http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Coś się kończy, coś się zaczyna, Sapkowski, Andrzej

Mariusz Cieślik
2001-02-14, ostatnia aktualizacja 2007-06-26 17:53

Dla "fantastów" - jak sami siebie nazywają - gazety nie są poważnym źródłem informacji. Doskonale dają sobie bowiem oni radę bez pośrednictwa tradycyjnych mediów. Owszem, czytają swoje "niszowe" pisma, z "Nową Fantastyką" na czele, ale przede wszystkim porozumiewają się za pośrednictwem Internetu.

Mają swoje witryny (z doskonałą Sapkowski Zone) i grupy dyskusyjne. Poza tym spotykają się na rozlicznych konwentach. Znaczną część tekstów zamieszczonych w nowym zbiorze opowiadań Sapkowskiego znają już od dawna, a mimo to "Coś się kończy, coś się zaczyna" trafiło natychmiast na czołowe miejsca list bestsellerów.

Większość pisarzy może autorowi "Pani jeziora" tylko pozazdrościć wiernych czytelników. Właściwie należałoby powiedzieć: fanów. O fanatyzmie wielbicieli Sapkowskiego głośno zrobiło się w związku z przygotowywaną ekranizacją "Wiedźmina". Zawiązali oni komitet w obronie prawdziwego wizerunku wiedźmina, kontestowali obsadę, reżysera (bo za słabo zna twórczość ich idola) oraz scenariusz. Sprawa dzięki mediom stała się powszechnie znana.

Kilka tygodni temu Andrzej Sapkowski znowu pojawił się jako dziennikarski temat, a to za sprawą Andrzeja Sepkowskiego. Okazało się, że w tym samym mieście tworzy pisarz o niemal identycznym nazwisku. Mało tego, pisze powieści zaliczane mniej więcej do tego samego nurtu literackiego. Do tego książka debiutanta Sepkowskiego miała zostać wydrukowana w podobnej szacie graficznej jak książki sławnego Sapkowskiego. Po protestach tego ostatniego oraz jego wydawcy projekt okładki został zmieniony, ale wolę nie sprawdzać, co na listach dyskusyjnych wypisują o tej sprawie zwolennicy twórcy wiedźmińskiego pięcioksięgu.

Oczywiście, każdy szanujący się "fantasta" wiedziałby, który z pisarzy napisał którą książkę. Sapkowski jednak wyszedł z "fantastycznego" getta i ogromna grupa jego czytelników jest nieco słabiej zorientowana. To właśnie dla nich magnesem do kupienia "Coś się kończy, coś się zaczyna" ma być umieszczone na okładce hasło "alternatywne zakończenie sagi o wiedźminie". Jest to wyłącznie chwyt marketingowy, bo tytułowe opowiadanie z nowej książki jest tylko żartem i z "wiedźmińskim" cyklem nie ma nic wspólnego. Zgadzają się tylko imiona bohaterów, ranga tekstu - o czym pisze sam autor - jest zupełnie inna. Co więcej, ranga całej książki jest inna niż poprzednich.

Właśnie dlatego rozpisałem się o marketingowej stronie fenomenu Sapkowskiego. "Coś się kończy, coś się zaczyna" nie jest bowiem w jego dorobku znaczącą książką i szybko zostanie zapomniana. Na zaufanie czytelników pisarz ciężko zapracował cyklem o wiedźminie Geralcie. Udała mu się rzecz wyjątkowa w historii naszej literatury ostatnich dziesięcioleci. Stworzył bohatera kultury masowej, którego losy śledziły dziesiątki tysięcy czytelników. Sam należę do tych, którzy z niecierpliwością czekali na kolejny tom sagi. Na jej sukces złożyło się wiele czynników, ale trzy wydają się mieć decydujące znaczenie.

Po pierwsze, Sapkowski wykreował na kartach swoich powieści w pełni autonomiczny świat rządzący się własnymi prawami. Chociaż zamieszkują go elfy, krasnoludy, driady i najróżniejsze potwory, to ów świat wydaje nam się niepokojąco bliski. Mimo że widać tu wpływy innych pisarzy fantasy, a przede wszystkim Tolkiena, trudno odmówić wizji Sapkowskiego oryginalności. Po drugie, niebagatelne znaczenie ma kreacja bohatera. Geralt, choć jest mutantem, którego zadaniem jest zabijanie potworów, okazuje się bardziej ludzki niż ludzie. I choć teoretycznie powinien być pozbawiony emocji, jest postacią wewnętrznie skomplikowaną i wiarygodną. Po trzecie, Sapkowski jest mistrzem literackiej żonglerki. Korzysta ze wszystkich potrzebnych mu fabularnych konwencji czy cytatów. Z tego koktajlu tworzy swój rozpoznawalny styl i niezwykle błys-kotliwą narrację.

To wszystko dotyczy jednak cyklu wiedźmińskiego, w znacznie zaś mniejszym stopniu opowiadań z "Coś się kończy, coś się zaczyna". Na książkę składa się osiem tekstów, które powstały na przestrzeni 13 lat. Są one zręcznie napisane w różnych konwencjach: mamy horror, fantasy, space operę czy "klasyczne" science fiction. Andrzej Sapkowski dowodzi, że mógłby pisać w każdym "fantastycznym" gatunku, ale to jego czytelnicy wiedzieli już wcześniej. Sądzę zatem, że głównym powodem wydania książki jest zaznaczenie obecności na rynku. Pisarz opróżnia szuflady, bo - jak się zdaje - nie zdążył jeszcze z napisaniem leksykonu miłośnika fantasy "Rękopis znaleziony w Smoczej Jaskini" i pierwszego tomu nowego cyklu powieściowego "Narrenturm". A jak wskazują doświadczenia wydawców z innych krajów, autor bestsellerów powinien wydawać nie mniej ani więcej niż jedną książkę rocznie.

Opowiadania z "Coś się kończy, coś się zaczyna" były wcześniej drukowane w czasopismach i antologiach. Większość z nich sprawia wrażenie pisanych dla sztubackiego dowcipu bądź literackiej zabawy. W tekście tytułowym np. znajdujemy opis ślubu Yennefer i Geralta, głównych bohaterów wiedźmińskiej sagi, do którego nie doszło na kartach powieści. Natomiast "Złote popołudnie" to wariacja na temat "Alicji w krainie czarów" napisana do antologii "Trzynaście kotów". Skądinąd Sapkowski przedstawia w tym opowiadaniu interesującą interpretację powieści Lewisa Carrolla, wedle której Alicja, wtłoczona w świat wyobrażeń pisarza, walczy o życie. "W leju po bombie" powstało znowu na potrzeby nigdy nie wydanej antologii, jak wyraża się autor - "antyklerykalnej". Znajdujemy się w Suwałkach, których młodzi mieszkańcy po wybuchu w Czarnobylu stali się popromiennymi mutantami. Polską rządzi Kuria, a na terenie kraju walkę między sobą toczą Niemcy z Litwina- mi. Zresztą trudno powiedzieć, czy można mówić o bycie państwowym określanym jako Polska. W opowiadaniu Sapkowskiego dokonało się bowiem specyficzne zjednoczenie Europy pod dyktatem bandytyzmu. Wymieszaniu uległy także języki. Jak na mój gust, za dużo w tym tekście niezbyt śmiesznych dowcipów. Bohaterowie spacerują ulicą imienia zabójcy prezydenta Narutowicza Eligiusza Niewiadomskiego, z Litwy najeżdża Polskę Zeligauskas, a rodzina niejakiego Indyka doszukuje się litewskich korzeni, by w końcu zrezygnować z planowanej zmiany nazwiska, które miałoby brzmieć Kałakutas.

Najciekawszymi opowiadaniami tego zbioru wydają się "Zdarzenie w Mischief Creek" oraz "Bitewny pył". Pierwsze z nich zostało zainspirowane XVII-wiecznymi procesami o czary w Ameryce, z najgłośniejszym, opisanym przez Arthura Millera w "Czarownicach z Salem". Gdyby uwierzyć Sapkowskiemu, ówcześni inkwizytorzy mieli jednak rację, czarownice rzeczywiście istniały. Stworzyły nawet swoją osadę w nieprzebytych lasach gdzieś w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych. "Bitewny pył" z kolei to napisany dla rozrywki tekst ze znanego miłośnikom s.f. gatunku space opera. Najemnicy walczą z korporacjami, między planetami latają gwiezdne krążowniki, wszyscy posługują się hiperwymyślną technologią, zaś tekst czyta się jak najlepsze rzeczy Sapkowskiego. Kiedy opowiadanie się kończy, dalej chciałoby się czytać o losach komandora Lemoine'a i jego najemniczej kompanii. Taka książka, jak mówi autor, z pewnością jednak nie powstanie. A szkoda. Powstanie jednak inna powieść Sapkowskiego, i to, miejmy nadzieję, szybko. Rozumiem bowiem, że - zgodnie z tytułem książki - "Coś się kończy" (saga o wiedźminie) i "coś się zaczyna (cykl "Narrenturm")", a to jest tylko intermedium.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':