Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska: Jaka jest pani wizja polskiej służby zdrowia?
Ewa Kopacz, minister zdrowia: Ma być wydolna i przyjazna dla pacjentów. Z wielką satysfakcją patrzę na szpitale powiatowe, w których mamy i zadowolonych pacjentów, i nowoczesny sprzęt, i usatysfakcjonowany personel.
Kiedy potem wchodzę do innego szpitala, w dużo większym mieście, widzę pacjentów tłoczących się w izbie przyjęć, odrapane ściany, wieloosobowe sale i dyrektora, który ma pretensje do całego świata, tylko nie do siebie.
Po wejściu w życie ustawy o działalności leczniczej samorządy zaczną przekształcać szpitale, dzisiejsze samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej (SP ZOZ-y), w spółki prawa handlowego.
Takie szpitale nazywają się niepublicznymi, choć leczą pacjentów w ramach składki z NFZ. Niby nie ma musu, ale jest kij - samorządy będą musiały pokrywać stratę szpitala w danym roku.
Jest i marchewka - państwo pokryje częściowo długi nowej spółki. Chce pani samorządowej służby zdrowia?
- Dziś samorząd jest w 100 proc. właścicielem SP ZOZ-ów, ale niewiele z tego wynika. Niby spoczywa na nim obowiązek pokrywania długu, ale ten często, zamiast maleć, wciąż wzrasta.
Samorządowcy nierzadko puszczają oko do dyrektora szpitala: "Nie przejmuj się, że masz długi, bo państwo przecież cię kiedyś oddłuży". Już kilka razy mieliśmy budżetową akcję oddłużeniową i nic to nie zmieniło. Dziś mówimy o pełnej własności samorządów, ale też pełnej odpowiedzialności.
Mogę się założyć, że większość członków rad społecznych przy szpitalach nie umie nawet odczytać bilansu sporządzonego przez biegłych rewidentów bilansu.
W spółkach musi być profesjonalna rada nadzorcza, zarząd i prezes. Oni będą dbali o wypełnianie misji, o której tak chętnie wszyscy mówią, ale też pilnowali publicznych pieniędzy, co jest równie ważne.
Nowa ustawa ma zmusić szpitale do lepszego gospodarowania, w tym niezadłużania się. Ile szpitali ma taki garb?
- Zadłużone szpitale są wręcz niebezpieczne dla pacjentów, ale na całe szczęście to mniejszość. Tylko 30 proc. szpitali publicznych jest zadłużonych. Cała reszta się bilansuje, duża część pod koniec roku 2010 wykazała zysk.
Opozycja ma wiele zastrzeżeń do uchwalonej już przez parlament ustawy. I to ciężkich gatunkowo. Były minister zdrowia Marek Balicki (SLD), który sam jest dyrektorem szpitala, ma obawy, czy samorządy nie zaczną sprzedawać atrakcyjnych gruntów, na których stoi szpital, prywatnemu inwestorowi. A ten postawi hotel z aquaparkiem.
- Gdybym wszystko widziała w tak czarnych kolorach, już dawno miałabym depresję i byłabym pacjentką Marka Balickiego. Dziś mamy w Polsce 760 szpitali (liczymy tylko takie, które mają co najmniej 50 łóżek). Z tego już ponad 100 przekształciło się w spółki. Żaden nie zrezygnował z działalności leczniczej, nie przekształcił się w hotel.
Z tej setki 97 ma zysk, a to oznacza ich rozwój. Te szpitale otwierają nowe oddziały, kupują sprzęt, zwiększają wartość kontraktów z NFZ. One wreszcie zaczęły liczyć koszty.
Proszę mi wierzyć, że jak ktoś ma koszty personalne powyżej 85 proc., a zdarza się, że i 90 proc., to taki szpital jest raczej miejscem zatrudnienia dla białego personelu, a nie leczenia. Praktycznie cały kontrakt z NFZ jest zjadany w pensjach. W takim szpitalu nie ma pieniędzy na renowację sali operacyjnej, na leki, nowy sprzęt.
Czy jednak, tak na wszelki wypadek, nie należało zapisać, że samorządy muszą zachować pakiet kontrolny, czyli 51 proc. akcji szpitala spółki? To uniemożliwiłoby dziką prywatyzację.
- Taki zapis dotyczy szczególnych szpitali - klinicznych. Ich właścicielem są akademie medyczne.
A co z resztą?
- O reszcie szpitali powinni decydować ich właściciele. Decyzja o przekształceniu publicznego szpitala w spółkę, o wpuszczeniu do szpitala prywatnego inwestora czy nawet jego sprzedaży nie zapada przecież jednoosobowo.
Źródło: Gazeta Wyborcza