Petryfikacja, a popularnie mówiąc "zabetonowanie" polskiej sceny politycznej, to ulubiony temat narzekań polityków spoza czterech partii obecnych w Sejmie. Sierakowski nazywa partie te (PO, PiS,
SLD i PSL) kartelem. Nazwa sugeruje, że dominujące na naszej scenie politycznej partie umawiają się, by nie dopuścić "na rynek" konkurencji. "Można (...) udawać, że różnice, a zatem pluralizm wciąż istnieją, ale to tylko kłótnie, które nie prowadzą do rozwiązania żadnych problemów społecznych i same stają się problemem społecznym, który ściąga całą uwagę mediów a za nimi wyborców. Dzięki temu kartel może trwać u władzy i udawać, że prowadzi demokratyczny spór o prawdziwe stawki, a różnice nie tylko nie zniknęły, ale są wręcz cywilizacyjne!" - pisze Sierakowski.
Lewicowy polityk nie wyjaśnia, dlaczego uważa, że nie ma różnic pomiędzy partiami "kartelu". To maniera irytująca, przypominająca raczej gderanie emeryta niż analizę młodego intelektualisty. Mnie też nie zadowala program, a tym bardziej realne działanie głównych polskich partii politycznych, ale nie można z tego wyciągnąć wniosek, że między nimi nie ma różnicy.
Sierakowski, podobnie jak inni krytycy "kartelu" czterech partii (od Marka Jurka do skrajnej lewicy) jako główną przyczynę petryfikacji sceny politycznej podają sposób finansowania partii. To uproszczenie. W wyborach w 2001 roku ani PO, ani PiS nie korzystały z funduszy publicznych. Politycy organizującego się dopiero Prawa i Sprawiedliwości zaciągnęli kredyt - niektórzy z nich pod zastaw osobistego majątku. PiS, podobnie jak PO trafiły na unikalną koniunkturę polityczną, a następnie ewoluowały, szukając elektoratu. Ich sukces to mieszanina szczęścia, politycznej sprawności i zdolności dostosowywania się do sytuacji. Ale sukcesu tego nikt im w prezencie nie dał.
W 2001 i 2005 roku do Sejmu weszła też
Samoobrona. Nie dlatego, że miała publiczne środki na uprawianie polityki, tylko odpowiadała (fałszywie i populistycznie) na prawdziwe problemy części elektoratu. W 2007 roku została przez wyborców zweryfikowana negatywnie, choć przecież dysponowała większymi pieniędzmi niż 2 lata wcześniej.
Żaden system partyjny nie jest doskonały. W latach 90. zmorą polskiej polityki był brak stabilności sceny politycznej. Być może oferta polityczna była pełniejsza niż dziś - w Sejmie I kadencji zasiadał i Janusz Korwin-Mikke i Ryszard Bugaj - ale cierpiała na tym zarówno jakość rządzenia, jak i powaga polityki. Przypomnijmy tylko rozłam w Polskiej Partii Przyjaciół Piwa na "małe" i "duże" "Piwo". Albo obecność jedynego wprawdzie przedstawiciela partii X, założonej przez Stanisława Tymińskiego. Dzisiejszy system jest być może zbyt sztywny, ale przede wszystkim dlatego, że oferty, składane przez kolejnych pretendentów do przełamania dominacji "kartelu" były marne.
"Do kiedy jeszcze będziemy udawać, że to jest demokracja? Że Polacy naprawdę mają w czym wybierać?" - pisze Sierakowski. Nic prostszego, jak złożyć ofertę własną i poddać się osądowi wyborców. Wymówka, że szanse będą nierówne, gdyż "kartel" ma większe środki finansowe jest mało wiarygodna. Środowisko "Krytyki Politycznej" wykazuje duży talent do pozyskiwania środków publicznych na swą działalność meta-polityczną. Zapewne poradziłoby sobie także z finansowaniem działalności partyjnej. Tylko czy na pewno jest na nią miejsce na polskiej scenie politycznej?
Znacznie poważniejszych problemów dotyczą rozważania Sławomira Sierakowskiego o współczesnej demokracji. Tu lament jest jeszcze głośniejszy.
"Wspólnoty polityczne stopniowo zamieniają się w coś, co można by nazwać zmodernizowanym stanem naturalnym, w którym na powrót człowiek człowiekowi wilkiem. A więc może kończy się nie tylko system partyjny, demokracja liberalna, ale nawet społeczeństwo?"
Z tymi poglądami byłoby znacznie prościej dyskutować (nie w sensie łatwizny, ale konstruktywnej dyskusji), gdyby lider "Krytyki Politycznej" określił, w którym momencie i w którym kraju demokracja funkcjonowała w sposób, który by go zadowalał.
Francuska III Republika, typowa demokracja liberalna była wyjątkowo skorumpowana. Rządy zmieniały się często, między innymi dlatego, że politycy różnych ugrupowań i frakcji chcieli choć przez jakiś czas sprawować stanowiska ministrów. A ich żywotność w czynnej polityce była imponująca.
Inna klasyczna współczesna demokracja - XIX- i XX-wieczne Stany Zjednoczone, rządzone przez dwie partie, kontrolowane przez bossów partyjnych, powiązanych z lobbystami. Czy tu oferta polityczna była (i jest) zadowalająca. "Jedyne co się liczy w polityce to zwycięstwo w wyborach. Reszta to bull shit" - mawiał Thomas "Tip" O'Neill - wieloletni spiker Izby Reprezentantów
USA (w latach 1977-1987), typowy przedstawiciel liberalnego skrzydła Partii Demokratycznej.
A może Sławomir Sierakowski za ideał demokracji uważa XX-wieczną demokrację szwedzką, gdzie przez ponad 40 lat rządziła socjaldemokracja lub Wielka Brytanię, gdzie przez wiele lat rządziły tak na prawdę związki zawodowe, organicznie zrośnięte z Partią Pracy?
Nie żyjemy - wbrew lamentowi Sławomira Sierakowskiego w jakiejś wypaczonej, zdeformowanej demokracji. Przeciwnie. Kontrola mediów nad demokratycznymi politykami jest silniejsza niż kiedykolwiek, choć wciąż niedoskonała. Ale sama demokracja zawsze daje powody by ją krytykować. Demokratyczni politycy podlizują się wyborcom, których tak naprawdę lekceważą. Nie mają odwagi podejmować trudnych lecz koniecznych decyzji, zawsze myślą o najbliższych wyborach. I myślą też o tym, co zrobią, gdy przegrają wybory, co wystawia ich na pokusę korupcji.
Ale ten mało estetyczny i nie zawsze moralny system zapewnia ludziom wolność, bezpieczeństwo i warunki do dobrobytu. Podważanie wartości demokracji - jak to czyni Sierakowski - to igranie z ogniem.
"Nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla dzisiejszej politycznej anemii nieprzeżyta eschatologiczna psychoza XX wieku" - pisze intelektualista z "Krytyki Politycznej". Więc może zamiast anemii zaproponujemy rewolucję ze wszystkimi jej konsekwencjami, także ryzykiem powstania w jej wyniku systemu totalitarnego? Czy to jest polityczna oferta Sławomira Sierakowskiego?
"Krytyka Polityczna" z wielką nadzieję witała przed trzema laty globalny kryzys finansowy. "Znów wolno myśleć" - powtarzali za Żiżkiem aktywiści tego środowiska. To miało znaczyć - dotychczasowe konieczności ekonomiczne, wyznaczające jeden tylko kierunek w polityce przestały istnieć. Kapitalizm, przynajmniej w obecnej formie (nazywanej przez lewicę neoliberalizmem) jest martwy. Zbudujemy nowy system. Niech żyje polityka!
Tymczasem w wyniku kryzysu "neoliberalne" pryncypia nabrały jeszcze większego znaczenia.
- Tnijmy wydatki państwa, ograniczajmy
dług publiczny, prywatyzujmy i zachowujmy się rozsądnie, by nie wystraszyć rynków finansowych - zalecają doradcy, a politycy rad tych się słuchają.
"Żadna rządząca lewica, czy chce czy nie chce, nie zdecyduje się na socjaldemokratyczne reformy, bo wywołane przez globalizację (kapitału a nie demokracji) zjawiska takie jak konkurencja o najniższe podatki między państwami, sprawiają, że lewicowa polityka gospodarcza w jednym kraju jest praktycznie niemożliwa. Bo zwiększyłaby deficyt, obniżyła rating, wypędziłaby kapitał do sąsiada, tworząc zagrożenie dla całej krajowej gospodarki. Lewica w takiej sytuacji musi albo złamać sobie kark, albo kręgosłup, upodobniając do prawicy w sprawach gospodarczych i odbierając ludziom wybór polityki gospodarczej. Przed takim właśnie dylematem stanął Zapatero" - załamuje ręce kandydat na rewolucjonistę.
Czy imperatyw zachowania rozsądnej polityki gospodarczej ogranicza wolność? Równie dobrze można byłoby powiedzieć, że wolność ogranicza zakaz palenia ognisk w lasach podczas suszy lub nakaz jazdy
samochodem prawą stroną (lub w niektórych krajach lewą). Owszem, rozsądek w pewnym sensie ogranicza wolność, ale daje szansę na dłuższe życie.
Dla Sierakowskiego bezalternatywność polityki (pod wpływem realiów gospodarczych) jest dramatem. Dla niego i jego środowiska wolność to swoboda kształtowania przez polityków społeczeństwa. Ulepiania go według ideologicznych wzorów. To punkt widzenia bardzo wąskiej grupy, która przez swoją ekskluzywność nie ma szansy znaleźć się w realnej polityce. Dla ogromnej większości wolność to możliwość podejmowania codziennych wyborów. Mogę brać udział w wyścigu szczurów w korporacji lub hodować pszczoły na Mazurach (po środku jest kontinuum innych możliwości). Mogę wziąć ślub lub żyć w niezalegalizowanym przez nikogo związku. Uczyć się języka rosyjskiego, angielskiego lub chińskiego. Wyjechać z kraju lub w nim pozostać. Dla kogoś, kto dobrze pamięta wiek XX to wspaniałe wybory.