To przypadek Stephena Hawkinga, emerytowanego profesora Uniwersytetu Cambridge, którego 70. urodziny właśnie celebruje cała Anglia. W jaki sposób od lat przykuty do wózka przez nieuleczalną chorobę astrofizyk zajmujący się hermetycznymi rozważaniami stał się celebrytą?
Choroba uwolniła mnie... Z Jane Fondą spotkał się na początku zeszłego roku po spektaklu "33 wariacje" na Broadwayu. Fonda gra w nim muzykolożkę pragnącą odkryć, dlaczego Beethoven pod koniec życia napisał aż 33 wariacje na temat błahego walca Antona Diabellego. Muzykolożka jest przy tym chora na ALS - stwardnienie zanikowe boczne, tę samą chorobę, która unieruchomiła Hawkinga.
Fizyk przyjechał do jej garderoby z całą swoją świtą - pielęgniarką, asystentem i kolegami naukowcami - oraz wielkim bukietem róż na kolanach. Fonda klęknęła przy nim i, jak wspomina na swoim
blogu, "wzięła bezwładną dłoń i rozprostowała palce jeden po drugim, miękkie, blade".
W tej sztuce jest scena, w której Beethoven ukazuje się próbującej go rozgryźć muzykolożce i mówi, że dopiero kiedy całkowicie ogłuchł, mógł ze swą muzyką być w intymnym związku. Fonda zapytała Hawkinga, czy jemu też choroba umożliwiła pójście dalej w zrozumieniu początku Wszechświata. Hawking grymasami policzka (dziś tylko taka możliwość ruchu mu pozostała) uruchomił komputer i zaczął układać odpowiedź. Trochę to trwało, bo jego średnie tempo pisania to jedno słowo na minutę. "Mogłam wtedy myśleć tylko o tym - pisze Fonda - że oto ten człowiek, uwięziony w swoim zdewastowanym ciele, jest zdolny pojąć sprawy, które są daleko poza sferą zwykłego ludzkiego zrozumienia".
Na ekranie ukazał się początek odpowiedzi: "Choroba uwolniła mnie...". "Aha! - pomyślała aktorka - uwolniła jego umysł i mógł zrozumieć to, co dla zwykłych ludzi niepojęte".
Ale fizyk zakończył: "...uwolniła mnie od uczenia studentów".
W tej scenie jest cały Hawking. Zwięzły, dowcipny, złośliwy.
Czytelnicy docierają do 29. strony Spielberg poznał fizyka na początku lat 90., krótko po tym, gdy książka Hawkinga "Krótka historia czasu" osiągnęła nakłady porównywalne z powieściami Stephena Kinga.
Podobno - tak wynika z sondy zrobionej przez biografów Hawkinga - czytelnicy docierali średnio do 29. strony. Ale książka na liście bestsellerów "Sunday Timesa" utrzymała się 234 tygodnie, bijąc rekord. A w Wielkiej Brytanii dopiero po siedmiu latach, dodrukach i sprzedaży ponad 600 tys. egzemplarzy wyszła tańsza wersja w miękkich okładkach.
Bezradni recenzenci próbowali sobie jakoś poradzić z tym fenomenem, jeden w przypływie rozpaczy porównał ją nawet do popularnej książki z gatunku "jak żyć" - "Zen i sztuka oporządzania motocykla". Powstawały fankluby Hawkinga, nie mówiąc już o takich znakach popularności, jak T-shirty czy kubki z fizykiem na wózku.
Rodzącym się kultem Hawkinga zainteresowało się Hollywood, które na podobnych historiach potrafi zarabiać równie dobrze jak średniowieczny Kościół na sprzedaży odpustów. W projekt zaangażował się Spielberg. Z jego wsparciem i pieniędzmi szybko został dopięty budżet filmu "Krótkiej historii czasu" (Hawking sugerował, że powinien nosić tytuł "Powrót do przyszłości 4"). Pieniądze dało jeszcze NBC i inwestor z Japonii, gdzie Hawking miał już status półboga. Film zrealizował znany dokumentalista Errol Morris. Z budżetem 3 mln dol. mógł sobie pozwolić na wynajęcie najlepszych specjalistów, którzy w tym czasie pracowali m.in. przy "Batmanie".
Poker z Newtonem w "Star Treku" Ten film przyczynił się do wzrostu popularności fizyka. Ale ani bestsellerowa książka, ani dokument nie są w stanie zdziałać więcej niż telewizyjne reklamy. W Wielkiej Brytanii pod koniec lat 90. obraz naukowca na wózku inwalidzkim z lekko skrzywioną głową ludzie najczęściej kojarzyli z reklamą British Telecom, w której Hawking swym komputerowo generowanym głosem opowiada o tym, że ludzkość najwięcej zawdzięcza porozumiewaniu się i mowie. Z kolei w reklamie producenta szkieł optycznych mówił, że fizyka to dla niego znaczy "widzieć lepiej, dalej i głębiej".
Nie jest tajemnicą, że koledzy fizycy, a zwłaszcza tradycyjna społeczność akademicka w Cambridge, bez specjalnej sympatii przyjmowali tę przemianę Hawkinga z naukowca w celebrytę. Media okrzyknęły go "drugim Einsteinem", stał się symbolem współczesnej fizyki i kosmologii, ale gdyby wśród samych fizyków zrobić sondę na największe dokonania drugiej połowy XX w., to teorie Hawkinga pewnie znalazłyby się dopiero w drugiej dziesiątce.
Hawkinga usprawiedliwiało to, że rozgłos wykorzystywał w walce o prawa niepełnosprawnych. Przyczynił się do tego, że miasto Cambridge obniżyło krawężniki i zainstalowało rampy podjazdowe do wielu budynków, a
uniwersytet przystosował jeden z akademików dla studentów niepełnosprawnych (wcześniej Królewskie Stowarzyszenie Niepełnosprawnych wręcz zniechęcało ich do studiowania w Cambridge).
Chcesz kłopotów? To je masz Niewątpliwie jednak fizyk dobrze się czuł w roli, jaką narzuciły mu media. W BBC poprowadził własny show, przyjmował zaproszenia do kultowych seriali. W jednym z odcinków "Star Treka" zagrał w pokera z Einsteinem, Newtonem i Datą (drugim oficerem filmowego statku kosmicznego USS Enterprise).
W maju 1999 r. 20 mln Amerykanów obejrzało w animowanej "Rodzinie Simpsonów", jak ratował miasteczko Springfield przed puczem geniuszy ze stowarzyszenia Mensa. Hawking jest fanem tego serialu, więc gdy zaproponowano mu występ, nie wahał się ani sekundy. Sam podłożył głos do swej animowanej postaci. - Chcesz kłopotów? To je masz - swym metalicznym głosem ostrzegł puczystów tuż przed znokautowaniem ich ukrytą w oparciu swego wózka rękawicą na sprężynie.