Nie mogłem być inny. Zagadka Macieja Słomczyńskiego, Słomczyńska-Pierzchalska, Małgorzata

Justyna Zarzycka
18.09.2003 , aktualizacja: 16.09.2003 14:42
A A A Drukuj
Gdy zaczęłam poszukiwania, zamierzałam wszystko odtworzyć i wszystko zrozumieć - pisze autorka książki - Stopniowo godziłam się z prawdą, że pewnych odpowiedzi nie uda mi się znaleźć nigdy, bo życie drugiego człowieka jest tajemnicą"
Starając się pojąć, co uformowało indywidualność jej ojca, Małgorzata Słomczyńska-Pierzchalska (rocznik 1966, biolog molekularny) koncentruje się na wydarzeniach odległych w czasie, a przez lata po ukazaniu się tłumaczenia "Ulissesa" (1969) przelatuje galopem. Może dlatego, że są jej zbyt dobrze znane i zbyt bliskie, by o nich mówić ("O wielu sprawach trudno byłoby mi pisać"). To zrozumiałe. Ale równie naturalne jest poczucie niedosytu, które owe przemilczenia czy opuszczenia rzeczy dla autorki oczywistych pozostawiają u czytelnika. Tu zgadzam się z Janem Zielińskim ("Sława i poniżenie", "Rzecz o Książkach", "Rzeczpospolita", 5-6 lipca), lecz zdumiewa mnie sposób, w jaki sformułował jeden z zarzutów:"Zabrakło choćby na- szkicowania tego zjawiska, jakim była kariera Słomczyńskiego jako tłumacza r z e k o m o wyjątkowego" [podkr. - J.Z.]. Tłumacza: Szekspira (dzieł wszystkich), Jonsona, Joyce'a, Blake'a, Lewisa Carrolla, Barriego, Faulknera... Daj nam, Boże, więcej rzekomo wybitnych!

1920 czy 1922?

Małgorzata Słomczyńska tropi dzieje angielskiej gałęzi rodziny (spokrewnionej z Winstonem Churchillem). Matka Macieja - Marjorie Crosby-Słomczyńska - pracowała jako tłumaczka w brytyjskim poselstwie w Warszawie.

Autorka pisze, że biologicznym ojcem Macieja był Amerykanin Merian C. Cooper, który jako ochotnik brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Później - reżyser filmowy i producent. Twórca "King Konga". Uhonorowany w 1952 r. Oscarem za całokształt twórczości.

Czy jednak Cooper rzeczywiście był ojcem Macieja? Kwestionuje to jego starszy brat Wojciech Słomczyński ("Nie był synem amerykańskiego lotnika", "Rzecz o Książkach", 2-3 sierpnia): "Matka wystąpiła z tą informacją dopiero w czasie drugiej wojny światowej (...) aby bratu, wówczas opuszczającemu Polskę, stworzyć lepsze perspektywy urządzenia się na Zachodzie".

Wojciech Słomczyński wskazuje na błędnie, jego zdaniem, podaną datę urodzenia Macieja. Według niego brat przyszedł na świat w 1920, a nie w 1922 r. Twierdzi też, że w książce nie ma "odwołania do jakiegokolwiek dokumentu sprzed 1945 r., który wskazywałby, że Cooper był ojcem Macieja"; co nie jest w pełni zgodne z prawdą. W liście do Maćka z 1937 r. (prawdopodobnie od Aleksandra Słomczyńskiego, męża Marjorie) pada zdanie: "Mamełe już się martwi za 10 członków rodziny Crosby-Cooper". Połączenie na- zwisk dość wymowne. Wojciech Słomczyński sprowadza tytułową zagadkę do kwestii "pochodzenia" Macieja, co sprawę irytująco spłaszcza. Córka pisze: "Poszukiwałam odpowiedzi na pytanie, jak stał się człowiekiem, którego znałam".

Zamęt z rokiem urodzenia jest niewątpliwy. Na nagrobku na cmen-tarzu Rakowickim widnieje rok 1922. Na reprodukowa-nym w książce zaświadczeniu z punktu repatriacyjnego - 1920. Podobnie w gazetowych notkach po śmierci pisarza. Całe to zamieszanie jest o tyle bez znaczenia, że różnica dwóch lat nie wyklucza ojcostwa Coopera, który pojawił się w Polsce w 1919 r. Słomczyńska-Pierzchalska, przyjmując jako rok urodzenia ojca 1922, zakłada, że romans rozkwitł w 1921 r. Ponosi ją wena i umieszcza w tekście fikcyjny dialog między babką a domniemanym dziadkiem ("Jest wojna, ale wrócę i odnajdę panią!").

Trzeba dodać, że autorka książki, odpowiadając na zarzuty stryja ("Jestem wnuczką Meriana C. Coopera", "Rzecz o Książkach", 6-7 września), wskazuje na przyczyny i dokumenty, które skłoniły ją do uznania roku 1922 za rok urodzenia ojca. Podkreśla też, że nawet 1920 nie wykluczałby ojcostwa Coopera. W gruncie rzeczy rozważania w stylu "czy go począł, czy nie począł" wydają się i jałowe, i drugorzędne wobec faktu, że Maciej Słomczyński uważał się za syna Coopera. A ten nigdy nie zaprotestował i poczuwał się do "odpowiedzialności finansowej" (list Macieja do Meriana z 25.05.1954). Gdyby zawierzyć słowom Wojciecha Słomczyńskiego, że była to fikcja, którą "brat uznał za dobre pole do eks- ploatacji nowych możliwości kariery", należałoby zignorować szereg przytaczanych w książce dokumentów. Przede wszystkim listy Macieja Słomczyńskiego do Coopera, m.in.: z 1954 r. po śmierci matki; po narodzinach syna (ironiczne "Mam nie-jasne wrażenie, że powinienem zawiadamiać cię o narodzinach moich dzieci") czy listów samej Marjorie.

Pochłonięty własnymi sprawami

Biografie Marjorie Crosby i Meriana Coopera przypominają awanturniczy romans. Los Macieja Słomczyńskiego okazuje się niemniej burzliwy. Młodzian zdolny, ale trudny. Wydalony z gimnazjum pijarów "za ujemny wpływ religijny i moralny na kolegów". Maturę zdaje jako ekstern 1 lipca 1939 r. W czasie wojny działa w konspiracji (AK). Żeni się z 16-letnią Barbarą Targońską. Zostaje uwięziony na Pawiaku. Po zwolnieniu usiłuje przedostać się na Zachód, trafia do obozu pracy. Ucieka. Trafia do ośrodka dla internowanych w Szwajcarii. Kolejna ucieczka. Wcielony do III Armii Amerykańskiej. Potem - w Military Police zajmującej się m.in. ściganiem ludzi podejrzanych o zbrodnie wojenne. W Paryżu nawiązuje kontakt z Cooperem. Stara się o obywatelstwo amerykańskie. Tęskni za Polską. W lipcu '46 wraca do kraju.

Niełatwo po latach odtwarzać tamte czasy. Słomczyńska-Pierzchalska zwykle roztropnie pozwala przemawiać dokumentom. Jednak trzykrotnie uległa pokusie beletryzowania biografii ojca: we wspo- mnianym dialogu Meriana i Marjorie; przedstawiając monolog wewnętrzny Maćka w czasach paryskich (1946) i rozmowę - po decyzji powrotu do Polski - z siostrą Anną.

Maciej Słomczyński o dramatycznych przejściach nie lubił opowiadać. Po jego śmierci córka przekonała się, że "gromadził literaturę dotyczącą warszawskiego więzienia gestapo". W liście do Coopera wy-znał: "Nawet jeśli widziałem rzeczy straszne (...) to i tak nauczyło mnie to więcej o miłości i o człowieczeństwie i nauczyłem się nienawidzić wszystkich objawów okrucieństwa".

Przez krótki czas wierzy - częściowo pod wpływem drugiej żony Lidii Zamkow - w możliwość zbudowania nowego wspaniałego świata. Ukąszenie heglowskie jest płytkie.

W 1954 r. pisze w liście do zmarłej matki: "Nie mam pieniędzy, życie jest trudne, nie mogę spokojnie pracować, tak jakbym chciał. (...) niech się nie marnuje to, co mam w sobie. A może mi się tylko tak zdaje?". To z zapisków będących także rejestracją wewnętrznej udręki, a zarazem próbą wydobycia się z niej, czasem poprzez uciekanie się do wisielczego humoru. Jan Zieliński, ilustrując swój zarzut - "Zabrakło wątku ogromnej pychy tego człowieka" - (podtrzymany przez brata pisarza Wojciecha), odwołał się m.in. do tego właśnie listu: "Ale "sławę poprzedza poniżenie", jak powiedział, bardzo rozsądnie, Chrystus. Poniżenie już mam. Zobaczymy, co będzie ze sławą". Tuż po tym zdaniu następuje przytoczona przeze mnie niemal mod-litewna fraza "niech się nie marnuje"... Gdybym szukała dowodów na pychę, postarałabym się o lepsze.

Odnoszę wrażenie, że Słomczyńskiego jako pisarza dręczyło poczucie niespełnienia. "Chciałem tylko uratować możność pisania i chleb dla rodziny. (...) nie napisałem tego wszystkiego, o czym kiedyś marzyłem, że napiszę. To chyba największa klęska" - stwierdził w 1975 r. w liście do Lecha Bądkowskiego, który był odpowiedzią na przesłane gratulacje z okazji nagrody Pen Clubu za przekład "Raju utraconego" Miltona.

Ton wypowiedzi i pretensja Wojciecha Słomczyńskiego, że "autorka (...) nie skontaktowała się ze mną", zaskakują w świetle wspomianej odpowiedzi jego bratanicy. Wynika z niej, że wiedział o ojcostwie Coopera i za życia brata nigdy tego faktu nie podważał. Wkraczamy jednak na śliski grunt nieporozumień rodzinnych i żalów. Niewykluczone, że nieco światła na tę sprawę może rzucić padające w "Nie był synem amerykańskiego lotnika" zdanie: "Wybiórcza prezentacja materiału stwarza wrażenie, że mój brat dbał o naszą matkę w jakiś szczególnie troskliwy sposób". Dla osoby nieinterpretującej tekstu emocjonalnie sprawa przedstawia się inaczej. Przez książkę przewija się wątek realnej, rzeczywistej opieki roztoczonej nad matką przez Wojciecha Słomczyńskiego i jego żonę. Z listami Marjorie pełnymi miłości do Macieja sąsiadują odpowiedzi syna świadczące o pochłonięciu własnymi sprawami. W liście do nieżyjącej pisał: "Byłaś sama beze mnie, bo byłem samolubny".

Samolubny syn Marjorie walczy o prawo do pracy - przede wszystkim translatorskiej. Jako Joe Alex pisze kryminały, jedne z najpoczytniejszych w PRL-u, aby w spokoju tłumaczyć Joyce'a. Rozwodzi się i żeni po raz trzeci - z Teresą Grzybowską. Starannie przygotowuje się do każdego przekładu, poprzedzając go rozległymi studiami. Koncentruje się na tym, co może i umie robić. Nie dla siebie - dla innych. To dla nich przecież tłumaczył.

* Małgorzata Słomczyńska-Pierzchalska "Nie mogłem być inny. Zagadka Macieja Słomczyńskiego", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003, s. 296

  • 1