"Jako środowisko odnieśliśmy porażkę. Nie udało nam się urzeczywistnić w polskim Kościele ideałów, w które wierzyliśmy". To wyznanie nie byłoby tak piorunujące, gdyby nie jego autorka - Dominika Kozłowska, młoda redaktor naczelna miesięcznika "Znak".
"Znak" promował przez kilkadziesiąt lat ideały Kościoła otwartego, intelektualizm katolicki najwyższej próby, krąg "dzieci" Soboru Watykańskiego, który diametralnie przemienił
Kościół.
Przemienił, ale co dziś z tego zostało? Kozłowska punktuje: "Dlaczego polska teologia - poza kilkoma wyjątkami - przeżywa głęboki kryzys? Dlaczego nie inicjuje się otwartych debat intelektualnych, a wielu ważnych intelektualistów katolickich, w tym byłych księży, proponujących niekiedy radykalne kierunki zmian w Kościele, w ogóle zostało wykluczonych z głównego nurtu rozmowy? Dlaczego uczelnie katolickie nie stanowią dziś awangardy myślenia? Dlaczego polscy biskupi, choć w większości posiadają tytuł doktora, okazują intelektualną bezradność w zetknięciu z trudnymi pytaniami?
W końcu, dlaczego nie potrafimy przekonać innych ludzi, zwłaszcza tych laicyzujących się coraz głębiej, że chrześcijaństwo jest naprawdę znaczącą propozycją intelektualną i duchową? Zamiast tego akceptujemy fakt, że w polskim Kościele dominuje język nakazowo-zakazowy, z reguły ograniczający się do spraw związanych z aborcją, in vitro, seksem i kultem. Godzimy się grzecznie wypełniać rolę dyskutantów, którzy wygłaszają ostrożne i przewidywalne kwestie".
Naczelna "Znaku" ma rację, że problemem jest także rosnący mur między różnymi środowiskami katolickimi. "W polskim Kościele nie ma, niestety, takiej płaszczyzny, która umożliwiałaby poważną rozmowę wolną od wzajemnych uprzedzeń i oskarżeń. ( ) Nie potrafimy rozmawiać z tymi, którzy mają inne poglądy. W tym widzę największe niebezpieczeństwo.
Nasze światy: świat katolików otwartych i zamkniętych, katolików dialogu i oblężonej twierdzy, katolików »kochających Papieża” i tych, którzy po nim »nie płakali «, wreszcie świat katolików i niekatolików rozchodzą się”.
Czy da się to zmienić, gdy katolicy w wersji ultra próbują "wypisywać" z Kościoła katolików liberalnych, nie we wszystkim potakujących Kościołowi? Wątpię.
Jeszcze ostrzejszą diagnozę katolicyzmu ma Agnieszka Graff: "To ludowa religijność bez Boga, zestaw przesądów raczej niż wiara. To religia w służbie polityki, obsługuje bowiem raczej potrzebę budowania tożsamości etnicznej niż jakiekolwiek potrzeby duchowe".
Wydaje się, że jednym ze skutków kiepskiej kondycji Kościoła może być erozja praktyk religijnych, o czym pisze w "Znaku" prof. Mirosława Grabowska: "Odsetek młodych mieszkańców największych polskich miast, którzy praktykują co niedziela (około 30 procent), niemal zrównał się z odsetkiem tych, którzy w ogóle nie chodzą do kościoła (około 30 procent). Gdyby dalsze przemiany miały przebiegać w tym kierunku (...) to już wkrótce w wielkich miastach byłoby więcej niepraktykujących niż praktykujących, byłoby też więcej osób niemających osobistego kontaktu z Kościołem".
Jak będzie wyglądać Kościół za 10, 20 lat? Może tak jak w Norwegii, gdzie w katolickim seminarium duchownym w Oslo kształci się trzech kleryków. O silnym masowym Kościele nikt tam nawet nie myśli.
Ma to, paradoksalnie, swoje dobre strony. "Jest ich za mało, by się kłócić, dzielić, obrażać. Za mało, by wydawać kilka konkurencyjnych katolickich gazet, których redaktorzy mogą mieć problemy, żeby stanąć na jednym pamiątkowym zdjęciu. ( ) Mit pierwszych chrześcijan odżywa" - opisuje Mirosław Puczydłowski.
W Norwegii szeroko pojęta kultura religijna, rytuał nie przysłaniają istoty religii. Nie ma przerostu moralności nakazowej. Norwescy klerycy otwierali ponoć oczy ze zdumienia, gdy autor tekstu opowiedział im, jak to w Polsce księża odmawiają rozgrzeszenia komuś, kto mieszka z dziewczyną przed ślubem (zachowując wstrzemięźliwość!). Może polski Kościół musi stracić jeszcze więcej, żeby odzyskać świeżość pierwszych chrześcijan.