W listopadzie skończyła się akcja zbierania podpisów pod obywatelskim projektem zmian w ustawie o ochronie przyrody. Dwa tygodnie temu zajęli się nim posłowie. Inicjatywa "Oddajcie parki narodowi" powstała dlatego, że nie było innego sposobu, by powiększyć cenne, ale w niewystarczający sposób chronione, tereny Białowieskiego Parku Narodowego, utworzyć w końcu Mazurski Park Narodowy, a także zadbać o inne dziewicze miejsca. Zwolennicy zmian musieli zebrać 100 tys. podpisów, by ich propozycją zajęli się parlamentarzyści. Akcję poparło 240 tys.!
Dlaczego jako mieszkanka Warmii i Mazur też się podpisałam?
(Bo bezskuteczne starania o utworzenie parku narodowego na Mazurach trwają już kilkadziesiąt lat.
Aż trudno uwierzyć, ale Mazury to jedyny tak cenny przyrodniczo region w Polsce bez parku narodowego. W sercu Mazur jest co prawda park krajobrazowy, ale życie pokazuje, że to zbyt mało, by powstrzymać nielegalną zabudowę, niszczenie lasów, grodzenie jezior. Przeciwko parkowi narodowemu na tych terenach od dawna była administracja lokalna i leśnicy, którzy patrzyli na las jak na plantację drzew i źródło dewizowych dochodów z polowań.
Błędy popełnione w latach 60. i 70. teraz owocują tragiczną spuścizną. Przyroda z trudem broni się przed agresywną zabudową, a ludzie wychowani w braku poszanowania dla krajobrazu przyrodniczego i kulturowego często nie rozumieją, o co idzie walka.
Kiedyś Mazury to była piękna kraina, którą otrzymaliśmy w spadku po dawnych mieszkańcach. A teraz? Prof. Andrzej Strumiłło, znany malarz, grafik i fotograf, przez kilkadziesiąt lat związany z Mazurami, w poszukiwaniu ciszy wyprowadził się na Suwalszczyznę. Mówił niedawno na łamach olsztyńskiego wydania "Gazety": - Gdy teraz jadę na Mazury, boleję nad tym, co się z nimi stało. Prawa doraźnej gospodarki i ludzka mentalność są nieokiełznane.
(Bo samorządowcy na Mazurski Park Narodowy nigdy się nie zgodzą dobrowolnie.
Lokalni urzędnicy mają teraz prawo weta. Bez ich zgody żaden park nie powstanie i nie zostanie powiększony, nawet jeśli chronione tereny należą do skarbu państwa, czyli do nas wszystkich!
Obywatelska propozycja zmian zakłada, że
Ministerstwo Środowiska nadal będzie konsultować decyzje w tej sprawie z lokalnymi samorządowcami, ale ich zdanie nie będzie już decydujące. To jedyny sposób, by przełamać opór urzędników.
Gdy zwolennicy parku narodowego mówią, że takich zniszczeń w mazurskiej przyrodzie, jak w ostatnich 20 latach, nie było przez cały PRL, samorządowcy odpowiadają, że region musi się rozwijać i nadrabiać zaległości. Gdy ci pierwsi pokazują dowody na degradację środowiska, drudzy przekonują, że najpierw trzeba budować drogi, porty i infrastrukturę turystyczną.
Wojewoda warmińsko-mazurski stwierdził nawet, że gdyby powstał park narodowy na Mazurach, trudniej by się budowało... oczyszczalnie ścieków. Nie wierzę, że urzędnicy kiedykolwiek uznają, że wybudowali już wszystko i zaczną dyskusje o ochronie przyrody.
(Bo lokalni decydenci boją się przegrać kolejne wybory.
Mieszkańcy Mazur boją się, że do parku narodowego nie będzie można wchodzić, zbierać w nim grzybów, pływać żaglówkami po jeziorach włączonych do niego, a przez park zwiększy się bezrobocie. Urzędnicy zamiast wytłumaczyć ludziom korzyści i przedstawić argumenty za ochroną przyrody, powtarzają te stereotypy. Ich ulubionym pojęciem stał się "skansen". Przez park narodowy region - ich zdaniem - stanie się skansenem. Nie chcą zadrzeć z lokalnymi społecznościami, czyli swoimi wyborcami. Bezrobocie bardziej na Mazurach przemawia niż potrzeba ochrony przyrody potocznie rozumianej jako dbanie o "jakieś tam krzaczki i robaczki".
Jeden ze starostów mazurskich żalił się w piśmie do marszałka województwa, że z powodu dyskusji o parku narodowym - która trwała na łamach olsztyńskiego oddziału "Gazety" nieprzerwanie przez rok - na jego terenie upadła fabryka mebli. Nie przekonały go przykłady gmin z innych rejonów Polski, które często z obawą, ale godziły się na utworzenie na swoim terenie parku narodowego, a teraz żyją w zgodnej symbiozie.
(Bo urzędnicy mówią, że Mazury to cud natury, ale to nie na przyrodzie im zależy.
Ponad rok temu kilkanaście tysięcy osób poparło apel do rządu - zamieszczony latem 2009 r. na łamach "Tygodnika Powszechnego" i "Gazety" - o utworzenie Mazurskiego Parku Narodowego. Apel z podpisami przekazaliśmy w czerwcu 2010 r. ministrowi środowiska.
Wydawało się, że okoliczności sprzyjają temu apelowi. Kraina Wielkich Jezior Mazurskich w 2009 r. weszła do światowego finału plebiscytu na siedem cudów natury organizowanego przez szwajcarską fundację New7Wonders. Zrezygnowani wieloletnią nieskuteczną batalią zwolennicy parku nabrali nadziei, że przyrodę na Mazurach uda się ocalić i jej pomóc.
Szybko przyszło rozczarowanie, bo opatentowane przez urzędników marszałka województwa warmińsko-mazurskiego hasło "Mazury cud natury" stało się jedynie sloganem reklamowym. Marszałek województwa apelu o zmiany w ustawie o ochronie przyrody nie poparł, a był jednym z tych, którzy najwcześniej zaczęli straszyć skansenem, którym mogą się stać Mazury przez działania obrońców środowiska.
Najlepiej stanowisko władz samorządu województwa z marszałkiem na czele pokazała skandaliczna decyzja sprzed kilku miesięcy o powołaniu na stanowisko dyrektora Mazurskiego Parku Krajobrazowego człowieka sceptycznie nastawionego do pomysłu powstania parku narodowego na Mazurach. A to właśnie na nim miał spoczywać obowiązek przygotowań do przekształcenia parku krajobrazowego w narodowy. To był kolejny dowód, że urzędnikom rządzącym Warmią i Mazurami zależy jedynie na rozgłosie, a nie na przyrodzie.
Gdyby nie inicjatywa społeczna, być może przez kolejnych kilkadziesiąt lat nie mielibyśmy szans na lepszą ochronę przyrody. Urzędnicy z Warmii i Mazur są bardzo dumni, że żyją w krainie cudownej przyrody, tylko mało robią, by o ten cud zadbać jak należy. Teraz wszystko jest w rękach polskich parlamentarzystów.