Do wyborów parlamentarnych zostało jeszcze sporo czasu, ale coraz częściej można spotkać prognozy poważnych komentatorów politycznych przewidujących, że powstanie po nich koalicja PO-
SLD (być może z udziałem
PSL). Podstawą tych prognoz są zmieniające się i niestabilne notowania PO w sondażach i kilkunastoprocentowe poparcie dla SLD, regularnie odnotowywane przez ośrodki badania opinii publicznej.
Te dwa fakty mają zasadnicze znaczenie, ale odnoszę wrażenie, że jest jeszcze jeden czynnik sprzyjający formułowaniu takiej powyborczej prognozy. Jest nim może nieentuzjastyczna, ale zauważalna sympatia części opiniotwórczych kręgów dla takiego właśnie powyborczego rozwiązania.
Od czasu koalicji PiS-LPR-
Samoobrona nie uważam, aby wspólne rządy ugrupowań wywodzących się z tradycji solidarnościowej i lewicy mającej swe korzenie w PZPR były czymś niewyobrażalnym i z zasady zasługującym na potępienie. A tak właśnie uważałem od czasu pierwszych w pełni demokratycznych wyborów do Sejmu w 1991 r.
Zmianę mojego stanowiska spowodowały rządy PiS z koalicjantami, a później już samodzielne. Ta negatywna ocena w szczególności odnosiła się do rządów Jarosława Kaczyńskiego w roli premiera. Uważałem, że stanowiły one realne zagrożenie dla wolności obywatelskich, spójności wspólnoty narodowej (poprzez wzniecanie kampanii wrogości wobec prawdziwych i domniemanych przeciwników IV Rzeczypospolitej) i pozycji Polski w Europie.
Powrót PiS do władzy pod obecnym przywództwem uważam za najgorszy wariant polityczny, jaki mógłby spotkać Polskę. Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego po zakończeniu ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej tylko umocniło mnie w tym przekonaniu.
Wykluczam możliwość PO-PiS-u. Taka koalicja jest niemożliwa z przyczyn politycznych, emocjonalnych i psychologicznych. Może się więc zdarzyć, że w przyszłej koalicji rządowej tworzonej przez - wiele na to wskazuje - PO znajdzie się także SLD. Bardzo nie chciałbym, aby tak się stało. Uważam także, że szczególnie wysoki rachunek za taką koalicję zapłaciłaby PO.
Czym jest SLD pod rządami Grzegorza Napieralskiego? Wizytówką tego ugrupowania jest: dążenie do zaprowadzenia Kościoła do kruchty, czyli przekreślenie wypracowanej w latach 90. polskiej formuły stosunków państwo -
Kościół, zamiar wprowadzenia pełnej swobody dokonywania aborcji na życzenie oraz popieranie postulatów mniejszości seksualnych.
Bez wątpienia próba realizacji tego programu spowodowałaby nie tylko konflikt z Kościołem jako instytucją, ale także ze znaczną częścią społeczeństwa.
Często spotkać można opinię, że koalicja PO-SLD ułatwiłaby modernizację kraju. W jakiej dziedzinie? Z całą pewnością nie w sferze reform społeczno-gospodarczych, gdyż SLD jest tu siłą zachowawczą ze względów historycznych i silnych powiązań z lewicowymi związkami zawodowymi. Pozostaje więc sfera stosunków państwo - Kościół i obyczajów. Tę SLD rzeczywiście chętnie "zmodernizuje".
Czasami od osób życzliwie patrzących na perspektywę koalicji PO-SLD słyszę następującą opinię: "Antyklerykalizm to tylko poza przybierana przez liderów SLD przed wyborami. Gdy dostaną udział we władzy, uspokoją się. Pamiętaj o tym, że gdy rządzili, to właśnie oni zachowywali się najbardziej konformistycznie w stosunku do Kościoła, chcąc mieć na tym odcinku święty spokój". Rzeczywiście tak bywało w przeszłości. Zmieniły się jednak czasy i liderzy lewicy.
Napieralski robi na mnie wrażenie postaci zupełnie bezbarwnej. Musi szukać dla swego ugrupowania tożsamości i wizerunku, który pozwoli mu odróżniać się od innych politycznych liderów.
Wydaje się, że już je znalazł. Znak firmowy SLD i Napieralskiego to domaganie się nieobecności religii i Kościoła w sferze publicznej.
Dla PO taki koalicyjny partner byłby bardzo kłopotliwy. Oblicze Platformy ewoluowało. Powstawała jako liberalno-konserwatywna prawica. Następnie przechodziła okres zauroczenia wizją IV Rzeczypospolitej, zbliżając się niebezpiecznie do PiS. Później, po wyborach parlamentarnych i prezydenckich 2005 r., PO stała się przede wszystkim najbardziej wyrazistą alternatywą dla PiS. Słowem: anty-PiS-em. Tak jest do dzisiaj. To właśnie takie usytuowanie pozwalało PO zbierać wyborców poza wyjściowym centroprawicowym elektoratem i pozyskiwać ich także na lewicy i centrolewicy.
Z uwagą przeczytałem w "Gazecie Świątecznej" opublikowany przez premiera Tuska "Plan dla Polski". Tusk prezentuje się w nim jako rozsądny polityk, którego jednak nie można określić w kategoriach ideowych czy ideologicznych. Ten tekst mógłby być równie dobrze dziełem polityka centroprawicy, jak i centrolewicy.
Nie ulega jednak wątpliwości, że PO ma w dalszym ciągu bardzo wielu wyborców o poglądach prawicowych i centroprawicowych. Musi uważać, aby ich nie utracić. Ewentualny sojusz PO z SLD albo spychałby Platformę w lewo, albo powodował nieustanne konflikty źle służące wizerunkowi ugrupowania i tworzonego przez nie rządu.
Dopóki liderem opozycji jest Jarosław Kaczyński, PO może się czuć w miarę bezpiecznie, ale przecież ten stan może się zmienić. Centroprawicowe pole jest obszarem strategicznie najważniejszym w polskim politycznym spektrum i ugrupowanie, które go zajęło, w żadnym wypadku nie powinno go opuszczać.
Konkluzja mojego wywodu jest następująca: jeśli PO wygra wybory i przyjdzie jej tworzyć koalicję rządową, SLD nie powinno być w niej pożądanym partnerem - chociaż może się okazać, że będzie partnerem nieuniknionym.
Jeśli PO będzie miała możliwość stworzenia koalicji rządowej bez udziału SLD, powinna zrobić wszystko, by taka koalicja powstała, gdyż za udział SLD w rządzie zapłaci wysoką cenę. Polska także.
* Aleksander Hall - w PRL działacz opozycji demokratycznej, w rządzie Mazowieckiego minister ds. kontaktów z partiami, poseł w latach 1991-93 i 1997-2001. Publicysta i historyk