Znowu są. Już nie przemykają bocznymi uliczkami, już nie muszą kryć się w podcieniach niektórych kościołów. Kroczą dumnie - wśród łopotu sztandarów, przy gorejącym blasku pochodni, samym środkiem głównego traktu. Traktu Królewskiego. Prawdziwi Polacy. Idą śmiało, bo jest z nimi, więcej - wiedzie ich i do boju zagrzewa - pierwszy spośród Prawdziwych Polaków,
Jarosław Kaczyński.
1. Tak zwani prawdziwi Polacy pojawili się już w roku 1981. Trwał karnawał "Solidarności" i w 10-milionowym związku poczęły coraz ostrzej konkurować rozmaite nurty polityczne i wrażliwości ideowe. W regionie Mazowsze zaktywizowała się grupa działaczy z Pawłem Niezgodzkim na czele, natrętnie podkreślająca nieskazitelną polskość, patriotyzm oraz niezłomną wierność Kościołowi.
Zyskali miano "prawdziwych Polaków", bezpardonowo atakowali bowiem rzekomy kosmopolityzm przedsierpniowej opozycji, niedostatki "polskości", tropiąc szczególnie w szeregach KOR-u. W tle wyczuwało się odorek antysemickiego obskurantyzmu. Grupa ta podczas zjazdu "S" kontestowała projekt podziękowania KOR-owi. Głośną tę awanturę Jan Józef Lipski (członek KSS KOR) przypłacił omdleniem.
Był to wszakże hałaśliwy, ale jednak margines. Rozsadzające spoistość "S" konflikty gdzie indziej znajdowały ujście. Ujawniał się radykalizm regionów, nabrzmiewał spór Gwiazdy z Wałęsą, rosła nieufność robotniczych liderów wobec inteligenckich doradców. Zaostrzał się język polemik.
Zarazem rysował się podział na dwa obozy: prawicę i lewicę. Jego zawiązkiem było powstanie - jesienią 1981 r. - dwu ugrupowań. Kluby Służby Niepodległości, skupiające ludzi tak różnych jak Aleksander Hall,
Antoni Macierewicz, Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński, były prefiguracją przyszłej, dojrzalszej orientacji prawicowej. Kluby Samorządnej Rzeczypospolitej "Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość", z Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem i ze Zbigniewem Bujakiem, stanowiły zapowiedź budowy szerszej formacji lewicowej. Krystalizacja owa zdawała się prowadzić ku stopniowemu porządkowaniu sceny politycznej.
Stan wojenny położył kres tym zamysłom. Wspólna opresja zjednoczyła zepchniętą do podziemia opozycję. "Prawdziwi Polacy" zniknęli z pola widzenia. Jedynie na odległych poboczach snuły się nikłe opary ich trującej ideologii. W warszawskim kościele przy ul. Zagórnej rozprowadzano antysemickie wydawnictwa. Jednakże ten styl i poziom pozostawały wąskim, wstydliwym marginesem.
2. Teraz "prawdziwi Polacy" triumfalnie wracają. Wyszli z cienia. Wydobył ich stamtąd Jarosław Kaczyński. Jeszcze do niedawna, śledząc zamieszanie wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, łudzono się, że przygląda się temu z pewnej odległości, a przynajmniej nie angażuje bezpośrednio. Padały zarzuty, że nie tylko nie potępia tych ekscesów, ale nawet się od nich nie odcina albo chociaż dystansuje.
Widać obecnie, jak naiwne były to oczekiwania. I jaką dozę hipokryzji zwierały gorliwe zapewnienia polityków
PiS, że to przecież tylko spontaniczne reakcje, na które oni nie mają i mieć nie mogą żadnego wpływu. Że autentyczne emocje wyrażają na ulicach nie aktywiści partyjni, lecz zwykli ludzie, przez nikogo nie inspirowani, lecz idący za czystym porywem serca i głosem sumienia.
Tymczasem Kaczyński porzucił resztki pozorów. Przerwał milczenie. I w chwili, kiedy impet "krzyżowców" najwyraźniej się wyczerpywał, kiedy okupowane od miesięcy miejsce pod Pałacem zaczęło świecić pustkami, postanowił przejąć inicjatywę i tchnąć nowego ducha w rzednącą z dnia na dzień grupkę niezłomnych.
Rząd dusz dzierżył tam zresztą od początku. Jeszcze podczas nieudanej próby przeniesienia krzyża wezbrany tłum skandował: "Jarosław! Jarosław!". I Jarosław w końcu odpowiedział na apel. Stanął na czele. "Kiedy widzę was tylu dokoła - wołał w niedzielę - to wiem, że godni tego ludzie dojdą do władzy!". Dojdą i odbiorą ją - doprecyzował - "złym ludziom". Współcześni prawdziwi Polacy - wcześniej przez Kaczyńskiego określeni mianem "prawych Polaków" (w odróżnieniu od wszystkich pozostałych) - poczuli się wreszcie solą ziemi. Sam prezes PiS utwierdził ich w mniemaniu, że to oni właśnie są pierwszą brygadą, awangardą i kolumną szturmową ozdrowieńczego ruchu, który powiedzie zbałamucony naród do wyzwoleńczej walki.
To nie są ironiczne dywagacje. Kaczyński podjął grę śmiertelnie dla Polski niebezpieczną, i to w sensie trojakim. Zdeptał i odwrócił o 180 stopni elementarne zasady polityki demokratycznej. Po pierwsze, otwarcie zakwestionował prawowitość niepodległego państwa rządzonego przez legalnie, w wolnych wyborach wyłonioną władzę. Po wtóre, politykę wyprowadził z parlamentu oraz innych instytucji demokratycznych wprost na ulicę, czego zawsze, za wszelką cenę unikali wszyscy odpowiedzialni liderzy, począwszy od strajku sierpniowego 1980. Po trzecie, rozniecając najniższe instynkty i grając na najgorszych emocjach, właśnie ten zaślepiony nienawiścią uliczny tłum uczynił punktem ciężkości i głównym instrumentem uprawiania polityki czynnej.
Podąża tym szlakiem z zaciekłą determinacją, nie oglądając się na nic. Wydaje się, że gotów by podpalić Polskę, byle dopiąć swego. Już zdołał podzielić społeczeństwo, rozbudzić agresję, ożywić nastroje bliskie zapalnej, pogromowej atmosferze lat 20. i 30. Dąży do tego, by stworzyć - jak mawiali marksiści - sytuację rewolucyjną. Już wie, że legalnymi, demokratycznymi metodami do władzy nie wróci. Pozostają zatem nieskrywane rachuby na kryzys, zamęt, zamieszki, destabilizację, wręcz rozkład państwa. Na coś w rodzaju wojny domowej.
W gruncie rzeczy już ją rozpoczął. Liczy szable, skrzykuje wokół siebie i schlebia swojej hołubionej gwardii, owym "prawdziwym Polakom" nowej generacji. To wszystko dzieje się naprawdę, na naszych oczach, w jarzącym blasku pochodni. Kaczyński nawet nie próbuje ukrywać swych zamiarów. On chce państwo wywrócić.
Tej aż nadto realnej groźbie zapobiec muszą nie tylko rząd oraz instytucje państwa. Wierzę bowiem, że o naszej przyszłości przesądzą nie "prawdziwi Polacy", lecz zgoła bezprzymiotnikowi obywatele pragnący po prostu żyć w normalnym, spokojnym, bezpiecznym kraju.
<i>*
Tomasz Wołek - publicysta, w PRL-u redaktor i autor wydawnictw niezależnych, członek Ruchu Młodej Polski. W latach 90. naczelny „Życia Warszawy” i „Życia”</i>