http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

A jeśli Rosjanie nie mają złych intencji?

Marcin Wojciechowski GAZETA WYBORCZA
2011-02-09, ostatnia aktualizacja 2011-02-08 16:14

Każde polityczne działanie Rosji wobec Polski przyjmowane jest jako przemyślana decyzja, którą wypracowano na najwyższym szczeblu. To przejaw niebywałej polskiej megalomanii

3 grudnia 2010. Soczi. Od lewej: premier Władimir Putin i prezydent Dmitrij Miedwiediew grają w bilard. Rosja jest pojmowana jako państwo, w którym nic nie dzieje się przez przypadek, wszystkim kieruje jakieś centrum. Tymczasem raport MAK
Fot. Vladimir Rodionov AP
3 grudnia 2010. Soczi. Od lewej: premier Władimir Putin i prezydent Dmitrij...
ZOBACZ TAKŻE


Choć od ogłoszenia raportu MAK o katastrofie smoleńskiej minął prawie miesiąc, znaczna część polskich publicystów sądzi, że był on tylko początkiem rosyjskich nacisków na Polskę. Szkoda, że nawet nie dopuszczają innej możliwości. Teza, że raport MAK kończy miodowe miesiące w stosunkach polsko-rosyjskich, jest efektowna i z pozoru logiczna. Dla wielu raport MAK był zimnym prysznicem. W Polsce raczej akcentuje się to, że nie uwzględnił on polskich zastrzeżeń. Przemilcza się, że Rosjanie dołączyli do raportu polskie uwagi jako jawny załącznik. Teza, że coś chcieli ukryć, nie bardzo daje się utrzymać. Każdy, kto chciał, mógł przeczytać polskie uwagi do raportu MAK w internecie w dniu ogłoszenia dokumentu. Ale to rzecz drugorzędna i w gruncie rzeczy przeszła.

Najważniejsze jest dziś sprawdzenie, czy rzeczywiście raport MAK jest początkiem szerszych, antypolskich działań ze strony Rosji. Czy Moskwa uznała, że nie warto mieć dobrych stosunków z Warszawą? Większość polskich publicystów uważa, że tak, choć polscy prokuratorzy wraz z rosyjskimi śledczymi przesłuchują w tych dniach kontrolerów z lotniska w Smoleńsku. "W relacjach z Rosją polscy przywódcy stanęli przed ogromnym wyzwaniem - albo przystaną na zasady Kremla, albo po ociepleniu ostatnich dwóch lat nie pozostanie ani śladu" - pisał Mirosław Czech w "Gazecie" ("Nasz pragmatyzm do kosza", 2 lutego).

Jeszcze dalej poszedł Piotr Skwieciński z "Rzeczpospolitej" (5 lutego) w swoim wywodzie "Guziki lejtnanta a sprawa polska": "Na żadne ustępstwa w kwestii smoleńskiej nie możemy liczyć. Odwrotnie - prawdopodobne są dalsze działania drażniące. Mimo wysiłków Tuska sama Rosja będzie teraz eskalować napięcie".

Skwieciński twierdzi, że co prawda lansowana przez niektórych teza, iż katastrofa polskiego Tu-154 była rosyjskim zamachem przygotowanym z premedytacją, jest przesadą, ale raport MAK był celową prowokacją mającą na celu destabilizację polskiej polityki, wzmożenie wojny domowej między rządem a opozycją, a w konsekwencji osłabienie pozycji Polski na arenie europejskiej i światowej. Słowem, raport MAK to kolejny antypolski spisek Kremla, a nawet początek serii spisków.

Mirosław Czech nie jest co prawda tak radykalny jak Skwieciński, ale uważa, że Moskwa osiągnęła wszystko, co chciała, w stosunkach z Warszawą (złagodzenie naszego antyrosyjskiego stanowiska w UE, spadek aktywności naszej polityki na Ukrainie czy w Gruzji, podpisanie wieloletniej umowy gazowej) i w związku z tym Rosja nie ma już powodów, by zabiegać o dobre relacje z Warszawą. Skwieciński z kolei twierdzi, że antypolskość jest genetycznie wpisana w rosyjską politykę, bo Moskwa jest gotowa utrzymywać dobre relacje ze słabszymi partnerami jedynie na narzuconych przez siebie warunkach. A Polska chciałaby mieć wpływ na kształtowanie tych warunków.

Zdaniem Skwiecińskiego niekorzystny dla nas raport MAK był karą Rosji dla premiera Donalda Tuska za to, że w ostatnich miesiącach nie poszedł on na głębsze zbliżenie z Moskwą np. w kwestiach gospodarczych. Pytanie, skąd Skwieciński to wie. Jeśli tylko tak mu się wydaje, to powinien zaznaczyć, że to jego domniemanie. W tekście nie ma na to żadnych dowodów, faktów, wypowiedzi ekspertów czy polityków. Rasowemu publicyście najwyraźniej takie drobiazgi, by uzasadnić stawianą przez siebie tezę, nie są potrzebne.

Oba rozumowania - Czecha i Skwiecińskiego - są pozornie logiczne i racjonalne. Problem w tym, że nie opierają się na próbie docieczenia, o co Rosjanom chodzi, ale wychodzą z założenia, że Moskwa - jak zwykle - ma wobec Polski złe intencje.

Stereotypy o wschodnim sąsiedzie nieraz były u nas brane za fakty. Przyznajmy, że historia dostarczyła wielu powodów, by te stereotypy powstały. Ale to nie zwalnia z obowiązku, by w każdym przypadku próbować je weryfikować, a nie przyjmować za pewnik. Zamiast tworzyć konstrukcje "jak myślą o nas Moskale", warto próbować ustalić, co naprawdę powoduje dziś ludźmi kreującymi rosyjską politykę zagraniczną.

Poza tradycyjnymi schematami w polskiej publicystyce nie słychać jednak, jakimi kryteriami kierują się rosyjskie elity, na ile przemyślane są ich działania, a na ile to wynik bałaganu, niedopatrzeń, inercji wszechpotężnej biurokracji.

Czytając polskie gazety i przeglądając internet, można odnieść wrażenie, że Rosja jest pojmowana jako państwo, w którym nic nie dzieje się przez przypadek, wszystkim kieruje jakieś centrum, ośrodek decyzyjny znajdujący się najpewniej na Łubiance, której Kreml jest tylko polityczną fasadą. Każde polityczne działanie Rosji wobec Polski przyjmowane jest jako przemyślana decyzja, którą wypracowano, a w każdym razie zaaprobowano na najwyższym szczeblu. To przejaw niebywałej polskiej megalomanii. Warszawa nie jest dla Moskwy na tyle ważna, by kwestie naszych stosunków ważyły się na Kremlu czy w siedzibie premiera.

Najczęściej decyzje podejmują ludzie na szczeblu dyrektorów lub nawet wicedyrektorów departamentów, a na najwyższy szczebel docierają tylko ich lakoniczne notatki, które w nawale innych dokumentów pewnie mało kto czyta. Dlaczego polscy publicyści i politycy choćby teoretycznie nie dopuszczają takiej możliwości?

Mimo sporów o raport MAK polsko-rosyjskie kontakty polityczne wciąż trwają. To raczej przeczy tezie Skwiecińskiego, że Moskwa szykuje kolejne antypolskie akcje. Gdy ma się takie plany, to raczej się unika stosunków, wizyt, konsultacji, niż je intensyfikuje. Polscy prokuratorzy dostali zgodę na udział w powtórnych przesłuchaniach kontrolerów lotniczych ze Smoleńska wraz ze śledczymi z Rosji. A w Warszawie nie ma ostatnio dnia, by nie gościł ktoś ważny z Rosji. Szef rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew, szef Archiwów Rosyjskich Andriej Artizow tworzący Centrum Dialogu i Porozumienia Polski i Rosji, pięciu dyrektorów departamentów z rosyjskiego MSZ z szefem departamentu europejskiego na czele - to przegląd najważniejszych gości z ostatnich dni.

Przy każdej z tych wizyt siłą rzeczy poruszano sprawę raportu MAK i tragedii smoleńskiej. - Raport MAK nie powstał na polityczne zamówienie. To była samodzielna akcja tej instytucji - przekonywali rosyjscy rozmówcy i towarzyszący im dyplomaci. Nie przesądzam, że mają rację. Ale warto przynajmniej odnotować taki komunikat z ich strony, a nie zakładać, że Moskwa musi mieć złe intencje wobec Warszawy.

MAK miał sto powodów, by skonstruować swój raport tak, jak skonstruował. Nie jest tajemnicą, że współpraca między Komitetem a akredytowanym przy nim przez Polskę Edmundem Klichem nie układała się najlepiej. MAK stosuje zresztą w swoich śledztwach zasadę, że jeśli w katastrofie zginęli piloci, to najlepiej wszystko wytłumaczyć ich błędami, a żyjącym dać spokój. Ale to wcale nie znaczy, że tak kazał postąpić Tatianie Anodinie sam prezydent Dmitrij Miedwiediew czy premier Władimir Putin.

- Raport MAK zaakceptowali u nas urzędnicy na szczeblu dyrektorów departamentów - mówi rosyjskie źródło dyplomatyczne. - Nie sądziliśmy, że wywoła on takie kontrowersje w Polsce.

Może to tylko mydlenie oczu. Ale warto zauważyć, jak Rosjanie tłumaczą swoje postępowanie. I przestać wierzyć, że Moskwa ma jakiś sekretny plan podboju Polski czy zdestabilizowania naszego kraju.

Skwieciński pisze, że na kolejne antypolskie akcje po raporcie MAK nie trzeba było długo czekać, bo Moskwa zablokowała w połowie stycznia transport drogowy na Wschód dla polskich przewoźników. Brzmi to smacznie, ale znowu mało prawdziwie. Umowa w sprawie kwot transportowych między Polską a Rosją rzeczywiście wygasła w połowie stycznia. Ale przed jej wygaśnięciem to Polska zażądała zwiększenia kwoty dla swych przewoźników.

W rosyjskim ministerstwie transportu odebrano to zresztą jako retorsję za raport MAK. Na szczęście spór o kwoty transportowe szybko zażegnano. W zeszłym tygodniu podpisano umowę w tej sprawie na poziomie kwot z zeszłego roku z lekką nadwyżką dla Polski.

Czy Skwieciński tego nie uwzględnił w swym tekście, bo nie pasowało to do jego wywodu? Jego koronna teza brzmi, że raport MAK to celowa wrzutka Moskwy, by zdestabilizować nasz kraj. Sami swoją głupotą i niedojrzałością bardziej destabilizujemy Polskę niż ktokolwiek z zewnątrz. Ale najłatwiej zrzucić winę na kogoś. Pod koniec zeszłego roku zapytałem prywatnie jednego z rosyjskich dyplomatów, co tak naprawdę interesuje ich w stosunkach z Polską - inwestycje w nasz sektor energetyczny, zbliżenie polityczne, spadek polskiej aktywności w innych republikach b. ZSRR?

Dyplomata długo szukał odpowiedzi. - Tak naprawdę interesuje nas, żeby utrzymać ten kierunek w naszych stosunkach, tę poprawę, która teraz jest. Nic więcej - odpowiedział w końcu. Skwieciński napisałby, że to kłamstwo i kamuflaż. Nie wiem. Ale może spróbujmy raz założyć, że Rosjanie nie kłamią, a przynajmniej dopuśćmy taką możliwość.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    26 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':