Statystyki są bezlitosne, powiedzieliśmy sobie, lud prosty tęskni za czasami, kiedy to czy się stało, czy leżało, dwa tysiące się należało; lud prosty, dotknięty strukturalnym bezrobociem, z nostalgią wspomina okres, gdy samo uchylanie się od pracy (najpierw uznawano je za dywersję, potem za bumelanctwo i pasożytnictwo) piętnowano grzywną bądź więzieniem. Dlatego lud prosty, mówiliśmy sobie, stawia dziś Gierkowi pomniki i składa mu życzenia, płacąc za ogłoszenie (ukazało się takie przypadkiem w dniu spotkania, potem "Gazeta" dotarła z ciekawości do autora); niekiedy ma się wręcz wrażenie, że "cisi, ciemni, mali ludzie" chcieliby kanonizować PRL. Tym bardziej że (ale tutaj mówię już o sobie, nie o uczestnikach spotkania: Piotrze Bratkowskim, Ireneuszu Krzemińskim, Kazimierzu Kutzu i Krzysztofie Vardze) w pokracznej estetyce wczesnego PRL-u było coś perwersyjnie fascynującego. Za jeden z ciekawszych sylwestrów uważam ten, który odbył się u mnie po wygranych przez SLD wyborach: mieszkanie dekorowały mi transparenty z napisami "Witamy delegatów i delegatki" oraz "Wróg podsuwa ci Coca-Cola" (to cytat z wiersza Ważyka, recytowanego w trakcie wieczoru); dania były proste (głównie śledzie, podawane jak w "Człowieku z marmuru"), a stroje organizacyjne z obowiązkowym kolorem czerwonym (furorę zrobił Antek Pawlak, który przyszedł w czapce uszatce i w kolekcji sowieckich orderów). Śpiewom i recytacjom nie było końca, szczególnym wzięciem cieszył się poemat "Dziś" Andrzeja Mandaliana, nikt nie wspomniał o herbertowskiej "kwestii smaku".
Bo, cokolwiek by mówić, stalinizm był malowniczy i nie sądy estetyczne powodowały jego odrzucenie. Najciekawsze filmy polskie ostatnich kilkunastu lat ("Człowiek z marmuru", Marczewski, serial Kostenki, "Wahadełko" Bajona, "Wielki bieg" Domaradzkiego...) estetykę tę wykorzystują. Inna sprawa, że trochę tak jak Alik i Witalik (Witalij Komar i Aleksandr Mełamid) sowiecką ikonografię: proszę sobie wyobrazić, jeśli ktoś tego nie widział, malowidło w akademickim stylu, na którym są i kolumny, i kaganek, i -musowo! -kotara, i gołowata muza; tyle że muza ta pieszczotliwie drapie za bródkę Stalina... A może jeszcze bardziej tak, jak moskiewscy konceptualiści, którzy na wzór warholowskiego pop-artu wymyślili soc-art i traktowali Stalina jak Warhol Marylin Monroe.
Szczęście i nieszczęście w tym, że w przypadku stalinizmu takie zabawy (zabawy postmodernistyczne, do których moskiewscy konceptualiści przyznają się bez żenady) zaczynają być możliwe, gdy znika konotacja tych przedstawień. Konotacją symulakrów Warhola był supermarket; konotacją socrealistycznych knotów był gułag. Inaczej mówiąc: musi zniknąć wszechobejmujący lęk, który był warunkiem możliwości tych przedstawień, aby mógł się pojawić odbiór czysto estetyczny. Choć od gułagu do supermarketu długa i wyboista droga.
I to właśnie uświadomiłem sobie na spotkaniu o Syrence, Szarotce i lodach Bambino, które przeobraziło się w rozmowę nie o nostalgii, ale o resentymentach. Ten lęk - mniejszy, większy i w gruncie rzeczy zależny od daty urodzenia - ciągle w nas tkwi i nie pozwala traktować zamkniętego okresu sine ira et studio. Jasne, tam jest nasza młodość, ale ważniejsze, że wówczas dokonano na nas symbolicznego gwałtu; dlatego albo z lubością i masochistycznie ten gwałt wspominamy, albo staramy się wyprzeć go całkowicie z pamięci.
To on, ten symboliczny gwałt, nie pozwala mi napisać tekstu, do którego od dawna się przymierzałem: a chciałem w nim opisywać równocześnie "Przygodę" Antonioniego (gdzie znika Anna, ale w gruncie rzeczy nikt jej zniknięciem się nie interesuje poza festiwalową publicznością, która po projekcji, chyba w Wenecji, wznosiła okrzyki "gdzie jest Anna?") i przygodę rówieśników Hłaski (Hłasko zniknął, ale jego kobiety stawały się jeszcze piękniejsze, a jego mężczyźni jeszcze bardziej pili - i w gruncie rzeczy nikogo do tej pory to nie obchodzi, bo nie mamy festiwalowej publiczności, ale publiczność plotkarską). Wiem nawet, że wątek pojawił się jeszcze raz, tak samo dwoiście: "Piknik pod Wiszącą Skałą" Weira był, w naszej PRL-owskiej perspektywie, remakiem "Przygody", a równoczesny "Weiser Dawidek" remakiem zniknięcia Hłaski (może dlatego Henryk Bereza nie zgodził się na druk tej książki w "Twórczości", co sprowokowało najbardziej absurdalną wojnę literacką od czasu rozmowy między panem, wójtem a plebanem?).
Temat do wynajęcia - ale jeśli już ktoś go rozwinie, proszę mnie umieścić w przypisie.
2. "Przemoc symboliczna" - termin Pierre'a Bourdieu stanowi o wadze tej książki. Bez niego byłaby ona przejrzysta, czysta i głęboka jak studnia, w której przeglądają się tautologie i tonie Narcyz. Nawet jeśli ten Narcyz miał uchodzić za nowego ("nowego" - w klasycznym decorum) Klemperera.
Już się tłumaczę. Za jedną z najważniejszych książek, które mnie ukształtowały, uważam "Mitologie" Rolanda Barthesa. Czytałem je najpierw jako "Mit i znak", była taka książka. Co prawda nigdy nie potrafiłem zrozumieć, kto - Błoński czy cenzura - zakłócił porządek i kto umieścił na początku rozdział teoretyczny, będący w oryginale na końcu. Analizy Barthesa wyprowadzały przecież z supermarketu i prowadziły do teoretycznego gułagu; zmiana kolejności w polskiej edycji sugerowała pierwszeństwo teorii i podrzędność empirycznych obserwacji. Zamieniała kolejność Warhola i Stalina.
Barthes wychodził od konkretu: od wolnoamerykanki, citroena, befsztyku, twarzy Grety Garbo, ciała. Doszedł do konstrukcji teoretycznej, która to wszystko - wolnoamerykankę, befsztyk, twarz Grety Garbo i ciało - anihiluje. Napisał "Mitologie". Michał Głowiński napisał z kolei "Dzień Ulissesa i inne szkice na tematy niemitologiczne". Już w samym tytule zawarł polemikę: niech wróci wolnoamerykanka, befsztyk, twarz Grety Garbo i ciało. Od konstrukcji teoretycznej - trudno ukrywać, że jej spójność gwarantuje stalinizm - czas przejść do konkretu.
Do czarnych sezonów. Świadomie wykorzystuję tu tytuł, może najważniejszej, książki Głowińskiego, która traktuje o lęku bez lęku. O Stalinie i Warholu można myśleć tylko niemitologicznie.