To naprawdę nietypowa książka o historii PRL - rozpisana na wiele głosów opowieść o życiu generacji. Tytułowi buntownicy to ludzie z jednego, szczególnego pokolenia. Urodzeni u schyłku lat 40. lub na początku 50., w dorosłe życie wkraczali na początku dekady gierkowskiej. Tym co łączy 26 - często bardzo różnych - autobiograficznych relacji jest właśnie bunt: bohaterowie w różnym czasie i w różny sposób włączają się aktywnie w działalność opozycyjną.
Gatunek "historii mówionej" to ciągle jeszcze nowość na rynku wydawniczym w Polsce. Książka Joanny Wawrzyniak i Anki Grupińskiej jest drugą pozycją po "Życiu przeciętym" Joanny Wiszniewicz (2008), opowiadającą historię pewnej grupy społecznej poprzez cykl panoramicznych wywiadów sięgających od dzieciństwa po współczesność.
Taka
szkoła badawcza, ugruntowana w naukach społecznych jako "life story interview", pozwala odkryć to, co zazwyczaj umyka klasycznym monografiom opisującym dzieje polityczne opozycji lub kalendarium "polskich miesięcy". Uzyskujemy możliwość odtworzenia, w jaki sposób i w jakich okolicznościach życiowe ścieżki przecinają się i splatają, tworząc grupy przyjacielskie, środowiska, ruchy polityczne. Autobiograficzna narracja odsłania motywy, jakimi kierowali się bohaterowie wydarzeń, pokazuje ich sposób widzenia świata.
Wspomnienia dotyczą m.in. domu rodzinnego, wartości i przekonań wpajanych przez rodziców, relacji z rówieśnikami, książek i filmów uznanych za ważne, momentu inicjacji do życia politycznego, charakterystyki przyjaciół i współpracowników.
Wywiady przeprowadzono z ludźmi znanymi (m.in. Grzegorzem Gaudenem, Romanem Kurkiewiczem, Andrzejem Krawczykiem), ale są też relacje opozycjonistów, których nazwiska dziś niewiele powiedzą czytelnikowi.
Wbrew utartym schematom każącym dzielić PRL na Polskę partyjną i Polskę niepodległościową, wielu przyszłych dysydentów wychowywało się w rodzinach akceptujących ustrój lub przynajmniej pogodzonych z istniejącym porządkiem. "Ojciec był zdeklarowanym komunistą, jak to zwykłem mawiać - wierzącym komunistą, absolutnie przekonanym, że ustrój, który zapanował po 1944 roku w Polsce, jest ustrojem sprawiedliwym, jedynym dającym szansę na sprawiedliwość społeczną" - czytamy w jednej z relacji.
Rodzice niektórych bohaterów książki wstępowali do partii, zostawali kierownikami i dyrektorami, innych - żyli w biedzie jako robotnicy lub pracownicy umysłowi. Niemal wszyscy słuchali Wolnej Europy, ale dzieci uczyli raczej powściągliwości w wyrażaniu opinii. Inne wzorce obowiązywały w kręgu rodzinnym, a inne w stosunkach ze światem zewnętrznym: "Mój ojciec mi kazał na krzyż przysięgać, że nie wstąpię do partii komunistycznej. Z drugiej strony myśmy byli jednak trochę wychowywani na ludzi, którzy nie powinni się specjalnie wdawać w bijatykę z komunizmem. ( ) Myślę, że oni [rodzice] mieli takie poczucie fatalizmu, że no, niestety - Sowieci zwyciężyli, tu się już nic nie da zmienić, więc po co dzieciom jeszcze w głowie mącić?".
Pierwszym doświadczeniem politycznym pokolenia "Buntowników" był rok 1968. Nie wszyscy brali czynny udział w protestach, ale relacje o studenckich strajkach - często z pierwszej ręki - zapadły im w pamięć: "1968 rok ja pamiętam bardzo dobrze z wielu powodów - mówił wrocławski licealista. - Ja i moi koledzy bardzo żywo interesowaliśmy się tym, co dzieje się w mieście, często też mieliśmy matki albo ojców pracujących na uczelni, starszych braci czy siostry na studiach. Tak więc to śledziliśmy, oczywiście z jednoznacznymi sympatiami".
Z kolei w relacji z Warszawy czytamy: „Pamiętam rozmowę między nami, piętnastolatkami, na korytarzu: - No, jak tak, to może my też jutro powinniśmy pójść i dołączyć do tej walki o wolność i demokrację? ( ) Chyba nie było żadnego zastraszenia, jeżeli była możliwa taka rozmowa. Do nas tylko docierał wówczas wątek oburzenia w takim duchu, że to robią prymitywne ciemniaki. Myślę, że określenie »dyktatura ciemniaków « funkcjonowało. To, że był tam wątek żydowski, ja sobie uświadomiłem ze dwa lata później. W ogóle tego nie zauważyłem w 1968. Zdecydowanie powiedziałbym, że nie było tak, żebyśmy my jako uczniowie byli podzieleni. To było dla nas jasne, że racja i prawda jest po stronie studentów, a ta władza jest zła i głupia. Taka była atmosfera”.
Książka znakomicie pokazuje mechanizmy włączania się w działalność opozycyjną. U jednych był to stopniowy proces narastającej niezgody na istniejącą rzeczywistość, u innych naśladowanie grupy rówieśniczej działanie pod wpływem wydarzeń politycznych. Oto wrocławska perspektywa: "W Warszawie już był KOR po wydarzeniach radomskich-ursuskich w 1976 roku. Ale to jeszcze było gdzieś daleko, jacyś mityczni bohaterowie, jakiś Kuroń, jakiś Michnik. Z Wolnej Europy się dowiadujemy, co się tam dzieje, kogo zamknęli, co napisali, czy co wydali. Później Kraków, śmierć Pyjasa i powstanie SKS-u pierwszego w Krakowie - to były te impulsy.
Już zaczęliśmy i my, pojedynczo lub grupkami, jakoś tam się skrzykiwać, szukać kontaktów, inspiracji, rady w Warszawie, w Krakowie. Najpierw w moim środowisku się jakieś pieniądze zbierało w odpowiedzi na apel KOR-u. Wtedy to się odczuwało jako pewną odwagę, tak pojechać, zapukać a czy obserwują, a czy podsłuchują - wziąć te »Biuletyny «, »Komunikaty” korowskie, przewieźć”.
Najważniejsza część narracji to lata 1980-81 i działalność w "Solidarności". Relacje tworzą przenikliwy, plastyczny opis codziennego funkcjonowania związku: społecznego entuzjazmu z pierwszych miesięcy, codziennej ciężkiej pracy przy tworzeniu procedur społeczeństwa obywatelskiego, konfliktów między różnymi odłamami ruchu, wreszcie atmosfery strachu i przygnębienia z jesieni 1981 r.
Książka jest zapisem dziejów opozycji, ale też kopalnią towarzyskich anegdot (np. o Antonim Macierewiczu, który namawia kolegów do studiowania dzieł Lenina) oraz scen z życia codziennego. Znajdziemy tu niezliczone opisy mieszkań, sklepów, knajp, biur, opowieści o strategiach "zdobywania" towarów i sposobach spędzania wakacji.
Co najważniejsze, w "Buntownikach" odmalowana została szara i klaustrofobiczna atmosfera realnego socjalizmu; opowieści dawnych dysydentów odsłaniają dramatyzm towarzyszący codziennym wyborom, cenę, jaką trzeba było płacić za drobne nawet gesty sprzeciwu. To wiedza, której próżno szukać w tajnych aktach
SB lub Biura Politycznego.
"To był już czwarty rok studiów - mówi jeden z bohaterów książki. - Usunięto mnie z akademika, bo miałem sprawę przed sądem dyscyplinarnym Akademii Ekonomicznej [we Wrocławiu] za to, że stanąłem w obronie grupy rzeczników SKS-u. Podpisali się pod jednym z oświadczeń, co było pretekstem, żeby kilku studentów usunąć z uczelni. Ja podpisałem się w kolejnej grupie rzeczników, w obronie usuniętych kolegów.
Najprawdopodobniej egzekutywa partyjna Akademii Ekonomicznej podjęła decyzję, żeby mnie wypchnąć ze studiów, a nie wyrzucić. Więc dopuścili mnie do obrony. ( ) Aczkolwiek wiedziałem, że bez względu na to, co zrobię, to będzie decyzja polityczna - albo żebym zdał, albo żeby mnie wywalić. Wtedy nie mieliśmy żadnych perspektyw życiowych, obrona pracy nie miała znaczenia. Wiedziałem, że nie znajdę fajnej pracy, że zawsze będę dyskryminowany, że perspektywy funkcjonowania w Peerelu dla takich ludzi jak ja są zerowe - albo skończę w więzieniu, albo, w najlepszym wypadku, na emigracji. Byłem w środowisku ludzi całkowicie zdeterminowanych i pozbawionych nadziei. 1979, rok przed strajkami sierpniowymi, to był stan kompletnej beznadziei".
Nie znając takich opisów, nie da się zrozumieć PRL.
Anka Grupińska, Joanna Wawrzyniak, "Buntownicy. Polskie lata 70 i 80", Świat Książki, Warszawa 2011, s. 517