Biografia redaktora naczelnego paryskiej "Kultury" znalazła się wśród siedmiu książek finalistek nagrody
Nike 2010. Po raz pierwszy w jej dziejach utwór biograficzny mierzył się z prozą i poezją. Nagrody wprawdzie nie uzyskał, ale zwyciężył w towarzyszącym jej plebiscycie czytelniczym. Biorący w nim udział docenili walory literackie książki, ale przede wszystkim, jak się wydaje, zafascynowała ich postać bohatera.
Giedroyc urodził się w 1906 r. w Mińsku Litewskim. Miał 13 lat, gdy rodzina przeniosła się do Warszawy, stolicy już niepodległej Polski. Zapytany miesiąc przed śmiercią, kim naprawdę się czuje, odpowiedział: "Mam pewien sentyment do Litwy - prawda, ale gdyby ktoś mnie zapytał o ojczyznę, tobym odpowiedział, że jest nią wschodnią Europa".
W Warszawie ukończył gimnazjum im. Jana Zamoyskiego i w 1924 r. rozpoczął studia prawnicze. „Zamach majowy - wspominał w «Autobiografii na cztery ręce » - był dla mnie konfliktem bardzo dramatycznym. Byłem wprawdzie piłsudczykiem, ale zarazem miałem bardzo mocne poczucie legalizmu. Legalizm zwyciężył. Pierwszego dnia wydarzeń wraz z kilkoma kolegami poszedłem do Belwederu. Wchodziło się tam jak do młyna. Dano mi jakiś karabin i kazano stać na warcie od strony Łazienek. A Stanisław Grabski chodził od jednego z nas do drugiego i powtarzał: «Przecież to jest bez sensu, my nie możemy się tu utrzymać ». I to mówił szczeniakom, studentom. Zrobił na mnie takie wrażenie, że nazajutrz wróciłem do domu. Wyleczyło mnie to zupełnie z parlamentaryzmu, pogłębiło nastawienie propiłsudczykowskie i przekonanie o konieczności rządów autorytarnych”.
W 1928 r. rozpoczął pracę w biurze prasowym Rady Ministrów. To było miejsce, gdzie łatwo nawiązywało się kontakty polityczne. Nieformalne, ale niezwykle ważne. Jak choćby w "klubie złośliwych szczeniaków", czyli młodych wspierających się wzajemnie sekretarzy ministrów. Sam Giedroyc został sekretarzem ministra rolnictwa. Po ukończeniu studiów prawniczych jeszcze przez rok studiował historię Ukrainy. W 1930 r. został redaktorem "Dnia Akademickiego", który rok później przekształcił się w "Bunt Młodych". "Linię redakcyjną pisma ustalałem ja. I ja podejmowałem decyzję. Nie znaczy to, że nie hamletyzuję. Ale czynię to wyłącznie na własny użytek" - wspominał.
"Bunt Młodych" wyrażał poglądy państwowe czy może raczej system wartości, w którym wartością nadrzędną był interes państwa. W II RP, w której ponad jedną trzecią mieszkańców stanowiły mniejszości narodowe, odpowiedź na pytanie: państwo czy naród, miała zasadnicze znaczenie polityczne.
W 1937 r. "Bunt Młodych" zmienił tytuł na "Polityka", bo redaktorzy przestali uważać się za młodych, a też mieli coraz większe ambicje. Myślano o działalności parlamentarnej i przekształceniu pisma w dziennik. Wojna przekreśliła te plany.
Gdy wybuchła I wojna Giedroyc miał osiem lat. Należał więc do pokolenia ukształtowanego już w wolnej Polsce. Ćwierć wieku później, gdy wybuchła kolejna wojna, był u progu obiecującej kariery. Miał rozległe kontakty polityczne w obozie sprawującym władzę, a także wśród mniejszości narodowych, świadomość konieczności zmian i "Politykę", która miała szansę skupić podobnie mu myślących. Miał 33 lata i realną perspektywę, że w niedługim czasie znajdzie się w centrum polskiej polityki. Tym bardziej że zmiana generacyjna była nieuchronna.
To wszystko się zawaliło. 17 września 1939 r. Giedroyc, który na początku roku został naczelnikiem wydziału prezydialnego w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, przekroczył wraz z personelem ministerstwa granicę rumuńską i dotarł do Bukaresztu, gdzie ambasadorem był jego stary przyjaciel Roger Raczyński. Został jego sekretarzem. Po kilkunastu miesiącach, gdy władze rumuńskie zamknęły polską ambasadę przez Stambuł, dotarł do Palestyny, gdzie wstąpił do Brygady Karpackiej. Przez
Egipt i Tobruk brygada została przerzucona do Iraku. Tam spotkał się z przybyłymi z ZSRR oddziałami gen. Andersa. Był to w życiorysie Giedroycia moment przełomowy, odnalazł go bowiem i ściągnął do Wydziału Informacji i Prasy Armii Polskiej na Wschodzie starszy od dziesięć lat malarz i humanista Józef Czapski. Znali się przelotnie z czasów przedwojennych. Czapski cieszył się zaufaniem Andersa, a praca w propagandzie była tym, co Giedroyciowi najbardziej pasowało.
W Iraku poznał Zofię Hertz, która po wojnie stanie się jego najbliższą współpracownicą. Ona i jej mąż Zygmunt zamieszkają z Giedroyciem i Czapskim w podparyskim Maisons-Laffitte, tworząc swoistą komunę. Jeszcze w czasie kampanii włoskiej Giedroyc poznał młodszego o 13 lat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Już po wojnie w Rzymie w czasie likwidacji 2. Korpusu zaprzyjaźnił się z rówieśnym mu Juliuszem Mieroszewskim.
W wojskowej propagandzie Giedroyc długo nie zabawił. Późnym latem 1940 r. został z niej odwołany przez gen. Andersa na przysłany z Londynu wniosek gen. Mariana Kukiela. Był to rezultat intrygi wrogo doń nastawionego szefa Dwójki płk. Wincentego Bąkiewicza.
Powstawało pytanie, jak wobec końca wojny planować przyszłość. "Różniłem się od przywódców politycznych i wojskowych - wspominał Giedroyc - ponieważ uważałem, że czeka nas długa emigracja, a oni liczyli na następną wojnę lub na powrót do kraju, a poza tym okazywali znaczną lekkomyślność". Udało się przekonać Andersa do powołania przy 2. Korpusie wydawnictwa pod nazwą Instytut Literacki. Wśród założycieli znaleźli się - poza powołanym na kierownika Giedroyciem - Zofia i Zygmunt Hertzowie, Gustaw Herling-Grudziński oraz Władysław Wąchała i docent Tadeusz Siuta, którzy zresztą wkrótce odeszli.
Pierwszy numer zredagowany przez Giedroycia i Herlinga-Grudzińskiego ukazał się w czerwcu 1947 r. w Rzymie. Następny już w Paryżu. Początki były bardzo ciężkie przede wszystkim z powodu braku pieniędzy.
W pierwszym numerze ukazały się teksty Andrzeja Bobkowskiego, Benedetto Crocego, Józefa Czapskiego, Artura Koestlera, Tadeusza Krońskiego, Wiktora Weintrauba, by wymienić tylko niektórych autorów. To była zapowiedź wysokiego poziomu. I tak też się stało. "Kultura" stała się najważniejszym polskim pismem przeznaczającym coraz więcej miejsca na problematykę polityczną i społeczną. Drukowała Gombrowicza, Miłosza, Stempowskiego, Jeleńskiego, Mieroszewskiego, Osadczuka, Ungera i wielu, wielu innych.
Kiedy ukazał się pierwszy numer, Giedroyc miał 41 lat. Nie mógł przypuszczać, że będzie redagował pismo przez ponad pół wieku. Redaktor, jak go nazywano, był tytanem pracy. Nie tylko czytał bardzo uważnie nadesłane teksty. Prowadził również ożywioną korespondencję z autorami i tymi, których chciał namówić do napisania tekstu. Wydane przede wszystkim w Czytelniku tomy jego korespondencji są pasjonującą lekturą.
Przesłaniem Jerzego Giedroycia jest - stwierdza Magdalena Grochowska - że nawet "w warunkach braku suwerenności politycznej można zachować suwerenność duchową. Jaką wizję buduje? Nieunikniony jest rozpad Związku Sowieckiego (Stefan Kisielewski pokładał się ze śmiechu, gdy o tym słyszał).
Ukraina jako bufor dla niepodległej Polski. Usamodzielnianie się republik sowieckich. Polacy wolni od paternalistycznego stosunku do wschodnich sąsiadów i od kompleksu antyrosyjskiego. Powstanie jakiś rodzaj wspólnoty europejskiej. Konieczność rugowania mentalności endeckiej, która wzmacniana przez
Kościół zatruwa polskie społeczeństwo. Odbudowa poczucia odpowiedzialności za państwo".
Wymagało to odwagi przeciwstawienia się panującym stereotypom. Stąd postulat uznania powojennego kształtu terytorialnego Polski, co oznaczało rezygnację z aspiracji do Wilna i Lwowa. Niezłomni emigranci okrzyknęli go zdrajcą. Zabolało, ale wiedział, że ma rację. Tak jak wówczas gdy formułował program ewolucyjnego wykorzystania powstających szczelin w systemie PRL. "Kultura" i jej wydawnictwa kierowane były do dysydentów i decydentów. Pierwszym dostarczać miały argumentów i rozumienia rzeczywistości. Drugim otwierać oczy i uświadamiać konieczność reformowania systemu.
W polityce nic nie jest dane raz na zawsze. A to oznacza potrzebę elastyczności. Dobrze jest przewidzieć nadchodzące zmiany, ale nawet jeśli się to nie uda, należy umieć wykorzystać je, gdy nadejdą.
Magdalena Grochowska podjęła pracę nad biografią Giedroycia kilka lat po jego śmierci. Dysponowała olbrzymim materiałem źródłowym, który świetnie wykorzystała, nie dając się mu przytłoczyć. Napisała mądrą, pasjonującą książkę nie tylko o Redaktorze, ale o całym środowisku "Kultury". Bardzo potrzebną, właśnie dziś, gdy w polskiej polityce odżywają upiory.
Magdalena Grochowska: Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu. Świat Książki, Warszawa