Przy projektowaniu wszelkich rozwiązań regulacyjnych warto pamiętać, że żyjemy w świecie realnych ograniczeń. Nie każde narzędzie w praktyce zadziała tak, jakby sobie życzyli autorzy. O tej prawidłowości zdają się zapominać zwolennicy blokowania stron internetowych jako narzędzia w walce z rozpowszechnianiem treści pedofilskich.
Niedawno w "Gazecie" ukazał się tekst fundacji Dzieci Niczyje nawołujący do społecznej solidarności z ofiarami pedofilii ("Gazeta" z 14 lipca). Autorzy bronią blokowania jako narzędzia zmniejszającego krzywdę ofiar i niejako wspomagającego walkę z pedofilią.
Czujemy się w obowiązku zareagować na te niebezpieczne tezy, które ignorują nie tylko negatywne skutki blokowania, ale też rzeczywiste ograniczenia tego narzędzia.
Tracą ofiary Z punktu widzenia osób zainteresowanych treściami pedofilskimi blokowanie w żadnym stopniu nie ogranicza ich dostępności. Już raz wyjaśnialiśmy w "Gazecie" (wydanie z 6 czerwca), że to narzędzie działa jak postawiony w internecie "parawan", za który każdy, kto ma na to ochotę, może zajrzeć - i nie wymaga to szczególnych kompetencji technicznych. Już dziś wystarczy zainstalowanie odpowiedniej wersji przeglądarki stron internetowych. Jeśli obowiązkowe blokowanie zakazanych treści zostałoby wprowadzone, rynek z pewnością odpowie jeszcze banalniejszymi technikami omijania blokad. A zatem - i ten fakt trzeba mocno podkreślić - z punktu widzenia ofiary wykorzystania seksualnego zablokowanie strony z dowodem tej krzywdy nic nie zmienia: treść nadal jest dostępna w internecie, wtórna wiktymizacja nadal się dokonuje.
Ten stan rzeczy jest trudny do zaakceptowania. Nas również krzywda
dzieci boli i oburza. Jednak pusta wiara w to, że blokowanie stron internetowych może jej zaradzić, z pewnością problemu nie rozwiąże. Co więcej: ta wiara szkodzi, bo odwraca uwagę społeczeństwa od szukania skutecznych rozwiązań. Zamiatanie cuchnących śmieci pod dywan nie jest wyrazem solidarności społecznej, ale przejawem niebezpiecznej ignorancji.
Warto wsłuchać się np. w argumenty niemieckiej organizacji MOGiS zrzeszającej ofiary wykorzystywania seksualnego. Powstała ona właśnie po to, żeby odpowiedzieć na demagogię zwolenników blokowania sieci. W jej komunikatach czytamy: "Cenzura ukrywa problem i prowadzi do tego, że więcej dzieci padnie ofiarą wykorzystywania seksualnego. Zbrodni nie można ukrywać, trzeba je karać".
Ta broń jest przestarzała Inny argument, na jaki powołują się zwolennicy blokowania, to rozwiązanie problemu przypadkowego dostępu do treści pedofilskich. Słyszymy, że każdego roku dziesiątki tysięcy użytkowników raportuje natknięcie się na tego typu treści. Rozwiązaniem ma być wprowadzenie filtrów tworzonych na podstawie zweryfikowanych raportów oburzonych internautów.
Niestety, ta pozornie spójna argumentacja odrywa się od faktów i przeczy rzeczywistości. Po pierwsze, istotna jest skala zjawiska. Według danych z krajów, które blokowanie stosują, nie więcej niż 20 proc. z owych tysięcy raportów jest uznawane za uzasadnione (po weryfikacji przez specjalnie do tego powołane organizacje). Po drugie, ogromna większość z wykrytych stron pedofilskich jest skutecznie usuwana z sieci. Średni czas reakcji to 2,5 dnia. Według raportu Child Exploitation and Online Protection (CEOP) z 14,5 tys. zgłoszonych adresów po roku działało jedynie 0,3 proc. Oznacza to kilkadziesiąt stron w skali miesiąca, których nie daje się skutecznie usunąć. Kilkadziesiąt - wobec ponad 20 mld stron, które są zindeksowane w sieci - to kropla w oceanie.
Ale to nie wszystko. Z dostępnych statystyk wynika, że trendy w zakresie liczby raportowanych treści pedofilskich w krajach, które blokowanie stosują i tych pozostałych (wciąż w większości), zasadniczo się nie różnią (a jeśli nawet, to na niekorzyść tych pierwszych). Dlaczego? Zdroworozsądkowa odpowiedź brzmi: ponieważ blokowane są dopiero te treści, które ktoś zdążył zauważyć i zechciał zaraportować. Dostępne pozostaje wszystko, co relatywnie nowe. A warto pamiętać, że treści pedofilskie jako wysoce ryzykowne i nielegalne są - dla bezpieczeństwa ich twórców i odbiorców - przenoszone w bardzo szybkim tempie.
Średnia długość życia takiej strony to nie więcej niż dwa tygodnie, przy czym technika dynamicznej zmiany adresu URL strony internetowej jest już powszechnie dostępna i zyskuje na popularności. To oznacza, że za chwilę będziemy w stanie blokować już tylko to, o czym ktoś przypadkiem zapomniał i dlatego wisi pod tym samym adresem dłużej niż kilka godzin. Wreszcie, coraz mniej treści pedofilskich pojawia się na zwykłych stronach internetowych, ponieważ o wiele lepiej do tego celu nadaje się "internetowe podziemie" (TOR; głęboka sieć) i alternatywne sposoby komunikacji sieciowej (np. wymiana plików w trybie peer-to-peer). M.in. z tych względów od 2009 r. liczba adresów w rejestrze CEOP spadła o 80 proc. Jest więc pewne, że w wyścigu cyfrowych technologii blokowanie to broń zdecydowanie przestarzała.
Uwaga, cenzura Dlaczego nie mielibyśmy z tego rozwiązania skorzystać "na wszelki wypadek"? Przede wszystkim dlatego, że poza ewidentną nieskutecznością ma ono również poważne i negatywne skutki uboczne. Zablokowanie nawet 40 niechcianych stron oznacza, że musimy stworzyć infrastrukturę cenzurującą, która filtruje cały ruch w sieci, tym samym naruszając tajemnicę korespondencji i nasze prawo do prywatności. Co więcej, żadna ze znanych technik blokowania nie działa na zasadzie "chirurgicznego cięcia", które usuwa tylko niechciany obrazek. Z definicji blokowanie treści nielegalnych zagraża także tym legalnym, które przez przypadek znalazły się w sieci pod tym samym adresem czy numerem IP.
Wreszcie, nie wolno bagatelizować tego, że raz stworzona infrastruktura może zostać wykorzystana w innych celach. To tak, jakby być za użyciem broni biologicznej, twierdząc, że będzie wykorzystana tylko raz - do zlikwidowania wyjątkowo obrzydliwego wroga - ale w innych wojnach będziemy już walczyć etycznie. Wystarczy wsłuchać się w trwającą debatę na temat walki z piractwem internetowym, nielegalnym hazardem czy mową nienawiści, żeby wytypować kolejnych kandydatów.
Są sposoby Fundacja Dzieci Niczyje odwołuje się do emocjonalnego argumentu: co powiesz skrzywdzonemu dziecku? My mówimy: należy zrobić wszystko, by jego wizerunek skutecznie usunąć z sieci, usuwając źródło. Nie jest prawdą, że - sprzeciwiając się blokowaniu - rozkładamy bezradnie ręce, licząc na łaskę administratorów. Cytowane powyżej dane pokazują, że działania policji i organizacji pozarządowych (takich jak Internet Watch Foundation) na polu usuwania treści pedofilskich już są bardzo skuteczne. Równocześnie agencja policyjna Europol we współpracy z policjami państw członkowskich Unii Europejskiej przeprowadza co roku kilka operacji antypedofilskich, podczas których jednorazowo zatrzymywanych jest po kilkaset osób. Przy czym jeden z największych serwerów pedofilskich zlikwidowany w 2010 r. wcale nie był zlokalizowany za oceanem - działał w Holandii.
Trwa dialog między Unią a Stanami Zjednoczonymi, który ma wzmocnić współpracę międzypaństwową. Współpraca międzynarodowa na poziomie administratorów sieci i firm rejestrujących domeny internetowe już działa bardzo sprawnie. Wystarczy te naczynia połączyć, żeby przeprowadzić zmasowany atak na źródła treści pedofilskich. Takie podejście z dużym sukcesem zostało zastosowane w walce ze spamem i stronami służącymi do wyłudzeń finansowych.
Zamiast koncentrować się na promowaniu nieskutecznych narzędzi, warto zapytać, dlaczego współpraca międzypaństwowa w walce z treściami o charakterze pedofilskim wciąż "utyka". Czyżby politycy i organy ścigania również dali się przekonać, że lepiej problem ukryć, niż rozwiązać?
O blokowaniu i usuwaniu treści pedofilskich z sieci pisali w "Gazecie" ** Katarzyna Szymielewicz, Józef Halbersztadt, Jakub Śpiewak: "Cenzura internetu a sprawa polska" (6 czerwca 2011)
** Fundacja Dzieci Niczyje: "Blokowanie to nie Orwell" (14 lipca 2011)