http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ściema in vitro

Ewa Siedlecka Gazeta Wyborcza
2010-10-22, ostatnia aktualizacja 2010-10-22 00:51

Zapłodnienie in vitro
Zapłodnienie in vitro
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG

Stosunek rządzących do kwestii bioetycznych, w tym in vitro, wyznacza strach: cokolwiek zrobią, komuś się narażą

Jak rządzący nie zrobią nic, też się narażą. Więc najbezpieczniej działania pozorować.

Projekty dotyczące zapłodnienia in vitro, które jutro ma rozpatrzyć Sejm, blisko półtora roku czekały na nadanie im numeru druku sejmowego. Kolejni marszałkowie - z PO - powstrzymywali w ten sposób ich rozpatrzenie. Uwolnili je teraz, w ostatnim roku kadencji parlamentu.

Ale najpierw to rząd pozorował, że chce uregulować kwestie bioetyczne. Premier powołał tzw. zespół Gowina do opracowania propozycji rozwiązań prawnych. Zespół był tak dobrany (w większości osoby o bardzo zdecydowanych, odmiennych poglądach), że nie było szansy na dogadanie. Więc powstały trzy raporty końcowe. Rząd umył od nich ręce i scedował dalsze działania na klub parlamentarny PO.

Tam wykluły się dwa konkurencyjne projekty. Ich wejście pod obrady Sejmu blokowali dwaj kolejni marszałkowie Sejmu z PO. Zablokowali też dwa inne projekty - PiS-owskiej konkurencji. Przepuścili za to najbardziej liberalny: społecznego zespołu ekspertów, formalnie wniesiony przez posłów lewicowych. To była kolejna zmyłka. Projekt, owszem, odbył pierwsze czytanie w komisji i trafił nawet do podkomisji. Ta zaś od marca raz zebrała się - organizacyjnie. I zamawiała kolejne ekspertyzy (wcześniej ekspertyzy zamawiał marszałek Sejmu - teoretycznie po to, żeby wiedzieć, czy może nadać projektom numer druku sejmowego).

Teraz mamy pozorowany przełom: do tego projektu dołączą następne cztery (lub mniej, jeśli któryś zostanie odrzucony). W praktyce oznacza to, że nie zostanie uchwalone nic. Podkomisja także i w ich sprawie zacznie zamawiać ekspertyzy. I ekspertyzy do ekspertyz. I kontrekspertyzy. Zresztą zlepienie jednego projektu z kilku wzajemnie sprzecznych jest praktycznie niewykonalne.

Za to nikomu bezczynności czy lekceważenia problemu zarzucić nie będzie można. A skoro posłowie nic nie uchwalą, to nikomu się nie narażą. No, może poza Komisją Europejską, która może stracić cierpliwość i ukarać nas dolegliwą karą pieniężną za niewykonywanie unijnych dyrektyw dotyczących jakości procedur postępowania z gametami i zarodkami (Unia nie wymaga, by kraje wprowadzały zapłodnienie in vitro, ale jeśli je wykonują, to muszą gwarantować bezpieczne procedury).

Strach rządzących przed narażeniem się komukolwiek to w sprawie in vitro grzech pierworodny. Wynika z niego, oprócz klinczu, także unikanie publicznej debaty na tematy bioetyczne.

Prace zespołu Gowina odbywały się tajnie. Jego raporty wprawdzie zawieszono na stronie internetowej kancelarii premiera, ale temu wydarzeniu nie nadano rozgłosu. Ani premier, ani nikt z rządu się o nich nie zająknął.

Projekty poselskie powstały bez debaty. W Sejmie też szerokiej, społecznej debaty nie będzie, bo do prac nad projektami nie powołano, np. wzorem Niemiec, oddzielnej komisji, do której można by dobrać posłów najbardziej kompetentnych w dziedzinie medycyny, biologii, etyki i prawa. Do której zaproszono by ekspertów i przedstawicieli zainteresowanych grup społecznych, w tym lekarzy i pacjentów.

Projekty trafią - jak pierwszy - do wyłonionej z połączonych komisji rodziny i zdrowia podkomisji. Tymczasem zasada: "Tisze jedziesz, dalsze budziesz", akurat do kwestii bioetycznych najmniej się nadaje, bo one wymagają nie tylko politycznego, ale przede wszystkim społecznego consensusu (inna sprawa, że ta podkomisja jechać będzie cicho, ale daleko nie zajedzie).

I będzie nadal tak, jak jest, czyli zgodnie z wolą Kościoła katolickiego: by sprawy nie regulować.

A wobec gróźb ekskomuniki, jakie właśnie ogłasza polski Kościół, pojawia się kolejny problem, czy posłowie mają słuchać głosu sumienia, czy swojego Kościoła. Kilka lat temu w związku z ujawnieniem tzw. weksli Samoobrony mieliśmy debatę nad tym, czy partia ma prawo związywać ze sobą posła wbrew jego sumieniu? Sprawa trafiła nawet do prokuratury z podejrzeniem załamania ustawy o wykonywaniu mandatu poselskiego.

Teraz Kościół wymaga od parlamentarzystów, pod groźbą ekskomuniki, posłuszeństwa przy stanowieniu prawa. W grę wchodzić może nie tylko in vitro, eutanazja czy aborcja. Nie tylko związki partnerskie (jedno- czy dwupłciowe). To także np. prawo małżeńskie czy adopcyjne. I pieniądze - ot, choćby finansowanie z budżetu państwa Świątyni Opatrzności Bożej czy uczelni katolickich, albo przepisy podatkowe, które mogą być mniej lub bardziej korzystne dla Kościoła katolickiego.

Problem: sumienie czy posłuszeństwo, jest zresztą szerszy. Bo odmowa rozgrzeszenia grozić może też za "niewłaściwy" wyrok np. sędziemu Trybunału Konstytucyjnego, który wielokrotnie w przeszłości sądził np. sprawy religii w szkole czy wartości chrześcijańskich w telewizji. Teraz zaś zawisła przed nim sprawa kościelno-rządowej Komisji Majątkowej i finansowania Świątyni Opatrzności Bożej.

A co z rzecznikiem praw obywatelskich i pełnomocnikiem rządu ds. równego traktowania? Sprawujące te urzędy panie podkreślają publicznie swoją przynależność do Kościoła katolickiego. Co to znaczy dla osób, w obronie praw których powinny stawać, w sytuacji, gdy ich Kościół grozi - na razie tylko parlamentarzystom - brakiem rozgrzeszenia w razie nieposłuszeństwa?

Czy wobec postawy polskich hierarchów kandydaci na te wszystkie urzędy i funkcje nie powinni przechodzić testu niezależności sumienia? Czy nie powinniśmy przy następnych wyborach żądać od każdego kandydata publicznej deklaracji: czy w razie konfliktu własnego sumienia ze stanowiskiem hierarchów wybierze sumienie, czy posłuszeństwo? Bo cóż nam po tym, że poznamy czyjeś poglądy, skoro nie będzie miał odwagi być im wierny?

Ćwiczymy to właśnie w sprawie in vitro i innych problemów bioetycznych. Na razie rządzący - tak w rządzie, jak w parlamencie - testu odwagi nie zdali.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':