Trwające od 2008 r. - a nie od kwietnia 2010 r. - zbliżenie między Polską a Rosją wywołało w Polsce niemały rezonans. Okazało się bowiem, że klarowny świat, w którym Rosji się przeciwstawiamy,
Białoruś izolujemy, a Ukrainę czy Gruzję bezwarunkowo wspieramy, musi ulec przekształceniom. Była to odważna korekta rządu Donalda Tuska. Naraziła go na krytykę tych, którym dobrze się żyło w utartych schematach sprzedawanych błędnie jako realizacja koncepcji Giedroycia. Tymczasem, jak słusznie kilka miesięcy temu zauważył Adam Daniel Rotfeld, dopiero zbliżenie z Rosją daje szansę na realizację koncepcji Giedroycia w skali do tej pory niespotykanej. Jest to bowiem możliwość nawiązania relacji z Rosjanami - nie tylko z Kremlem - i wspierania tych, którzy na serio myślą o modernizacji czy rozliczeniu się z przeszłością, oraz dyskutowania z tymi, którzy przynajmniej chcą słuchać. To zadanie olbrzymie, ale warto je było podjąć w imię maksymy, że kropla drąży skałę.
W tym kontekście nie należało się przejmować twórczością Tatiany Anodiny, nawet jeśli oparta jest ona na podszeptach premiera Putina czy choćby na jego akceptacji. Jednak przejęliśmy się - publikacja raportu MAK wywołała u nas polityczną awanturę. I jeśli tylko o to chodziło Rosjanom, to
PiS spełnił ich oczekiwania. Ale raport też wzburzył Polaków, bo ciągle patrzymy na Rosję jako na zagrażającą nam potęgę, nam - czyli wiecznym ofiarom rosyjskiego imperializmu. Raportem znów nas pognębili.
Szanuję - nie sposób inaczej - strach przed Rosją starszych pokoleń, bo ma on podstawy w historii, ale dziś jest to państwo słabe, którego integralność terytorialna wcale nie jest pewna i którego podstawy funkcjonowania są bardziej kruche niż Polski. To państwo, które nie ma odwagi rozmawiać z własnymi obywatelami o trudnych sprawach.
Wśród licznych interpretacji przyczyn publikacji raportu MAK są i takie, że Rosjanom przestało zależeć na dobrych relacjach z Polską i że ich zdaniem odklejenie się od nas łatki rusofobów zbytnio nas wzmocniło. To są interpretacje przypisujące wiecznie tylko Kremlowi rolę prowadzącego w tym tańcu. Podobnie zdaje się myśleć Mirosław Czech, który pisał ("Gazeta", 21 stycznia), że Rosjanie postawili polskiego premiera i prezydenta "pod ścianą". Tymczasem takim myśleniem sami się pod tą ścianą ustawiamy. Moskwa mruknie, a my się zachowujemy, jakby pędzili na nas Paskiewicz, Budionny, Woroszyłow i Kulikow razem wzięci.
Tymczasem nie należy się tak przejmować wszystkim, co powiedzą Rosjanie, napiszą ich gazety i opublikują urzędnicy. Nie należy im przypisywać tak wielkiej siły sprawczej, trzeba mieć poczucie własnej wartości i robić swoje, czyli zaszachować Kreml merytorycznym podejściem i własnymi niepodważalnymi ustaleniami.
Mawia się, że Rosjanie rozumieją tylko język siły. Histeryczny skrzek, jaki podniósł się w Polsce, nie jest oznaką siły. W ten sposób nie przekonamy Rosjan, że nie opłaca się ryzykować pogorszenia relacji z Polską. A nie opłaca się, bo Polska, mimo przejściowych trudności, już nie jest słabym państwem pukającym do bram Europy. Ale żeby na Kremlu to zrozumieli, trzeba z nimi rozmawiać - raz chłodniej, raz życzliwiej, ale zawsze spokojnie. Jak równy z równym.
*Andrzej Brzeziecki - redaktor naczelny dwumiesięcznika "Nowa Europa Wschodnia"