http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Wiek ludobójstwa" Goldhagena. Cały świat ma krew na rękach

Lidia Ostałowska
2012-02-14, ostatnia aktualizacja 2012-02-13 18:09

Radykał, idealista, prowokator? A może ktoś, kto lansuje się na demagogii? Tak przeciwnicy widzą Daniela Goldhagena. Z najnowszą książką kontrowersyjnego politologa z Harvardu nie pójdzie im tak łatwo


Prezydent Syrii Baszar al-Asad. Na zdjęciu z 9 lutego 2012 jemeńskie kobiety (solidaryzujące się z Syryjczykami) chcą dla niego szubienicy
Fot. MOHAMED AL-SAYAGHI REUTERS
Prezydent Syrii Baszar al-Asad. Na zdjęciu z 9 lutego 2012 jemeńskie kobiety...
Dyktator Indonezji Suharto w 2006 roku, kilkanaście miesięcy przed śmiercią
Fot. AP
Dyktator Indonezji Suharto w 2006 roku, kilkanaście miesięcy przed śmiercią
"Wiek ludobójstwa"
Daniel Goldhagen
przeł. Michał Romanek
Znak, Kraków


Daniel Goldhagen zaczyna mocno. "Harry Truman, trzydziesty trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych, był ludobójcą. Dwukrotnie wydał rozkaz zrzucenia bomb jądrowych na japońskie miasta (...). Wiedział, że każda z nich zabije dziesiątki tysięcy japońskich cywilów, którzy nie mieli żadnego bezpośredniego związku z działaniami wojskowymi i nie stanowili żadnego bezpośredniego zagrożenia dla Amerykanów". Postanowił jednak pozbawić życia mniej więcej trzysta tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci.

Zachód, szczególnie Amerykanie, wybaczyli mu. Uwierzyli, że rzeź przyspieszyła zakończenie wojny i ocaliła dziesiątki, a może steki tysięcy rodaków. Tymczasem jeszcze przed atakiem na Hiroszimę i Nagasaki wojskowi dowódcy wiedzieli, że atom wcale nie jest do tego konieczny, a jego wybuch to znak nowej, zimnej wojny.

Dlatego właśnie w swojej nowej książce Goldhagen nazywa zagładę mieszkańców japońskich miast ludobójstwem, a Trumana i jego czyny umieszcza "w tych samych kategoriach co Hitlera i Holocaust, Stalina i Gułagi, Pol Pota, Mao, Saddama Husajna i Slobodana Miloszevicia".

Wielbiciele i zagorzali przeciwnicy Goldhagena znajdą w jego "Wieku ludobójstwa" to, co już wcześniej wywoływało ich emocje: pełen pasji oskarżycielski ton, radykalne wezwanie do naprawy świata.

15 lat temu ten młody wówczas politolog z Uniwersytetu Harvarda opublikował "Gorliwych katów Hitlera". W książce ogłosił, że winę za eksterminację Żydów ponoszą "zwyczajni Niemcy", bo "eliminatorski antysemityzm" to ich genetyczna cecha. Historycy łapali się za głowy, zarzucali autorowi karygodną manipulację i pisanie pod tezę. Ale "zwyczajni Niemcy" kupili 165 tys. egzemplarzy. Podobną wrzawę wywołał "Niedokończony rozrachunek" o odpowiedzialności Kościoła katolickiego za Holocaust. "Prokurator: Daniel Jonah Goldhagen. Sędzia: Daniel Jonah Goldhagen. Wyrok, ustalony jeszcze przed procesem: winny. Okoliczności łagodzące: brak" - recenzował Joachim Trenkner, publicysta, były reporter tygodnika "Newsweek" i korespondent berlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Wschodniej. Znawcy historii II wojny światowej i polityki Watykanu oburzali się, nazywali autora szkodnikiem, podważali jego kompetencje, oskarżali o efekciarstwo i sztuczki marketingowe. Pytali retorycznie: czy Kościół powinien się rozwiązać, żeby Goldhagena zadowolić?

Czemu nie udaje się ocalić ofiar?

"Wiek ludobójstwa" to potwierdzenie konwencji i pola zainteresowań amerykańskiego profesora. Czytelnik strona po stronie przebija się przez masowe zbrodnie. Odkąd w 1904 r. stojący na czele militarnej ekspedycji "wielki generał potężnego Kaisera" Lothar von Trotha skazał na śmierć południowoafrykański lud Herero zbuntowany przeciwko niemieckiemu kolonializmowi - przynależność do jakiejś grupy etnicznej, społecznej, religijnej czy narodowej decyduje o śmierci milionów ludzi. Goldhagen analizuje przyczyny tych rzezi, przygląda się sprawcom, bada okoliczności i reakcję świata. Odrzuca pogląd, że ludzie dokonują mordów, bo zmuszają ich do tego zewnętrzne okoliczności. Albo przeciwnie - bo ulegają wewnętrznym popędom, przecież w każdym tkwi Kaligula. Tymczasem nie jesteśmy pozbawieni wolnej woli. To kultura i nasze rozumienie polityki sprawiają, że masakry są możliwe, a współcześni tyrani mają tak ogromne możliwości przekształcania świata i dopasowywania go do własnych wizji.

Czemu nie udaje się ocalić ofiar? Goldhagen odpowiada: "Braterskie zasady suwerenności i zakaz wojen nieobronnych rządzą systemem międzynarodowym, który mimo własnych zapewnień skutecznie i praktycznie sankcjonuje ludobójstwo, udzielając tyrańskim reżimom zabezpieczenia i umożliwiając im bezkarne represjonowanie, terroryzowanie i mordowanie własnych obywateli". Oskarża Organizację Narodów Zjednoczonych, bo odrzuca pilnie potrzebne interwencje zbrojne. "Robiła to konsekwentnie - nie tylko w Burundi, lecz także w Chinach, byłej Jugosławii, Iraku, Rwandzie, Demokratycznej Republice Konga, Sudanie i w wielu innych miejscach". Utrudnia uwalnianie ludzi nie spod władzy najeźdźców, tylko ich własnych krwawych dyktatur i satrapów. Ale czego spodziewać się po instytucji, której członkami są w jednej trzeciej despoci?

Goldhagen wskazuje wroga

"Stany Zjednoczone nie powinny wysyłać swoich wojsk w celu powstrzymania czystki etnicznej i ludobójstwa poza granicami swojego strategicznego interesu" - stwierdził prezydent Bush junior przed 11 września w odpowiedzi na wydarzenia w Kongu, południowym Sudanie i Darfurze. Goldhagen żąda, byśmy wyzbyli się takiego egoizmu. Nie warto oglądać się na ONZ. "Cała ludzkość, wszystkie państwa, wszyscy przywódcy polityczni mogą i powinni dążyć do tego, aby natychmiast pokonać tych, którzy prowadzą w o j n ę p r z e c i w k o l u d z k o ś c i. Sytuacja taka powinna upoważniać każde państwo lub grupę państw, lub nawet grupy i jednostki o charakterze pozapaństwowym do podejmowania konwencjonalnych działań wojskowych lub tajnych operacji przeciwko sprawcom i usprawiedliwiać takie działania".

Zapobieganie lub przerywanie ludobójstwa, wypędzeń, uwięzień musi być zdaniem Goldhagena wyjęte z rygorystycznych norm porządku publicznego, bo zabijanie sprawców jest aktem obronnym.

Wywód ten wywołał wśród krytyków zażenowanie i niesmak: zwariowany politolog chce przerobić zachodnią cywilizację w Dziki Zachód z samozwańczymi szeryfami i łowcami nagród. W dodatku przeciwnik osaczania i eliminacji sam od razu podsuwa wroga: to Hamas, Hezbollah, Al-Kaida. Pisze: "Polityczny islamizm jest obecnie jedynym wyraźnie, publicznie i otwarcie ludobójczym poważnym ruchem politycznym". Radykał, idealista, prowokator? A może ktoś, kto lansuje się na demagogii? Tak przeciwnicy widzą Goldhagena. Sugerują, żeby to na niego machnąć ręką, a nie na ONZ i reguły międzynarodowe. Ale to wcale niełatwe.

"Czystka etniczna"? To brzmi lepiej

Polski czytelnik "Wieku ludobójstwa" włącza wieczorne wiadomości. Dowiaduje się, że w Syrii dzieci są mordowane, więzione, torturowane, gwałcone, głodzone. Od marca zeszłego roku, gdy rozpoczęła się rewolta przeciw prezydentowi Baszarowi al-Asadowi, zginęło ich już blisko czterysta. Najbardziej krwawy był grudzień - informuje organizacja pozarządowa Human Rights Watch. Gazety cytują więzienne relacje: "Raz po raz razili mnie prądem w brzuch, aż traciłem przytomność - mówi 13-letni Hossam, przez trzy dni torturowany w wojskowym więzieniu niedaleko Tal Kalach. - Gdy się ocknąłem, znowu mnie bili, wyrywali paznokcie. Kiedy płakałem i prosiłem o litość, krzyczeli: 'Myślisz, że obchodzi nas, że jesteś dzieckiem? Zabijamy dorosłych i dzieci, bez różnicy!'".

Dokładnie w tym samym czasie Moskwa i Pekin wetują projekt rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Syrii. Dokument wzywał prezydenta do ustąpienia i dopuszczał interwencję zbrojną, żeby mu przeszkodzić w zabijaniu. Ale rzeź trwa. Według ONZ tłumienie wystąpień antyrządowych jak dotąd pociągnęło za sobą śmierć przynajmniej 6 tys. Syryjczyków.

Daniel Goldhagen przypomina, że ludobójstwo jest plagą ludzkości gorszą niż wojna, ich niszczycielska siła przewyższa potęgę katastrof naturalnych. A jednak nie przyglądamy im się zbyt dokładnie. "Niewłaściwie ustawiona hierarchia wartości ludzi Zachodu sprawia, że z większą uwagą słuchają o ostatnim przypadku sensacyjnego morderstwa - czy ma z nim związek jakaś gwiazda, czy nie - niż o trwających w kilku krajach masowych rzeziach".

Trudno również nie przyznać mu racji, kiedy zwraca uwagę na to, że media, nazywając ludobójstwo, posługują się eufemizmami, np. "czystka etniczna". Takie sformułowanie nawiązuje do logiki sprawców i nie oddaje grozy czynów. Ludobójcy mają zbyt lekko.

"A teraz zmieńmy nomenklaturę: nie prezydent Suharto, lecz indonezyjski ludobójca Suharto; nie prezydent Al-Asad, lecz syryjski ludobójca Al-Asad; nie prezydenci Lucas Garcia i Rios Montt, lecz gwatemalscy ludobójcy Lucas Garcia i Rios Montt, nie prezydent Miloszević, lecz serbski ludobójca Miloszević; nie prezydent Tudjman, lecz chorwacki ludobójca Tudjman; nie iracki prezydent Husajn, lecz ludobójca Husajn; nie prezydent Al-Baszir, lecz sudański ludobójca Al-Baszir".

Truman jak Hitler?

Trudno się spodziewać, aby społeczność międzynarodowa posłuchała rad Goldhagena i - zamiast przyglądać się konfliktom - bez wahania słała w ich miejsca ekspedycje karne. Jednak żądanie autora, aby staranniej dobierać słowa, jest warta zastanowienia. Język może zapobiegać albo służyć ludobójstwu, a z pewnością wpływa na naszą wrażliwość i wyobraźnię.

Nie tak dawno czytałam reporterską opowieść Laury Hillebrand o Louim Zamperinim, amerykańskim sportowcu, który w czasie wojny dostał się do japońskiej niewoli. W grubej książce podłość Japończyków opisana jest drobiazgowo, cierpienia jeńców kojarzą się z losem ofiar obozów koncentracyjnych w Europie. Informacja o bombach zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki zajmuje raptem parę akapitów. Pozostaje wrażenie, że atomowa hekatomba i śmierć cywilów były po prostu słuszną karą.

Goldhagen zwraca uwagę, że traktowanie Holocaustu jako punktu wyjścia do myślenia o ludobójstwie bywa powszechne i niebezpieczne. Przytacza słowa byłego sekretarza generalnego ONZ Butrosa Ghalego o masowych mordach w Rwandzie: "Nie zdawałem sobie sprawy, że to prawdziwe ludobójstwo. Bo mamy definicję: dla nas ludobójstwo to były komory gazowe - to, co się wydarzyło w Niemczech. Do prawdziwego ludobójstwa trzeba mieć zaawansowaną maszynerię. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ludobójstwa można dokonać zwykłą maczetą."

Czy Harry Truman był ludobójcą? Wielu historyków z pewnością popuka się w głowę. Goldhagen, choć odpowiada twierdząco, do czynów amerykańskiego prezydenta przykłada inną moralną miarę niż do decyzji Hitlera. Bo Hitler zabił miliony z premedytacją, przekonaniem i precyzją, a ofiary uważał za śmiecie. Gdyby mu pozwolono, mordowałby dalej. Truman działał pod presją, w warunkach brutalnej wojny, którą wszczęła Japonia, atakując Pearl Harbor. Z pewnością wolałby, żeby sprawy przyjęły inny obrót. Nie był potworem. "Patrząc na Trumana, widzi się w sumie zwykłego człowieka, który dopuścił się potwornych czynów".

Goldhagen z pasją odnajduje podobieństwa łączące masowe rzezie i wyjaśnia różnice między nimi. I przypomina, że zapobieganie ludobójstwu jest wyzwaniem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 29 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    33 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':