Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska: Jest pan liberałem? Jan Krzysztof Bielecki: - Jestem, tyle że pragmatycznym. Przez 20 lat wiele się nauczyłem, pracując w kraju i międzynarodowych instytucjach finansowych. I to sprawiło, że nie jestem dogmatykiem.
Przykład niedogmatycznego liberalizmu? - Kiedy przestrzegałem przed zbyt łatwym dostępem do kredytów walutowych, pewien miesięcznik oskarżył mnie o zdradę idei liberalizmu. Bo chcę metodami administracyjnymi pozbawić Polaków prawa wyboru waluty, w której chcą się zadłużać. Tymczasem ja nie kojarzę liberalizmu z regułami, które niepotrzebnie zwiększają ryzyko pułapki zadłużenia. Wyszło na moje.
Jestem za tym, by każde rozwiązanie analizować pod kątem skutków i zagrożeń. Niestety w Polsce, zamiast dyskutować, łatwiej jest wciąż przypinać etykietki: kto jest liberałem, a kto nie. Wciąż ktoś mnie usiłuje zapisać do jakiegoś obozu. A ja nie chcę być w żadnym z nich.
Liberałowie z KLD i PO przekonywali nas przez 20 ostatnich lat, że powinniśmy ograniczać rolę państwa w gospodarce. Teraz okazuje się, że państwowe firmy dają bezpieczeństwo, a sektor prywatny jest podejrzany. - Nie wiem, na jakiej podstawie panie tak uważają. Sektor prywatny nie jest podejrzany, a wprost przeciwnie - jest fundamentem i dziś dominuje w gospodarce, bo przecież rola państwa już została poważnie ograniczona. To nie ja zmieniłem poglądy, to Polska się zmieniła. Niektórzy nie chcą uznać ogromnego skoku cywilizacyjnego, który wykonaliśmy przez te 20 lat. Stąd to przekonanie, że Polacy mogą być wyłącznie pracownikami najemnymi, i to najlepiej w firmie zagranicznej.
Czy nie obsadza pan zagranicznych inwestorów w roli czarnego luda? - Wprost przeciwnie - dzięki inwestycjom zagranicznym pozyskaliśmy kapitał i wiedzę, rozruszaliśmy gospodarkę po zapaści komunizmu. I zagraniczne inwestycje nadal są potrzebne, ale chodzi o to, byśmy równocześnie mieli firmy polskie zdolne do rozwoju i inwestycji poza granicami Polski. Przez 20 lat terminowaliśmy. Wielu polskich menedżerów uczyło się fachu, zaczynając od zamiatania podłogi. Najwyższy czas, by uczeń stał się czeladnikiem - a nawet mistrzem - i sam zaczął wypiekać chleb.
Liberalni wyborcy mogą być zdezorientowani. Uwierzyli, że giełda, fundusze inwestycyjne, prywatne firmy są motorem rozwoju. Dziś słyszą od rządu, że giełda zasilana pieniędzmi z OFE wytworzy bańkę spekulacyjną, że nie ma się co spieszyć z prywatyzacją spółek skarbu państwa. - To jest całe nieszczęście polskich dyskusji, w których można tylko operować między białym a czarnym. Oczywiście, że giełda, rynek kapitałowy, fundusze inwestycyjne napędzają gospodarkę i współtworzą zamożność kraju. To kolejne osiągnięcie Polski. Ten rząd dobitnie się do tego przyczynił, wprowadzając nowe firmy na giełdę w skali nieobserwowanej od wielu lat, i to pomimo światowego kryzysu. Setki tysięcy ludzi otworzyło rachunki maklerskie, by kupić akcje
PZU i innych firm. To buduje akcjonariat obywatelski i poszerza, a nie ogranicza sferę prywatną w gospodarce. OFE też przyczyniły się do rozwoju rynku kapitałowego, ale to nie oznacza, że nie należy analizować innych aspektów ich funkcjonowania.
Spółki muszą zostać w rękach państwa, bo w Polsce nie ma rodzimych przedsiębiorców zdolnych kupić np. PKO BP? - Ponad 10 lat temu PKO BP kulał i wymagał zastrzyku kapitału. Jego księgowa wartość wynosiła ok. 2,5 mld zł. Dzisiaj jest w pierwszej trzydziestce europejskich banków i jego wycena rynkowa to przeszło 50 mld. Mamy już fantastyczną klasę przedsiębiorców, tylko żaden z nich nie dysponuje tak dużym kapitałem, by przejąć pakiet kontrolny tego banku.
Dlaczego nie dorobiliśmy się poważnych graczy biznesowych na skalę europejską? - To akurat dobrze świadczy o polskiej transformacji. Szybkie powstawanie fortun prywatnych w krajach postkomunistycznych było często wynikiem drogi na skróty. Taki majątek mógłby zgromadzić tylko ktoś, kto uwłaszczyłby się na olbrzymiej części majątku państwowego. Ale po 20 latach mamy wielu przedsiębiorców, którzy budowali od podstaw i teraz dysponują już kapitałami do sporych transakcji. Natomiast przy PKO BP mówimy o 50 mld zł, a to jest na razie poza zasięgiem polskich inwestorów.
Proszę zauważyć, że kupnem Banku Zachodniego WBK zainteresowały się największe europejskie banki. Polskie prywatne instytucje finansowe w takim wyścigu nie startowały, bo to jest inna liga. Tu nie ma mowy o lewarowanym kapitale na zasadzie: wziąłem kredyt, kupiłem od państwa, a potem z zyskiem odsprzedałem dalej. Tu trzeba być inwestorem strategicznym, który naprawdę ma duże rezerwy i zdecyduje się zostać w takim sektorze na dłużej. Z polskich instytucji tylko PKO BP był w stanie stanąć do rywalizacji i byłem zdumiony, że wywołało to taką reakcję i zupełnie bezsensowne oskarżenia o renacjonalizację tylko dlatego, że państwo jest udziałowcem. PKO BP to dobrze prosperujący bank, notowany na giełdzie, w którym są prywatni i instytucjonalni akcjonariusze. A swoją drogą, czy to był liberalizm, który kazał niektórym komentatorom sugerować, aby rząd zakazał PKO BP dokonywać przejęć na wolnym rynku?
Czy 20 lat wolnej Polski to za mało, abyśmy dorobili się rodzimych znanych marek? - Dorobiliśmy się znanych marek na skalę europejską. Istnieje kilkadziesiąt sporych firm prywatnych dobrze zarządzanych i ekspansywnych. Asseco, Fakro, ITI, Polsat, Mokate, Solaris czy Agora to tylko niektóre z nich. Wśród takich firm na pewno są przyszli europejscy czempioni. Na dziś jednak nadal nie mają tej samej skali co PKO BP, PZU czy Orlen.
Polacy mają gen przedsiębiorczości. Kiedyś ta przedsiębiorczość była na poziomie mikro, a teraz w grę wchodzą coraz większe polskie firmy. Ostatnio spotkałem się w Toruniu z przedstawicielami polskiego biznesu i zadałem im jedno pytanie: czy są wśród nich osoby, które w ostatnim roku przejęły lub zamierzają przejąć jakąś spółkę ze swojej branży. I okazało się, że wszyscy.