http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Połykacze złych słów

Rafał Grupiński (PO)*
2010-11-18, ostatnia aktualizacja 2010-11-18 13:39

Prezes Kaczyński mówi rzeczy coraz to efektowniejsze, lecz odleglejsze nie tylko od prawdy i realności, ale też od rozumu

Rafał Grupiński, wiceszef klubu PO
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Rafał Grupiński, wiceszef klubu PO
ZOBACZ TAKŻE
Poseł PiS Adam Hofman przysłał nam w listopadzie swój tekst, rodzaj manifestu. Poprosiliśmy posła PO Rafała Grupińskiego o polemikę. Oto te wrzące teksty:

W 2007 r. dzięki determinacji przywództwa Platformy Obywatelskiej doszło do przyspieszonych wyborów. Sam fakt ich ogłoszenia wywołał wówczas entuzjazm wielu Polek i Polaków i stał się początkiem spontanicznej, oddolnej mobilizacji ludzi, którzy chcieli jak najszybszego końca kompromitujących rządów koalicji PiS, Samoobrony i LPR.

Decyzja Donalda Tuska, namawianego m.in. przez Grzegorza Schetynę i niżej podpisanego do odrzucenia pokusy koalicji z tzw. przystawkami, podsuwanej przez wielu doradców, nawet z tzw. salonu, wywołała w efekcie swoiste przebudzenie klasy średniej. Mobilizacja wyborców, szczególnie młodego pokolenia, pamiętana poprzez obrazy długich kolejek do polskich konsulatów na całym świecie, była protestem przeciwko polityce manipulacji i inwigilacji, a zarazem wyrazem nadziei na politykę normalności i władzę, która potrafi wsłuchiwać się w głosy ludzi i trafnie reagować na problemy i oczekiwania obywateli. Polacy odrzucili politykę nakazową (chciałoby się powiedzieć nakazowo-rozdzielczą) na rzecz polityki realizacji oczekiwań budującego się społeczeństwa obywatelskiego.

Tego nie zrozumieli politycy PiS-u, nie pojął tego prezes Jarosław Kaczyński, ani też jego brat prezydent. Anachroniczna potrzeba kreowania polityki w myśl zasady "wiemy lepiej od nich samych, czego im potrzeba", ćwiczenia jej, jak mawiała caryca Katarzyna, "na skórze ludzkiej" była w nich silniejsza niż skupienie się na rządzeniu państwem, które będąc na dorobku, wymagało i wciąż wymaga szczególnego skoncentrowania się na gospodarce.

Platforma zaproponowała służbę w kwestiach najważniejszych, skupienie się na budowaniu nowoczesnego i silnego państwa, przewidywalnego partnera w Europie i świecie, państwa, które walczy o konkretne własne interesy, nie o symbole. To oznaczało przede wszystkim tworzenie warunków do realizacji ludzkich planów i ambicji, a także marzeń o spokojnym, bezpiecznym i - w nieodległej przyszłości - dostatnim życiu.

To podejście doskonale rozumiałby ks. Piotr Wawrzyniak, którego 100. rocznicę śmierci obchodziliśmy w tych dniach, czy Karol Marcinkowski. Nie zrozumie prof. Jadwiga Staniszkis, która wciąż marzy o bohaterach oddających się pasji lepienia losów ludzkich na wzór demiurgów z odległej na szczęście przeszłości. A że jej bohaterowie, głosząc np. wyższość narodowych wartości i afiszując się z niechęcią do obcego kapitału, jednocześnie potrafią postawić kilkoma zdaniami wszystkich polskich przedsiębiorców na kryminalnym marginesie, najbogatszych z nich przy okazji przepędzając za granicę - to przecież drobiazg. Ot, drobny koszt politycznej rewolucji, plemiennego pseudosolidaryzmu. Kosztowne dla rozwoju kraju obsesje wewnętrzne i wciąż ujawniane różne oblicza zawiści wobec świata zewnętrznego, oto najwłaściwsza ocena dotychczasowego dorobku środowiska PiS-u.

Z kolei nieudolność i niezręczność w postępowaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego widzenie świata kształtowały prawie wyłącznie odwieczne polskie kompleksy, były i są przez jego otoczenie nieprzekonująco podnoszone do rangi rzekomych osiągnięć tragicznie przerwanej prezydentury. Miałby to być koszt walki o niezawisły od rządu charakter jego polityki.

Sam fakt podkreślania tej odrębności świadczy o niezrozumieniu przez polityków PiS-u roli prezydenta państwa i ignorowanie zarówno litery, jak i ducha konstytucji. Budowanie kultu osoby źle wypełniającej swą funkcję, a do tego nieszczęśliwej, która moim zdaniem źle czuła się w narzuconej mu przez okoliczności roli, niczego już nie zmieni i nie poprawi. Nie zmieni tej opinii także aktywność stowarzyszenia Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Polacy nie chcą spoglądać wstecz, w swe biedne i pełne upokorzeń z powodu socjalistycznego zapóźnienia początki, lecz nie chcą także zakłamywania oceny ostatnich lat i żaden pochówek na Wawelu ani kolejne wcielenie Jarosława Kaczyńskiego, nawet najspokojniejsze, ich do tego nie namówi.

Prezes PiS-u wraz z grupą swoich najbliższych współpracowników - wykruszającą się ostatnio coraz szybciej - stał się połykaczem słów, na wzór cyrkowych połykaczy ognia. Mówi rzeczy coraz to efektowniejsze, lecz tym odleglejsze nie tylko od prawdy i realności, ale także od rozumu. W efekcie o ile nazwanie Polski kondominium dwu silnych sąsiadów jeszcze obudziło kilku komentatorów z uodpornionej na przesadę drzemki, o tyle nazwanie rządu Platformy reżimem, któremu bezmyślnie służą dziennikarze, nikogo już nie poruszyło.

Coraz ostrzejsze słowa, lecz mniejsza publiczność, więc coraz słabsze reakcje. A jednak nie wolno nam tolerować języka dążącego do celowej manipulacji społeczną świadomością, a do tego jeszcze pokornie wysłuchiwać jednoczesnych zarzutów prezesa PiS-u o wielogłową manipulację, jakiej rzekomo dopuszcza się Platforma wspomagana przez komercyjne media.

Postawa ofiary nie przystoi politykowi, który chce przewodzić innym. W przypadku Jarosława Kaczyńskiego mamy do czynienia nie tylko z perswazyjnym wykorzystywaniem języka skrzywdzonych, lecz także z agresywnym atakowaniem tych, którzy są według niego politycznymi prześladowcami. To Platforma miałaby być tą formacją, która chciała eliminacji z życia publicznego głównej partii opozycyjnej i jej działaczy. I tu znów, możemy z pewną intelektualną bezradnością, z jaką rozum nadziewa się na gołą pięść, skonstatować, że granice przyzwoitości oraz ludzkiego rozumu można przekraczać bezkarnie dalej. Nieudani rewolucjoniści z PiS-u każą nam znów łykać okropne słowa:

"W 2010 r. fantazja o eliminacji prezydenta RP i polityków PiS zmaterializowała się w tragicznej formie. Wydawało się początkowo, że wydarzenie to zostanie przyjęte z entuzjazmem przez rządzących".

Nie mam ani ochoty, ani żadnego w sobie wewnętrznego nakazu, by tego rodzaju podłą insynuację komentować. Taki język mogą wprowadzać do polskiej polityki tylko ludzie podlegli prymitywnie rozumianemu manichejskiemu dualizmowi, w którym wszyscy wokół są winni i źli, oni sami zaś pozostają niewinni i dobrzy. Taki podział oparty na publicznej kradzieży i zawłaszczaniu terminów etycznych, narodowych i tożsamościowych jako skuteczny kamuflaż dla prawdziwych, acz skrywanych celów zwykle w historii tworzyli zwolennicy nagiej siły i władzy absolutnej. Tacy też są rewolucjoniści z PiS-u, którzy z bezsiły, nie mogąc karać innych, nie nastarczając słów, dokonują pokazowych czystek w swoich szeregach, tak na wszelki wypadek, żeby inni się bali.

Przed laty, kiedy Platforma była jeszcze w opozycji, analizując język braci Kaczyńskich, interpretowałem go jako groźny język sekty polityczno-wyznaniowej, tworzący silne więzi wewnątrz grupy wyznawców. Ale na pocieszenie mówiłem przyjaciołom z Platformy, że każda sekta prędzej czy później przechodzi z fazy podboju świata zewnętrznego do zamknięcia się przed światem i skupienia na pilnowaniu wewnętrznej czystości.

Stało się to szybciej, niż można się było spodziewać: dziś rewolucja pisowska pożera własne dzieci, a Jarosław Kaczyński występuje w inkwizycyjnej roli Robespierre'a. Pytanie tylko, kto przyjdzie na końcu po jego głowę, głowę prezesa? Doświadczenie przeszłości wskazuje, że zapewne będzie to jego najpilniejszy uczeń - Zbigniew Ziobro.

Zapytajmy, co z Platformą w tej sytuacji. Zacznę od pewnej rewizji utartego poglądu. To nie PiS-owi i obsesjom jego prezesa Platforma zawdzięcza tak wysokie społeczne poparcie, lecz własnej pracy, a w szczególności pokonaniu wielu trudności, od negatywnego oddziaływania kryzysu światowego na polską gospodarkę począwszy, a na wielkiej tegorocznej powodzi skończywszy. Faktu, że Polska najlepiej w Europie wykorzystuje środki unijne, że dobrze sobie radzi gospodarczo, że jest największym placem budowy w Europie, Polacy nie kwestionują.

Oczekują oczywiście więcej, np. zdecydowanej poprawy poziomu ochrony zdrowia (kiedyś zawetowane, nieco zmienione ustawy, są już ponownie w Sejmie), lecz wiedzą też, że rządy PO i PSL napotkały w realizacji całości swoich planów, realne i nadzwyczajne trudności. Nie musi Jarosław Kaczyński mówić o zmowie komercyjnych mediów przeciw PiS-owi, o uległości rządu wobec obcego mocarstwa, nie musi używać języka PRL-owskiej propagandy, gdyż i tak nie uda się mu powtórzyć sukcesu z 2005 r. Nie uda się po raz drugi wmówić Polakom, że czarne jest białe, a białe jest czarne, by zacytować opozycyjnego klasyka. Wystarczy uwierzyć w rozum Polek i Polaków i docenić ich wiedzę o tym, co się wokół nich dzieje. Tylko tyle i aż tyle.

* Rafał Grupiński, wiceszef klubu PO, przewodniczący wielkopolskiej Platformy, poeta. W latach 80. działacz "S", założyciel i redaktor czasopism drugiego obiegu, w tym od 1985 do 1999 niezależnego miesięcznika "Czas Kultury", który w 1990 r. zaczął ukazywać się oficjalnie. Na początku lat 90. w KLD, potem w Unii Wolności, z której przeszedł do PO

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    42 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':