Latem 1950 r. Biuro Paszportów Zagranicznych (proszę zwrócić uwagę na to wyjęte z realiów stalinowskiego ZSRR sformułowanie: "paszport zagraniczny" - jak gdyby w Polsce były jakieś inne) z dumą informowało władze partyjno-państwowe: "wielu członków [partii] i bezpartyjnych wieczorami i w święta pracowało ofiarnie w myśl rozkazów kierownictwa [ ]. Wysłano w teren do petentów 13 tys. listów odmów". Odmawiano oczywiście paszportów, czyli prawa do opuszczenia granic Polski Ludowej.
Nowa książka warszawskiego historyka Dariusza Stoli* (pracującego, co wypada w tym miejscu zdradzić, w tym samym Instytucie Studiów Politycznych PAN, co niżej podpisany) to coś znacznie więcej niż pierwsze studium migracji z kraju komunistycznego. To kawał historii społecznej PRL, pokazującej, jak bardzo był to kraj skomplikowany - totalitarny i paternalistyczny, ale momentami zaskakująco liberalny, często ideologiczny, ale niekiedy w cyniczny sposób racjonalny, często bezwzględny dla obywateli, ale niekiedy ustępujący przed ponawianymi przez lata prośbami o wyjazd. Czysty, przejmujący metafizyczną grozą totalitaryzm był specjalnością radziecką; przynajmniej od końca stalinizmu u nas panowała inna jego odmiana.
Mimo to aż do rewolucji "Solidarności" Polska Ludowa traktowała swoich obywateli jako strategiczny zasób gospodarczy - siłę roboczą - i dlatego nie chciała ich wypuszczać, o ile nie było to konieczne. Władze żywiły bardzo racjonalne przekonanie, że wielu obywateli PRL z zagranicy nie chciałoby wrócić. W szczytowym okresie stalinizmu wydawano kilkadziesiąt pozwoleń na prywatne wyjazdy rocznie (na liczący wtedy prawie 30 mln obywateli kraj!). Każdy uciekinier - pisze Stola - "był ścigany bez względu na koszty. W czerwcu 1953 r. w pościg za zbiegiem przy granicy z NRD włączono 646 żołnierzy, pięć psów i 16 samochodów". Paszport można było dostać tylko w jednym miejscu - zatrudniającym zaledwie kilkadziesiąt osób biurze w Warszawie.
To był - nie ma dyskusji - totalitaryzm. Po 1956 r. sytuacja się jednak bardzo skomplikowała. PRL prowadził swoją politykę emigracyjną, chociaż nigdy jej nie ogłaszał - wytyczne w sprawie wydawania paszportów były ściśle tajne, a prawo sformułowano tak, że pozwalało odmówić każdemu. Czasami PRL się otwierał, a czasami przykręcano śrubę - a obywatelom pozostawało zgadywać i cierpliwie pisać podania (czasami też szukać dojść albo dawać łapówki).
Na wyjątkowych zasadach traktowano emigrację Żydów, Niemców, Ślązaków i Mazurów. O ile dzieje emigracji żydowskiej - zwłaszcza po nagonce antysemickiej w marcu 1968 r. - są dość dobrze opisane (także u Stoli), o tyle np. historia emigracji do RFN pokazuje w nowym świetle perwersyjną racjonalność władz PRL: w latach 70. władze traktowały Ślązaków i Mazurów jako kartę przetargową, łącząc negocjacje o emigracji z rozmowami o pomocy gospodarczej. W praktyce ekipa gierkowska przehandlowywała kapitalistom własnych obywateli za kredyty na preferencyjnych warunkach. Jednoznaczny cynizm tej polityki jest uderzający, ale nie ma w nim już totalitarnej grozy, zwłaszcza że ci obywatele bardzo chcieli emigrować.
Książka Stoli jest ciekawa także dlatego, że została napisana w znacznej mierze na podstawie akt
IPN - z których jednak historyk nie korzystał w sposób naiwny. Nie tylko konfrontował je z innymi archiwami. Stola wie, że biurokracja rządzi się swoimi regułami - że zawsze są sprawy, których w raportach dla zwierzchników nie dostrzega, i takie, o których zwyczajnie kłamie przełożonym (bo to dla urzędnika wygodniejsze). Stąd np. ciągłe pytania o wiarygodność statystyk migracyjnych. Ostateczny szacunek - że PRL w latach 1949-89 opuściło ok. 2 mln ludzi - jest przez to bardzo wiarygodny.
Kiedy czytałem książkę Stoli, przypomniałem sobie wydarzenie z dzieciństwa: w 1987 r., kiedy miałem 12 lat, moja mama - działająca w opozycji dziennikarka, wtedy bezrobotna - chciała wyjechać na saksy do Norwegii. W zatłoczonym biurze paszportowym przy Kruczej w Warszawie przywitał nas urzędnik, który doradził jej kulturalnie i życzliwie, żeby nie wracała: "Tam pani będzie lepiej". Nie czuję się oczywiście ofiarą systemu (wróciliśmy), ale każdy apologeta PRL - a są jeszcze tacy! - powinien książkę Stoli przeczytać. Kraj, który niektórych obywateli wyrzucał, innym doradzał, żeby nie wracali, a większości nie wypuszczał - nie był krajem normalnym. Dziś - kiedy do wyjazdu nie potrzeba nawet paszportu - łatwo o tym zapomnieć.
Jak skończyłem czytać, zajrzałem do szuflady i sprawdziłem, czy paszport jest na swoim miejscu. Był.
*Dariusz Stola, Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949-1989, wyd. IPN oraz Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa 2010, s. 535