Dzieje się to akurat w kluczowym momencie, kilka miesięcy przed objęciem w lipcu na pół roku przewodnictwa w Radzie UE. Można zastanawiać się na tym, czy szef polskiego
MSZ Radosław Sikorski wybrał dobry moment na postawienie ostro sprawy traktowania polskiej mniejszości na Litwie. Nie można zaś kwestionować zasadności takich żądań.
Litwa jest krajem Unii Europejskiej, w której sprawy mniejszości rozwiązuje się zgodnie z europejskimi, a nie narodowymi standardami. Dlatego też iluzję dobrych relacji trzeba było przerwać w imię ich przyszłości.
Prawdziwego partnerstwa nie da się bowiem budować na zamiataniu problemów pod dywan. A na tym, niestety, opierało się w dużej mierze tak zwane partnerstwo Polski z Litwą, które za rządów
PiS zyskało nawet miano "partnerstwa strategicznego". Prezydent
Lech Kaczyński, który miał wielką słabość do Litwy, przez lata przymykał oczy na wiele problemów w imię iluzorycznej często wspólnoty interesów (wspólne zagrożenie ze strony Rosji, podobne priorytety w UE itd.). A kiedy zaczął ostrzej upominać się o prawa polskiej mniejszości, okazało się, że opór Litwinów jest silniejszy, niż się wydawało.
Lista litewskich grzechów jest długa i nie zmienia się od lat. O polską pisownię nazwisk w dowodach tożsamości oraz dwujęzyczne nazwy ulic i miejscowości spierają się od lat 90. mniejszość polska (230 tys., ok. 7 proc. mieszkańców) i władze Litwy. Polacy chcą pisać nazwiska tak jak w Polsce, ale na Litwie wolno im używać w dowodach czy paszportach tylko litewskiej ortografii. I nawet tam, gdzie Polacy stanowią przytłaczającą większość, nie mogą wywieszać nazw dwujęzycznych.
Warszawa uważa, że Litwini łamią traktat polsko-litewski z 1994 r. i nie przestrzegają konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych.
Symbolicznym gestem niechęci było odrzucenie 8 kwietnia 2010 roku przez litewski Sejm korzystnego dla polskiej mniejszości projektu ustawy o pisowni - akurat w dniu, w którym swoją 14. z kolei wizytę w Wilnie składał prezydent Lech Kaczyński. Problemy są również z polską oświatą i zwrotem polskich majątków zagarniętych po II wojnie przez władze sowieckie (a potem litewskie).
Do problemów symbolicznych, wynikających z historii dochodzą realne, biznesowe. Świetnym przykładem jest tu rafineria w Możejkach - jeden z największych płatników podatków na Litwie oraz największy eksporter i dostawca paliw w regionie. Niestety, mimo obietnic Wilno od 2006 r. nie usunęło kłód rzucanych pod nogi spółce Orlen Lietuva. Litwini nie naprawili odcinka torów do portów łotewskich, co obniżyłoby koszty transportu paliwa na eksport. Nie zmniejszyli też wysokich opłat za przewóz paliwa koleją.
Litwini mają świadomość, że ponoszą sporą odpowiedzialność za pogorszenie stosunków. Niestety, zamiast odrobić lekcję domową, dopatrują się we wszystkim drugiego dnia. W litewskich mediach można dziś przeczytać, że za pogorszenie stosunków odpowiada głównie minister Sikorski, który nie lubi Litwy. W otoczeniu premiera Kubiliusa można usłyszeć zaś, że to Polacy rozpętali ostatnią dyplomatyczną wojenkę i to Polacy - jeśli zależy im na dobrych relacjach - muszą ją przerwać.
W stosunkach z Litwą polscy przywódcy mogliby się jednak wykazać większą wrażliwością z przyczyn historycznych. Litwini postrzegają często Polskę jako Wielkiego Brata, który dybie na ich niezależność i zagraża ich tożsamości. Trzeba mieć tego świadomość, nawet jeśli takie poczucie jest nieuzasadnione. Stąd przydałby się jakiś symboliczny gest, który byłby potwierdzeniem, że Polacy potrafią uszanować litewską wrażliwość. Mówią o nim zarówno korespondent "Lietuvos Rytas" w Warszawie, jak i były korespondent "Gazety" w Wilnie, który dziś rozpoczyna karierę polityczną w Wilnie.
Zacznijmy budować prawdziwe partnerstwo z Litwą, schylając głowy nad nieznanymi w Polsce grobami Litwinów poległych w walkach z Polakami na Suwalszczyźnie w 1920 roku.