Joanna Blewąska, Agnieszka Urazińska, "Gazeta Wyborcza Łódź": W Polsce centra miast są dla ubogich, a bogatsi do sąsiadujących gmin. Dlaczego? - Wszystkie miasta na świecie rozwijają się podobnie, tylko z różną prędkością. Najpierw była urbanizacja, czyli ludzie skupiali się w miastach. Potem mieli coraz lepsze samochody, stwierdzali, że mogą mieszkać w domku pod miastem i dojeżdżać do pracy. To drugi etap - suburbanizacja.
W końcu nadszedł czas dezurbanizacji - miasto zaczęło tracić mieszkańców, szczególnie centra. Właśnie na tym etapie są polskie miasta: obserwujemy ucieczkę na przedmieścia. No i z niecierpliwością czekamy na czwartą fazę - reurbanizacji.
Kiedy mieszkańcom przestanie wystarczać cichy taras i ogródek, zechcą wrócić do tętniącego życiem miasta. Faza reurbanizacji to spełnienie marzeń o dobrze funkcjonującym mieście. Teraz jednak w Polsce i Europie przeważają miasta pulsarne. W dzień duże, bo ludzie przyjeżdżają tu do pracy, a pod wieczór wymierające.
Taka zmienność pociąga za sobą duże koszty. Po pierwsze, ponoszą je podróżujący - bo stoją w korkach. Po drugie - gdy spalamy paliwo, trujemy środowisko. W pulsarnych miastach przestrzeń "się rozlewa", na obrzeżach powstają hipermarkety. A kina i restauracje w centrum ledwo zipią.
Kiedy zaczniemy wracać? - Szacuję, ze minie jeszcze kilka dekad stagnacji. Nie ma w Polsce miasta, które zaczęłoby choćby kierować się w stronę reurbanizacji. Powiem więcej: uważam, ze centra wielu miast nie doczekają tej fazy. Nim prężni i zamożni mieszkańcy zechcą w śródmieściach zamieszkać, stare kamienice się zawalą. Może i będą eleganckie centra, ale zabytkowe budynki mogą do tego czasu nie przetrwać.
Trzeba będzie wszystko budować od początku. Tak zresztą bywało i w Europie, głównie w miastach, które dotykały spektakularne upadki przemysłu. Liverpool, Manchester czy Glasgow w Szkocji - dziś się odradzają, ale lata stagnacji bardzo je zniszczyły.
Europa nas przegoni? - Na Starym Kontynencie miasta powoli się odradzają. Siłą napędową stali się ludzie młodzi, często panny i kawalerowie, którzy zamiast domku z ogródkiem wolą ładne mieszkanie w centrum, bo ta lokalizacja pozwala im cieszyć się życiem. To grupa z wysokimi dochodami, która chce wydawać pieniądze na jedzenie w restauracjach, puby, koncerty czy filharmonię. Chcą żyć w tętniącym centrum. W Europie takie myślenie dopiero się rodzi. Znam za to kilka amerykańskich miast, które uaktywniły się dzięki digital economy.
Na przykład? - Baltimore. Przed laty w mieście upadł port. Zostały wielkie zaniedbane tereny postoczniowe. Z publicznych pieniędzy (dołożyły się też banki) odnowiono kamienice, powstawały nowe apartamenty.
Udało się stworzyć cudną wyspę dobrobytu, którą z Waszyngtonem łączy kolej. Jak przyciągano tu ludzi? Usługami, wprowadzaniem życia do miasta. Np. wybudowano stadion baseballu, w samym śródmieściu. Nie
gra na nim drużyna Baltimore, ale reprezentacja Waszyngtonu. I mieszkańcy całego regionu przyjeżdżają kolejką na mecze, jedzą, piją, bawią się. Uruchomił się ciekawy mechanizm - centrum jest żywe, coraz droższe są powierzchnie biurowe i mieszkania.
Jak ten pozytywny model przełożyć na polskie miasta? - Sama recepta nie wystarczy. W Ameryce była konsekwencja i ludzie, którzy uwierzyli politykom, że odbudują miasto. U nas jest inaczej. Politykom brakuje konsekwencji, a ludziom - zaufania do polityków.
Może jest tak, że uciekanie z miasta musi przestać się opłacać i wtedy zaczyna się wielki powrót? - Kiedy skala rozlewania się miasta sprawia, że koszty docierania do pracy w mieście wzrastają ponad miarę, ludzie zaczynają myśleć o powrocie. Ciekawym miastem jest Waszyngton, gdzie odradzają się funkcje mieszkaniowe. Bo jeżeli ktoś musi dojeżdżać do pracy w Waszyngtonie przez trzy godziny, a więc dziennie spędza w samochodzie sześć godzin, to jakość życia spada w sposób dramatyczny. Czasem jest tak, że człowiek wynajmuje drugie mieszkanie, blisko pracy. A czasem pojawia się myśl, aby zamieszkać bliżej pracy z rodziną.
Nas też to czeka? - Też, chociaż do naszych miast wciąż jednak dużo łatwiej dojechać niż do Waszyngtonu. Jednak rynek pracy mocno się specjalizuje i skupia właśnie w wielkich miastach. Coraz częściej może się zdarzać, że firmy będą ściągać do siebie specjalistów z całego kraju. Ludzie np. trzy dni spędzą w Warszawie, w wynajętej kawalerce, a resztę tygodnia - z rodziną w domu.