1.Jacques Lacan za konstytutywne w kształtowaniu podmiotu uznawał stadium zwierciadła. Dopiero wówczas, gdy ludzkie szczenię ujrzy siebie po drugiej stronie lustra jako fantomatyczne odbicie, odkrywa integralność własnego, przeciwstawiającego się dookolnemu światu, ciała i rodzi się w nim świadomość. Tego stadium, zdaniem Lacana, nie przekraczają zwierzęta, bo one, stwierdziwszy nierealność lustrzanego odbicia, natychmiast tracą dla niego zainteresowanie. Zwierzęta nie rozumieją przedstawień - obrazów, luster, telewizyjnego przekazu - istotą przedstawienia jest bowiem zachodząca w umyśle abstrakcyjna operacja, której koniecznym członem jest świadomość własnego ja. Aby przedstawiać, to znaczy stawiać-przed-siebie, najpierw trzeba być sobą.
Nie ma reguł bez wyjątków, zwłaszcza gdy chodzi o koty. "Nie da się naukowo opisać kotów jako takich, bo każdy z nich ma odrębną osobowość i należą mu się odrębne studia, które i tak nie odkryją wszystkich kocich tajemnic. Zdumiewające, jak koty potrafią wywrócić do góry nogami model kota, który sobie wedle własnych wyobrażeń z czułością zmontowaliśmy" - pisze Eugen Skasa-Weiss. Bo koty to ucieleśniony duch indywidualizmu. "W indywidualistycznym świecie kotów - dalej cytuję autora "Sztuki mruczenia" - spotkać można natury ślepe na lustra i opanowane obsesją na ich punkcie i każdy człowiek zakochany w kotach jest szczęśliwy, gdy na budzącą zazdrość anegdotę o higienicznych kotach, które korzystają z ubikacji i potem pociągają za sznurek, może odpowiedzieć anegdotą (...) o kocie wrażliwym na lustra."
Miałem już kota korzystającego z ubikacji (nie pociągał co prawda za sznurek, bo go tam nie było), dlatego podoba mi się opowieść z tej książki o lustrzanym berku. Tym bardziej że ostatnio też zdarzyło mi się coś, co kazało zwątpić w niezdolność kotów do rozróżniania przedstawień i zastanowić się nad kocim rozumieniem świata. Otóż telewizja niedawno emitowała "Mikrokosmos", film pokazujący świat z nie-ludzkiej perspektywy: kamera filmowała w nim nie z perspektywy naszych oczu, ale zjechała co najmniej 170 cm niżej, do poziomu ziemi. Nagle ujrzałem, że ten film wciąga Barnabę: nastroszył wąsy, postawił uszy i zaczął się uparcie wpatrywać w ekran, kiedy zaś pojawiły się na nim jego ulubione stworzenia latające, podjął próbę aktywnego uczestnictwa w spektaklu. Zatem to tak, pomyślałem sobie, widzi świat kot (bo przecież kamerę umieszczono tu na wysokości jego oczu, a nawet niżej)? Zatem spojrzenie z wysokości mniej więcej 170 cm nad ziemią zamyka nas, zupełnie tego nieświadomych, w antropologicznej pułapce?
Tłumaczka tej książki przyznała mi się, że w pewnym miejscu - w imię prawdy materialnej - ufryzowała nieco przekład pisząc: "Koty i wrzaskliwi, przywykli do komenderowania dyktatorzy nienawidzą się". Tymczasem było tam napisane dosłownie: "krzykacze, komendanci i dyktatorzy". A ja przecież lubię koty...
2. Baudelaire napisał niegdyś (w przekładzie Artura Międzyrzeckiego):
Kochankowie namiętni i sawanci chłodni,
Kiedy czas ich dojrzewa, jednako sprzyjają
Pysznym kotom łagodnym, co mieszkań są chwałą,
Jak oni zasiedziałe u domowych ogni.
W ich "mistycznych oczach" jednakowo przeglądają się "przyjacioły nauki i lubieżnych chęci", choć one, "szlachetne przybierając pozy", niczym pustynne Sfinksy pogrążają się w milczeniu...
Ponad trzydzieści lat temu ów sonet Baudelaire'a stał się przedmiotem jednej z najosobliwszych naukowych dyskusji (większość tych tekstów istnieje w polskim przekładzie). Zapoczątkowali ją Roman Jakobson i Claude Levi--Strauss, przedstawiając wzorcową strukturalną analizę "Kotów". Jakobson, gramatyk poezji, pokazywał, że istnieje w sonecie "ścisły związek między rozkładem rymów a wyborem kategorii gramatycznych", że paralelizmy składniowe wiążą się z podziałem na żywotne i nieżywotne, że "wybitna rola w budowie fonicznej sonetu samogłosek nosowych" wskazuje na naturę kotów, że symetrie, asymetrie, relacje gramatyczne, składniowe, foniczne i stylistyczne podtrzymują kocią metamorfozę. Dokładniej opisuje ją Levi-Strauss, badacz mitów. Koty przeobrażają się w rumaki i sfinksy, tracą swoją materialność, rozpływają się w nieuchwytności, tło zaś przesuwa się z układu zamkniętego (domu) ku niezmierzonemu wszechświatowi, gdzie nauka godzi się z rozkoszą. Tam przemienione i zogromniałe koty bytują idealnie niczym Wieczna Kobiecość.
Sonet Baudelaire'a, zdaniem obu badaczy, przedstawia metamorfozę realnych kotów w platońskie byty idealne spoczywające za grzbietem nieba. Ale tak opisując tę przemianę - i może to właśnie wywołało lawinę polemik - nasi badacze przy okazji dokonywali czegoś więcej: transfigurowali sam wiersz "Koty" Baudelaire'a. Wiersz po dokonanym przez nich przemienieniu stawał się samowystarczalny, wyzwalał się z okowów przestrzeni, czasu i przypadkowej lektury, wzlatywał w inną przestrzeń, gdzie odtąd miał tkwić w nieskończonym śnie i prószyć gwiezdnym pyłem.
Dawno przestaliśmy już wierzyć w autonomiczność tekstu literackiego. Dziś, z perspektywy lat, zadziwiać może, że sztandarowy tekst, manifestujący ten sposób myślenia, za przedmiot obrał "Koty" i koty. Jak gdyby jego autorzy nigdy nie widzieli rzeczywistego kota...
"Prawda - pisze Eugen Skasa-Weiss - jak wszyscy wiemy, jest często nierealna jak kot, a przyjaciele kotów odznaczają się nieomylnym wyczuciem tego, co możliwe, jeśli chodzi o koty. A wiele jest możliwe, nawet absurd i abstrakcja. Tylko jedno jest nie do pomyślenia, mianowicie, by ktoś nie znając kotów, pisał o nich po to, by je zmienić, i tworzył w ten sposób niestrawną literaturę".
3. Zapytałem niedawno półżartem Jerzego Prokopiuka, czy koty mają duszę. Odpowiedział mi serio, że skłonny byłby uwierzyć w istnienie duszy zwierząt jedynie w sensie platońskim (istniałaby zatem tylko jedna dusza jakiegoś Archikota); to bowiem, co uznajemy za kocią indywidualność, bierze się z ich przebywania w naszym sąsiedztwie i bywa odpryskiem naszych dusz.
Przyznaję, że nie zadowoliła mnie ta odpowiedź. Wierzę w indywidualność kotów i wiem, że koty nie są bytami platońskimi. Opisywana przez Jakobsona i Levi-Straussa metamorfoza jest im głęboko obca; co więcej, to właśnie one nieomylnym ruchem swych łapek wyprowadzają nas poza platońską bajkę.
Może dlatego ze wszystkich opisanych w literaturze kotów najbardziej lubię Kota z Cheshire, którego Alicja spotkała w Krainie Czarów. Choć twierdzi, że jest stuknięty, rozmawia całkiem przytomnie (odpowiedź na pytanie, którędy iść, zależy w dużym stopniu od tego, gdzie się chce dojść); na dodatek, kiedy powoli znika, zostaje po nim uśmiech.