http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Niemiecka jesień" Dagermana. Szczury i ludzie

 Janusz Rudnicki
2012-02-14, ostatnia aktualizacja 2012-02-13 18:21

Co zobaczył młody Szwed, gdy w 1946 r. wyruszył w podróż przez zbombardowane przez aliantów niemieckie miasta?

Hamburg 1945
Fot. Hulton-Deutsch Collection/COR
Hamburg 1945
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
"Niemiecka jesień"
Stig Dagerman
przeł. Irena Kowadło-Przedmojska
Czarne, Wołowiec


Są dwa powody, dla których warto przeczytać tę małą książkę. A każdy z nich wystarczyłby osobno.

Po pierwsze, po to, żeby dowiedzieć się i zrozumieć, że ci nasi sąsiedzi, patrząc na mapę - ci z lewej, też wtedy cierpieli. Cierpieli w czasie wojny, żyjąc jak roztocza pod dywanem alianckich bomb, cierpieli po wojnie, żyjąc w ruinach i piwnicach. W nocy w stadach jak szczury, w dzień jak węszące za żarciem wygłodniałe psy. Oni sami sobie zgotowali ten los? Odpowiedzialność zbiorowa? No właśnie, ma sens czy nie w przypadku Niemców? Można się nad tym zastanawiać, po raz n-ty, fakt, ale temat to przecież zawsze frapujący. Uprzedzając komentarze jadowitych internautów w rodzaju "dostali nauczkę", odpowiadam za autorem, że "głodni za głód nie winią siebie". I jeszcze to warte przemyślenia, jakby dedykowane nam, Polakom: "Własne cierpienie przytępia wrażliwość na cierpienia innych".

Po drugie, warto dlatego, żeby poznać szwedzkiego protoplastę Jamesa Deana i Marka Hłaski. Ten pierwszy miał tak jak on sławę, samochody i w samochodzie skończył, drugi miał sławę, i jak on popełnił samobójstwo. Młody, bardzo młody, bo 23-letni szwedzki pisarz przyjeżdża w roku 1946 do Niemiec. Wysiada w Hamburgu, patrzy, słucha i zapisuje, jedzie na południe, aż do Monachium, robi to samo, potem wraca przez Zagłębie Ruhry do Hamburga i stamtąd do Szwecji. Z kilkunastu korespondencji, które wysyła do szwedzkich gazet, wychodzi mu książka "Niemcy jesienią".

Hamburg, Stig Dagerman, a w zasadzie Stig Halvard Jansson, bo Dagerman to pseudonim znaczący po szwedzku "człowiek światła dnia", jedzie kolejką. Pasażerowie wiedzą, że on nie stąd, że obcy. Obcy patrzą przez okno, miejscowi przed siebie. Kupił bilet i jako widz, nie pasażer, patrzy na scenę, po której przeszła wojna. Widzi ją jak scenografię, ściana frontowa jednego ze zbombardowanych domów wygląda jak "w popularnych sztukach teatralnych, widz oglądać może życie na kilku planach jednocześnie". Dalej tak: "Ale życia w nich nie ma". Ręka świerzbi, żeby zamienić mu to na: "Ale aktorów nie ma, zniknęli ze spalonego teatru". Nic za to ani dodać, ani ująć tu: "Kaloryfery wczepiają się w ściany jak duże, przerażone zwierzęta". A dalej takie zdanie: "Zdarza się, że opadają i zabijają kogoś, kto szuka węgla". Wchodzi mi ono w krew, ale nie od razu dochodzi do mózgu. Może dlatego, że jadę mniej więcej tą samą trasą, którą on wtedy, bom akurat w Hamburgu. Po czasie dopiero przedstawiam sobie sytuację następującą: ktoś przeżył horror tej niemieckiej wojny, powiedzmy, że jakiś niemiecki komunista więziony i torturowany w Dachau, udało mu się przeżyć i wrócił do swojego miasta. I zginął. Od spadającego kaloryfera. Ponieważ szukał węgla. Żeby nie zamarznąć. Taki absurd właśnie to jeden z najśmielszych numerów, jaki wywija nam nieobliczalna rzeczywistość.

Niemcy żyją jak "w zimnym deszczowym piekle". Twarze ludzi mieszkających w bunkrach są jak "ryby wynurzające się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza". W lesie wraki wypalonych samochodów wyglądają jak "puszki po konserwach", jakby "niechlujni kempingowicze zaśmiecili najlepiej utrzymane lasy świata". Z całego zbombardowanego domu zostaje tylko brama z numerem, zasypane gruzem szyldy byłych sklepów wyrastają spod niego jak "napisy nagrobne". Okna pociągów albo zabite płytami, wtedy źle, bo ciemno, albo bez płyt, wtedy też źle, bo deszcz leje się do środka. Dagerman jedzie w przedziale na osiem osób, w sumie jest ich 25, wszyscy skąpani w pocie własnym i cudzym, stojący na jednej stopie, ale "można w ogóle nie stać na żadnej stopie, i tak się nie upadnie".

Gdzie indziej coś takiego: rodzina idzie do dentysty, mężczyzna wychodzi do ogrodu, w poczekalni zostaje jego mała córka, żona i matka, w dom trafia bomba, giną wszyscy - dentysta, pielęgniarka i 30 osób - i teraz on "krąży po wiosce jako wędrujący kamień upamiętniający drugą wojnę światową".

Polecam też rozdział "Sprawiedliwość" o procesach denazyfikacyjnych. Niemiecki ruch oporu polegał z grubsza na tym, że wszyscy słuchali zagranicznego radia. No i przyjaźni byli wobec Żydów, na co po wojnie mają świadków, tychże właśnie (Żyda, który odciążał oskarżonego, kupić można było za kilkaset marek).

Akcent polski: "Duże czerwone plakaty na słupach peronu: poszukuje się zbiegłego polskiego mordercy, byłego strażnika w obozie koncentracyjnym, wzrost sto sześćdziesiąt osiem centymetrów, uzbrojony w pistolet". Fuchę sobie jeden z naszych złapał. Nie wszyscy Polacy tacy święci, jak się sami malują.

W pewnym momencie podróży poznaje młodą węgierską Niemkę, tęskni do Budapesztu. Pada zdanie: "Dwa razy usiłowała odebrać sobie życie (...) Teraz cały dom czeka na trzeci raz". Zapisując je, autor musiał mieć mieszane uczucia. Streszczam życiorys Dagermana: jego matką była babcia, ojcem dziadek. Ponieważ prawdziwy ojciec zmył się od razu, matka jeszcze trochę z nim sobie pobyła, ale kiedy skończył siedem lat, tak się z nim zabawiła w chowanego, że nie znalazł jej już nigdy. Pierwszą próbę samobójczą podjął już w wieku młodocianym, pierwszy sukces literacki też przyszedł szybko, po "Niemieckiej jesieni" pisze "Wyspę przeklętych" (pięciu mężczyzn i dwie kobiety na bezludnej wyspie, ich halucynacje, dramat spod znaku "piekło to inni"), ostatnią część, 60 stron, w jednym ciągu przez 14 godzin. Fetowany, ubóstwiany, hojnie opłacany. Kupuje samochody, opętany nimi pędzi z maksymalną szybkością, pokazuje śmierci język, droczy się z nią, filtruje. Dopada go blokada, nie może pisać, następują kolejne próby samobójcze. Nie udaje mu się ani pierwsze małżeństwo, ani drugie, miota się, jego stany emocjonalne zapętlone są jak rollercoaster. Wchodzi do garażu i z niego nie wyjeżdża, w ostatniej chwil próbuje się ratować, za późno, dusi się spalinami. Dosyć blada wtedy literatura szwedzka pobladła jeszcze bardziej.

Temat gruzów i grasujących po nich szczurów i ludzi okupuje dla mnie jednak inny autor. Nadzieja literatury niemieckiej w czasach powojnia. Krótkotrwała - Wolfgang Borchert umarł na gruźlicę, mając lat 27, w 1947 roku. Z jego opowiadań najbardziej znane jest "Przecież w nocy szczury śpią!" ("Nachts schlafen die Ratten doch!"). Niespełna trzystronicowy ten tekst jest dziś w Niemczech lekturą w klasach licealnych. Pozazdrościć. Mamy dobrą literaturę obozową (Borowski, Pankowski), lecz bitwę o czasy powojenne przegrywamy. Streszczam opowiadanie: ruiny, starszy mężczyzna znajduje siedzącego na ziemi dziewięcioletniego chłopca, który nie je i nie śpi, chłopiec wyjawia mu, że pilnuje leżącego w gruzach młodszego martwego brata, żeby go szczury nie zjadły, mężczyzna pyta, czy pan w szkole nie mówił, że w nocy szczury śpią, bo jeśli nie, to niech zmieni zawód. Umawiają się. Chłopiec mówi, że popilnuje brata do zmierzchu i przyjdzie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':