Kilka lat temu zastanawiałem się, jak będzie wyglądać przyszłość prozy Michała Witkowskiego, wtedy jeszcze ucznia liceum. Tak samo jak i pozostali jurorzy dzierżoniowskiego konkursu "Ikar" zostałem wręcz porażony nadzwyczajnym poziomem opowiadania pt. "Pogranicznica". Jasne się stało, że pojawił się nieprzeciętny talent. I myślałem sobie, że przepadnie gdzieś ten kolejny młody zdolny, zawieruszy się wśród życiowych trudów i konieczności. Ale nie. Znowu wypłynął. Widać, że chce być pisarzem, i z wielkim uporem lokuje ambicje wokół obowiązków artysty.
Mam przed sobą "Copyright", nową prozę Witkowskiego, której miano gatunkowe sytuuje się blis- ko pojęcia "zbiór opowiadań", ale nie ma się pewności do końca, gdyż wątki powracają, zdania i zwroty pulsują i spotykają się raz po raz w jakichś lustrzanych intencjach, więc może jednak "mikro- powieść"? Całość przypomina talię kart tylko pozornie swobodnie rozsypanych, pęk historyjek z "donaldówek", owych małych, kolorowych karteczek przedstawiających obrazkowe anegdotki z życia Kaczora Donalda i Myszki Miki, dołączanych do pachnących gum do żucia. Wraz z "donaldówkami" staje przed oczami świat zgrzebnego dzieciństwa blokowego z lat 80., tuż przed stanem wojennym i zaraz po jego ogłoszeniu. Witkowski w krótkich migawkach pokazuje drugą stronę najnowszej historii - tej od kuchni, od podwórka, od dzieciństwa roz- pisanego na drobiazgi kolejko- wej, "darowej" codzienności pod znakiem PRON oraz WRON. Ciekawe jest to odklejanie się od kombatanckiej i oficjalnej Historii całej serii papierkowych "historyjek", prywatnych, intymnych, tandetnych emblematów dziecięcych unie- sień, przeżyć rozkwitających w cieniu "baobabu", półoficjalnej "świetlicy osiedlowej" w olbrzymim drzewie.
Jakoś nikt do tej pory nie zastanawiał się, co czuły dzieci stanu wojennego, ta przeważająca większość pochłonięta swoimi sprawami, infantylnością w rozkwicie; w końcu tylko niewielki ich procent wypisywał ryzykowne hasła na murach i roznosił ulotki. Dzieci z wrocławskiego podwórka żyły własnym życiem i wyprzedzały czas, celebrując po swojemu rytuały wolnego rynku. Pochłaniała je wymiana, handlowanie, wymienianie się. To ważny akcent dziecięcej subkultury opisany z pozycji dziecka albo powrotu do dziecka, które jeszcze mieszka w narratorze i ma się dobrze. To dziecko jest podstawą kreacji bohaterów następnych opowiadań. Właściwie to jeden bohater, ciągle ten sam dzieciak z donaldówką nostalgii w ustach, z kieszeniami wypchanymi "historyjkami inicjacji". Dziwi się światu dorosłych, ale jakoś niedostrzegalnie, od niechcenia. Wędruje, jeździ, bywa tu i tam, lecz zazwyczaj z uczuciem niedowierzania i zawodu. Ów ekscytujący świat widziany zza szyby prowadzonego przez ojca samochodu traci na magicznej sile przyciągania, odsłaniając wcześniej nie dostrzegane dna i mielizny. Tej marności nie było w założeniach, więc bohater gorzknieje, narasta jego irytacja i subtelne zblazowanie. Wreszcie wybucha i pokazuje język, wulgaryzmami rozprasza napięcie, jakie wytwarza się między nim a testowanym światem. "Miałem trzynaście lat" zamienia się niepostrzeżenie w "Mam dwadzieścia cztery lata" i właściwie nic się nie zmienia. Oczekiwanie na cud, na pojawienie się znaków na niebie, jest ciągle podobne. Nie widać różnicy między szarym światem późnego socjalizmu a kolorową rzeczywistością naszego wczesnego kapitalizmu. Wydaje się chwilami, że dzieciństwo w późnym PRL-u (mimo nędzy ekonomicznej otoczenia) było bardziej intensywne i barwne niż merkantylnie dowartościowana współczesność po przewrocie społecznym. Najbardziej prawdziwe, soczyste i pełne nostalgicznej poezji fragmenty w tej książce wiążą się z dzieciństwem, natomiast pierwsze lata młodości opatrzone zostały przypisami cokolwiek ciężkimi, mrocznymi, uciekającymi w fantazmaty i konfabulacje. Wewnętrzna emigracja dziecięca (ku baobabowi, do tajemniczego środka, w labirynt rytuałów) tworząca w miarę czytelny system wspólnotowych odniesień zamienia się w neurotyczny eskapizm młodzieńczy (konfabulacja, podróż--ucieczka, kurs nowego języka, angielskie idiomy jako klucze do innej rzeczywistości), pogłębiający uczucie pustki i coraz większej samotności.
To, co realne, zostało daleko, gdzieś tam w dzieciństwie, natomiast teraźniejszość staje się czymś w rodzaju okrutnej, alienującej bajki, projekcją dotkliwej fikcji ("życie na niby") i nakłada się na pośpiesznie czynioną terapię konfabulacji. Nagle pomocne w przetrwaniu i odnalezieniu się okazują się klisze kulturowe, jakieś strzępy przebojów sprzed lat, nieśmiertelne idiomy z samouczków angielskiego, kawałki filmów mocno pomieszane z tak zwanymi "autentycznymi" przeżyciami bohatera. Myślę, że najbardziej wartościową warstwą tej prozy jest właśnie to. Próba rozpoznania, opisania i dokreowania rzeczywistości zwichrowanej, niejednorodnej, chaotycznie skompilowanej, której efektem staje się swoista alienacja - resztki osobniczej suwerenności ustępują pod naporem nowej fali uderzeniowej homogenizującej kultury masowej. Co jest jeszcze nasze, moje, a co już twoje, zaborczy świecie przemawiający milionem ust z głośników, okładek, ekranów, skrzynek, wystaw, billboardów itd., wciskający się do naszej, mojej świadomości setkami błyskotliwych formuł, zwrotów, idiomów, obrazów, skrótów, całą tą wątpliwą poezją seriali, produktów seryjnych, kultowych gotowców...
Odpowiedź wrocławskiego pisarza jest jednoznacznie nostalgiczna. Naszego jest niewiele. A to, co zostaje, też trąci narastającą mistyfikacją i autokreacją. Może jeszcze tylko to: "Miałem trzynaście lat". Narrator trzyma się tego jak tonący brzytwy. Naprawdę pewne, czyste, substancjalne. Może jeszcze ta głęboka pamięć. Może garść historyjek z dzieciństwa, które w ostatecznym rozrachunku jakoś nas ocalają i podają - niepewnych przyszłości - tej historyjce wyższego rzędu?