by możliwie szczegółowo pokazać całą drogę, jaką przeszedł późniejszy "Tischner z mediów", kochany i nienawidzony. Trzeba użyć tego ostatniego słowa, chociaż dzisiaj można czasem odnieść wrażenie, że kochali go niemal wszyscy.
2. Bonowicz opowiada barwnie, z wyczuciem anegdoty i z szacunkiem dla faktów. Odtwarzając biografię swojego bohatera, szuka głębokich źródeł jego postawy: w atmosferze domu dzieciństwa, we wrażliwości na naturę, w wojennych przeżyciach, w doświadczeniu zetknięcia z nowym ustrojem.
Najpierw więc mamy Chowańców, spiskich Górali z Jurgowa, i Tischnerów, rodzinę starosądeckich powroźników. Tischnerowie nazywali się kiedyś Stolarscy, za Austrii przetłumaczono ich nazwisko na "Tischler", potem urzędnik zmienił jedną literę i tak już zostało. Weronika Chowańcówna i Józef Tischner senior zdobyli wykształcenie, oboje byli nauczycielami. Ich pierworodny - Józef Stanisław - przyszedł na świat 12 marca 1931 roku.
Pouczającym i zabawnym dokumentem dzieciństwa i młodości przyszłego księdza jest jego dzienniczek. Znajdują w nim odbicie zarówno chłopięce pasje ("Mam zdolności do malarstwa, jednak malarzem nie będę, tylko lotnikiem..." - czy to przypadek, że samoloty pasjonowały również młodego Jerzego Turowicza?), jak i dookolna rzeczywistość. Pod datą 23 lutego 1947 znajdziemy relację o śmierci Józefa Kurasia "Ognia", obok: "Dzisiaj przylałem sromotnie z biologii", dalej rozważny polityczny komentarz: "Jasne jest, że Anglia ani Ameryka nie myślą czynnie interweniować w sprawie polskiej, a partyzantka bez wyraźnej pomocy z zewnątrz nie może istnieć... Zresztą teraz czas do pracy...", a na koniec: "Idę na film >Zakazane piosenki<"... Po latach Tischner pisał: "Kto nie pozna historii >Ognia< i jego oddziału, ten nie zrozumie, czym był komunizm i w jaki sposób wchodził w polski organizm społeczny".
Z przywiązania do rodzinnych stron wyrosną po latach liczne teksty, a także msze na Turbaczu i duszpasterzowanie w Związku Podhalan. W wyborach do Sejmu w roku 1989 Tischner wbrew "Solidarności" poprze - zresztą nieskutecznie - kandydaturę prezesa Związku Franciszka Bachledy-Księdzulorza. Niezależnie od oceny tej decyzji jedno jest pewne: dla kapelana "Solidarności" był to gest prawdziwej odwagi...
Latem 1975 powstaje bacówka na polanie Szumalowej nad Łopuszną. "Myślenie nigdy nie może przekroczyć granic pewnego krajobrazu, który nosi człowiek pod powiekami. Zawdzięcza go człowiek domowi, z którego wyrosła jego dusza, oraz przeszłości, która podsuwała mu obrazy bohaterów" - tak po śmierci Martina Heideggera pisał Tischner. "Trudno oprzeć się pokusie porównania jego bacówki w Gorcach z chłopską chatą w Todtnaubergu, w której niemiecki filozof pisał >Bycie i czas<" - zauważa Bonowicz. Dodaje jednak, że o ile Heidegger był samotnikiem, o tyle dla Tischnera postawienie bacówki oznaczało powrót do ludzi, wśród których wyrósł. Jak wcześniej praca duszpasterza dopełniała filozoficzne studia i mozolne zmagania z niemczyzną Husserla, tak teraz rozmowy z sąsiadami stawały się doświadczeniem naprawdę istotnym. I późniejsza "Historia filozofii po góralsku" nie była tylko żartem.
3. Bonowicz konsekwentnie odsłania korzenie postawy, która pod koniec życia skazała Tischnera na nieustanne
podróże i uczestnictwo w niezliczonych spotkaniach, na spalanie się w ciągłej aktywności ("Pod pewnym względem czuję ulgę" - napisał, gdy nieuleczalna choroba nagle tę aktywność przerwała). "Robić filozofię spotkania w zamkniętym na klucz mieszkaniu, z dala od ludzkich spraw, w ukryciu za podwójną ścianą książek?" - pyta retorycznie autor biografii. "Filozofowanie Tischnera od początku naznaczone było podstawową jednością myśli i osoby, idei i charakteru". I jeszcze cytat z samego Tischnera: "To, o czym myśleć trzeba, nie przychodzi u nas z kart książki, lecz z twarzy zaniepokojonego swym losem człowieka".
Dla wielu stawał się nie tylko autorytetem, ale i oparciem w codziennym życiu. "Pomagał znajdować mieszkania, kupował obrazy od studentów ASP, żeby mieli za co malować dalej...". Jedna ze studentek wspomina: "Poszłam do Niego na św. Marka i zapytałam: >Co jest potrzebne, żeby ochrzcić dziecko?< Uśmiechnął się i powiedział: >Dziecko<. I niespodziewanie zaproponował gdzie i kiedy". "Ludziom, dla których Kościół był czymś obojętnym albo nawet wrogim, pokazywał inną twarz Kościoła: intrygującą i przyjazną" - podsumowuje Bonowicz.
Krzysztof Michalski zastanawia się nad kosztami tej działalności dla Tischnera filozofa. "Niektóre jego rzeczy są niedobre, a niektóre są fantastyczne. Ale przez to, że robił tyle rzeczy równocześnie, to, co pisał o filozofii, jest dziesięć razy ciekawsze niż u innych... W jego filozofii jest życie!".
4. Mistrzem Tischnera duszpasterza był ksiądz, później biskup Jan Pietraszko, dziś kandydat na ołtarze. On właśnie wyleczył młodego kaznodzieję z "duszpasterskiej agresji". Tischner wygłosił kiedyś w krakowskim kościele św. Anny konferencję o erotyzmie. To był starannie przygotowany finał wcześniejszej dyskusji ze studentami: miażdżąca argumentacja, bezlitosne racje. Potem usłyszał od Pietraszki: "Wiesz, ja raz też wygłosiłem konferencję w podobnym stylu. I wtedy zobaczyłem, że gdzieś z końca kościoła św. Anny ktoś wyszedł. Potem go już nigdy w kościele nie widziałem". Tischner: "Pojąłem, że moim zadaniem jest nie tylko udowodnienie swojej racji, ale takie postępowanie, żeby słuchacz chciał przyjść do kościoła drugi raz...".
Agresja - nie, uświadomienie dramatyzmu wiary - tak: "Już wtedy, w połowie lat 60. - pisze Bonowicz - dostrzegł niebezpieczeństwo potraktowania wiary, religii jako środka uśmierzającego rozmaite ludzkie bóle. Owszem, wiara odpowiada na ból, ale nie robi tego kosztem unieważnienia konfliktów, napięć, wątpliwości". A bycie "księdzem od trudnych spraw" nie oznaczało łatwego rozgrzeszania. Otwarty na konkretnego człowieka Tischner zawsze bronił fundamentalnych zasad.
5. Połowa lat 60. to początek regularnej współpracy ze "Znakiem" i debiut w "Tygodniku Powszechnym"; z obu pismami będzie związany do końca. Pierwszy tekst w "Znaku", "Z problematyki wychowania chrześcijańskiego", to zdaniem Bonowicza może najważniejszy tekst Tischnera z lat 60. Atakuje model wychowania oparty wyłącznie na nakazach, posłuszeństwie, pomniejszaniu znaczenia wiedzy i krytycznego myślenia. Model sprzeczny z chrześcijańską wizją człowieka, wedle której "człowiek jest istotą wolną i tylko czyn będący rezultatem wolnego wyboru zasługuje na miano czynu ludzkiego". Trzydzieści lat później, odbierając doktorat honoris causa uniwersytetu w Łodzi, Tischner podkreślał: "Łaska wiary jest łaską wyzwolenia. Do świata wiary wkracza się zawsze tylko poprzez bramę wolności".
6. Mówiąc w Łodzi o specyficznym doświadczeniu wiary, która "rodzi się z pragnienia dobra po tragicznym spotkaniu ze złem", wymieniał z imienia Leszka Kołakowskiego i Adama Michnika. W rozmowie z ks. Grzegorzem Rysiem rzucił kiedyś, też w latach 90.: "Kościół poradzi sobie sam, także i beze mnie. Mnie interesują ci, którzy są >poza< Kościołem, albo gdzieś na jego obrzeżach". Zbliżenie z warszawskim środowiskiem "lewicy laickiej" następowało powoli. Ale już w roku 1973 znajdziemy u Tischnera zdanie: "Często dzisiaj głębiej o chrześcijaństwie mówią ci, którzy stoją obok lub poza nim, niż my tutaj..."
Spór z marksizmem, podsumowany w "Polskim kształcie dialogu", miał swój osobowy niejako wymiar: kiedy przed wstąpieniem do seminarium Tischner studiował przez rok prawo, jego kolegą ze stancji był Jan Główczyk, "wierzący komunista", potem działacz partyjny. Kolegą z seminarium Ingardena i przyjacielem był z kolei marksista Jan Szewczyk.
"Stopień tolerancji Kościoła posoborowego jest tak wielki, jak nigdy dotąd... Nie ma takiego wielkiego prądu kulturowego, który by nie przechodził przez Kościół" - zauważał Tischner w 1995 roku w dyskusji o granicach tolerancji. W imię otwarcia filozofii chrześcijańskiej na nowe prądy filozoficzne toczył ćwierć wieku wcześniej swój spór z tomizmem. Ten spór był aktem odwagi nie tylko intelektualnej. "Gdyby nie Wojtyła, to - biedny Józiu!" - cytuje Bonowicz księży pamiętających ówczesną atmosferę w Kościele. Kiedy w maju 1973 Tischner otrzymał stanowisko docenta na Papieskim Wydziale Teologicznym, miał powody, by dziękować swojemu Metropolicie za "życzliwość, prawdziwe zrozumienie intencji oraz wiele serca". Dodawał: "Wszystko to przyjmuję jako jedno więcej zobowiązanie".
7. W pięciusetstronicowym, wspaniale wydanym tomie opisano oczywiście mnóstwo innych spraw. Choćby codzienne życie seminarium duchownego w latach stalinizmu: wewnątrz surowy rygor, na zewnątrz zagrożenie. Choćby współpracę Tischnera z Austriakami na rzecz wspierania podhalańskich rolników w latach 80. Choćby dzieje założonego w 1982 roku wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku.
Są też wątki, które doczekają się pewnie rozwinięcia: Bonowicz zapowiada następną książkę. Należy do nich odbiór tischnerowskiej filozofii; na przykład "Spowiedź rewolucjonisty", rzecz o Heglu, do której sam autor przywiązywał wielką wagę, spotkała się z przyjęciem raczej chłodnym. Wrócić trzeba będzie do ostatniego dziesięciolecia potraktowanego tu dość skrótowo - do konfrontacji z integryzmem, do miejsca Tischnera w Kościele wolnej już Polski.
8. Wśród z górą setki fotografii są i te dwie, które trudno było publikować za życia Tischnera, tak bardzo jest na nich zmieniony. Jedna dokumentuje ostatnie spotkanie z Papieżem na Wawelu, 17 czerwca 1999. Na drugiej Tischner przyjmuje w szpitalu Order Orła Białego. Historia blisko trzyletnich zmagań z chorobą pokazuje z jednej strony heroizm Tischnera, z drugiej miłość jego najbliższych - heroizm i miłość, dla których zbyt słabe są wszelkie określenia. "Próba miłości wydawała się nie mieć końca - pisze Bonowicz, nawiązując do ostatniego artykułu Tischnera poświęconego siostrze Faustynie. - Odebrane mu zostały po kolei: głos, siły, wygląd.". Umierając 28 czerwca 2000 roku, miał w ręku różaniec, przy łóżku stał obrazek Jezusa Miłosiernego.