http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prezes w nowej masce

Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska
2011-03-24, ostatnia aktualizacja 2011-03-24 12:10

Jarosław Kaczyński
Jarosław Kaczyński
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Jarosław Kaczyński próbuje ratować się z pułapki, w którą sam zawiódł partię - PiS jest postrzegany jako partia jednego tematu. Dlatego teraz prezes drugi raz zmienia front

ZOBACZ TAKŻE
Chyba prezes PiS zwietrzył już wybory - taka pierwsza myśl przychodzi nam do głowy po lekturze obu tekstów Jarosława Kaczyńskiego (w "Rzeczpospolitej" z 19-20 marca i "Gazecie Wyborczej" z 22 marca). Widać w nich chęć powrotu do realnej polityki rozumianej jako walka o władzę. Jest tylko jedno przypomnienie dorobku zmarłego Lecha Kaczyńskiego i ani słowa o zdrajcach, trumnach i usuwanych zniczach.

Ta zmiana retoryki - nie wiemy jeszcze, czy chwilowa, czy trwała - jest pozytywna. Otwiera pole do dyskusji, bo trudno przecież było dyskutować, kto jest lepszym, a kto gorszym Polakiem.

Gdy jednak przyjrzymy się bliżej tezom prezesa, mina nam rzednie. W tekście w "Gazecie" roi się od ogólnie słusznych stwierdzeń, pod którymi każdy mógłby się podpisać. "Warto być Polakiem" - no, warto. "Warto, by Polska trwała jako duży, liczący się europejski kraj" - no, jasne, że warto.

Dalej jest w ten sam deseń. Warto mieć mieszkanie, pracę, nieskorumpowanego policjanta, nowoczesną służbę zdrowia, "bazę sportową", "wakacje pod palmami". Warto by jednak, żeby lider największej opozycyjnej partii, zamiast sypać jak z rękawa oczywistościami, zdradził, jak to zrobić.

Nieco więcej konkretów dostaliśmy w sprawach edukacji, szkolnictwa wyższego i nauki. Ale i tu do szczęścia daleko. Jarosław Kaczyński zachwyca się szkolnictwem w Finlandii. Domaga się w tej sprawie finlandyzacji Polski.

Diabeł, jak wiadomo, tkwi jednak w szczegółach. Ciekawe, co prezes PiS powiedziałby na pomysł Leszka Balcerowicza, by podnieść w Polsce pensum dla nauczycieli do poziomu tego w Finlandii. Twarde dane są bowiem takie: zgodnie z Kartą nauczyciela pensum w Polsce to 18 godzin lekcyjnych, czyli 13,5 godziny zegarowej tygodniowo. Tymczasem w Finlandii to 17,8 godziny w szkołach podstawowych, 17,5 godziny w gimnazjach i 16,4 godziny w szkołach średnich.

Czy to, że nauczyciele fińscy spędzają w szkołach więcej czasu, ma wpływ na dobre wyniki testów kompetencji PISA? Chyba jakieś ma. Prezes PiS woli jednak dyplomatycznie milczeć w sprawie pensum.

Wytyka minister edukacji Katarzynie Hall "marginalizowanie nauczania historii". Ma prawo do takiej oceny, ale same lekcje nie doprowadzą nas do "nowoczesnego państwa i społeczeństwa". A co do matematyki, to właśnie za tego rządu wprowadzono obowiązkową maturę z tego przedmiotu.

Polemizowałybyśmy także z oceną, że za rządów minister Hall "nie ma mowy o wyrównywaniu poziomów, czyli zrównywaniu szans edukacyjnych". Rząd PO-PSL przyjął ustawę żłobkową, która pomoże np. dwulatkom socjalizować się w grupie czy brać udział w zajęciach plastycznych. To za czasów minister Hall przybyło miejsc w przedszkolach. Za chwilę wszystkie sześciolatki pójdą do szkół. Można mieć pretensje do rządu o pewien zamęt czy niedociągnięcia we wprowadzaniu tej reformy, ale bez dwóch zdań jej skutkiem będzie właśnie wyrównywanie szans dzieci z różnych domów, środowisk czy nawet regionów Polski. Tymczasem PiS poparł protest rodziców przeciwnych obniżeniu wieku szkolnego.

No i jeszcze w MEN trwają prace nad wprowadzeniem dla samorządów subwencji oświatowej na przedszkolaków. To dopiero będzie prawdziwa rewolucja. Dziś dla samorządów przedszkola są wielkim obciążeniem, subwencja zachęciłaby je do zakładania takich placówek.

Co do osiągnięć rządów PiS. To prawda, że wskaźniki wzrostu PKB czy poziomu bezrobocia były wtedy lepsze niż dziś. To jednak nieuczciwe nie wspomnieć o tym, że dzisiaj mamy wciąż tlący się światowy kryzys gospodarczy. To nie błędna polityka Donalda Tuska doprowadziła do spadku PKB, zawiniły zawirowania na świecie, na które premier miał niewielki wpływ. Uczciwiej byłoby podyskutować, czy rząd mógł lepiej poradzić sobie z samym kryzysem, a teraz z jego skutkami w postaci wysokiego deficytu i długu publicznego (prezes Kaczyński nie wspomina też o tym, że gdyby rząd posłuchał "antykryzysowych" rad PiS, dzisiaj może bylibyśmy już drugą Grecją czy Irlandią).

Także w "Rzeczpospolitej" prezes pisał o gospodarce: "Jakoś za moich rządów transfery do OFE nie były żadnym dramatycznym problemem, bo po prostu nie zadłużaliśmy bez opamiętania Polski. I nie chcieliśmy arbitralnie decydować o przyszłych emeryturach, bo po pierwsze - nikt nas do tego nie upoważnił, a po drugie - rząd nie może swoim następcom (często działającym wiele lat później) zostawiać pasztetu w finansach publicznych tylko dlatego, że nie potrafi zapanować nad wydatkami, a i nie umie zapewnić budżetowi państwa wysokich dochodów. Sztuczki księgowe duetu Tusk - Rostowski nic w tej materii nie zmienią".

Tak się jednak składa, że to rząd PiS przyczynił się do wzrostu długu publicznego, bo ściął podatki i składkę rentową, co obniżyło wpływy do budżetu. I nie mamy nic przeciwko temu, ale trzeba było ograniczyć jednocześnie wydatki. A ekonomiści przestrzegali, że to się może źle skończyć, gdy przyjdą gorsze czasy. Tymczasem PiS radośnie rozdawał pieniądze na lewo i prawo. Nie miał odwagi ograniczyć kosztownych wcześniejszych emerytur i wprowadzić tzw. emerytur pomostowych, tylko kunktatorsko zdecydował o przedłużeniu obowiązywania starej ustawy o kolejny rok. Zrobił to dopiero rząd PO-PSL.

Jarosław Kaczyński sporo miejsca poświęcił polityce zagranicznej i pozycji Polski w świecie. Widać, że to temat, który go zajmuje, i że ma w tej sprawie własne przemyślenia. Jest to oczywiście wizja oblężonej twierdzy, którą zdobyć chcą dwa potwory o neoimperialnych zapędach, czyli Niemcy i Rosja. I pytanie, czy nie jest ona przypadkiem anachroniczna, wydaje się na miejscu. Tę część tekstu Kaczyńskiego można uznać za odpowiedź na politykę zagraniczną ekipy Tuska. Za swego rodzaju alternatywę - naszym zdaniem niedobrą, ale alternatywę.

Prezes PiS ubolewa nad groźbą Europy dwóch prędkości. Nie można jednak zjeść ciastka i mieć ciastka. Polska nie paliła się za czasów rządów PiS do przyjęcia euro, choć była na to wtedy realna szansa.

Teraz Kaczyński ubolewa, że "Niemcy i Francja nie dały gwarancji, że w razie potrzeby Polska dostanie pomoc z Europejskiego Banku Centralnego". Sprawa jest prosta - jak się nie jest w strefie euro, to się nie ma gwarancji. Nie można czerpać korzyści z tego, że ma się własną walutę, na której osłabieniu w kryzysie skorzystali nasi eksporterzy, a jednocześnie domagać się pomocy z EBC. Albo, albo. Teraz możemy się tylko starać minimalizować niedobre dla nas skutki lansowanego przez Niemcy paktu na rzecz konkurencyjności. Czy możemy mieć pretensje o to, że Niemcy czy Francja chcą się zabezpieczyć na przyszłość, że nie będą ponownie musiały ratować beztroskich pożyczalskich, bo inaczej zachwieje się cała strefa euro? Tymczasem prezes PiS wciąż uważa, że przyjaźń polega na tym, że w razie czego Niemcy bez słowa wykładają kasę.

Mniej poważne oblicze prezesa wyłania się z tekstu w „Rzeczpospolitej”. Tam króluje ironia. Lider PiS sypie cytatami i powiedzonkami uzbieranymi i poskładanymi w całość przez nowych spin doktorów, młodych posłów PiS: „Rząd Donalda Tuska jest jak socjalizm w słynnym powiedzonku Stefana Kisielewskiego: bohatersko pokonuje trudności nieznane pod żadnymi innymi rządami oprócz jego własnych (...). Zastanawiam się, po co Donald Tusk cierpi tak jak Alcest w »Mizantropie «. Przecież większość problemów stworzył sobie sam”.

Doznałyśmy olśnienia: Jarosław Kaczyński pisze także o samym sobie. To przecież on najpierw stworzył w swoim rządzie słynny układ z udziałem szefa MSWiA Janusza Kaczmarka i wicepremiera Andrzeja Leppera z Samoobrony, a potem z wielką werwą ów układ tropił i demontował.

Najbardziej nam się spodobała końcówka artykułu Jarosława Kaczyńskiego, który krytykuje Tuska za to, że premier nie odwołuje się do pojęcia narodu jako wspólnoty.

Kaczyński nie może zapomnieć, co w 1987 r. powiedział Donald Tusk, i cytuje słowa lidera PO: "Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność - takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu".

Kaczyński uważa tę dawną wypowiedź premiera za kompromitację. A my przeciwnie.

Tusk urósł w naszych oczach. Jak on zgrabnie już 20 lat temu opisał pojmowanie patriotyzmu przez PiS i aktywność tej partii w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Jarosław Kaczyński próbuje ratować się z pułapki, w którą sam zawiódł partię - PiS jest postrzegany jako partia jednego tematu. Dlatego teraz prezes drugi raz zmienia front. Obok Smoleńska, który integruje żelazny elektorat, próbuje nęcić innych sprawami społeczno-gospodarczymi. Stąd m.in. artykuł w "Gazecie", za którą - jak wiadomo - nie przepada. Stąd słynna już wizyta w sklepie, by udowodnić postępującą za rządów Tuska drożyznę. Do języka pełnego jadu znanego z Krakowskiego Przedmieścia dodaje drugi - odkurzony - ten z kampanii prezydenckiej. Ale nikogo chyba już na to nie nabierze.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 71 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    89 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':