Małgorzata Kolińska-Dąbrowska: Nie wydaje się pani, że ubóstwo przestało nas poruszać i niedługo zaakceptujemy nawet slumsy pod Warszawą, budki z kartonu i blachy falistej? Prof. Stanisława Golinowska: Jeśli nastawienie do społecznych nierówności nie ulegnie zmianie, to tak będzie. Nie tylko bowiem przyzwyczajamy się do kontrastów społecznych - z jednej strony dramatyczna bieda, a z drugiej ogromne bogactwo - ale je akceptujemy. Wydaje mi się, że najwyższy czas, aby to zacząć zmieniać, bo nierówności mogą stać się barierą naszego rozwoju.
Aby podjąć odpowiednie działania, potrzebna jest zmiana nastawienia. Więcej świadomości społecznej i wiedzy o procesach zmian, więcej wrażliwości na ludzkie losy i problemy. W tej roli nie do zastąpienia są media, szkoła, a także
Kościół. Potrzebne jest ponadto uczenie mądrej oraz aktywnej pomocy, a nie pochwała sentymentalnych odruchów.
Czym jest wysłanie świątecznej paczki do domu dziecka, gdy na tym się kończy zainteresowanie losem wychowywanych tam dzieci? Czy darczyńców interesują dzieci z tego domu, czy chcieliby i umieli im prawdziwie pomóc?
Widać w Polsce nastały czasy dla pięknych, bogatych i przedsiębiorczych. A reszta powinna gdzieś zniknąć? - Od takich poglądów do restrykcyjnych działań wobec ubogich prowadzi daleka droga. Nie sądzę, aby w Polsce można było podjąć tego rodzaju działania. Poprawność polityczna na to nie pozwala.
Niektórzy badacze w poważnych ekspertyzach społecznych używają pejoratywnych określeń: piszą o menelach, nieudacznikach czy obibokach i o tym, że im pomóc się nie da. To jednak rzadkość. Oficjalnie głoszona teza jest taka, że biednym i wykluczonym trzeba pomagać, ale raczej dać wędkę, a nie rybę.
To było u nas sztandarowe założenie polityki społecznej w okresie przemian. - Chodziło o to, aby bezrobotnych, szczególnie długookresowych i utrzymujących się z zarobkowania w szarej strefie, czyli wykluczonych z normalnego życia, zmotywować do pracy. I do podjęcia aktywności pozwalającej na społeczną integrację. Takie podejście jest generalnie słuszne.
Ale nie wobec wszystkich ubogich. - Rzeczywiście, tzw. programy aktywnej polityki rynku pracy są tylko dla tych, którzy są zmotywowani i na tyle przygotowani, aby umieć skorzystać z oferty urzędów zatrudnienia.
Aktywne programy polegają na uzupełnianiu kwalifikacji, nowych szkoleniach zawodowych, zdobywaniu ważnych życiowo umiejętności. Tak, by bezrobotni mogli wejść na rynek pracy czy założyć działalność gospodarczą.
Po wejściu do UE mamy na to spore europejskie pieniądze. Dzięki nim realizuje się wiele programów mających na celu aktywizację zawodową niepracujących i zagrożonych bezrobociem. Może niektóre rodzaje tych programów nie zawsze są dostosowane do potrzeb dynamicznie zmieniającego się rynku pracy i nie są stuprocentowo skuteczne. Ich zasadniczą cechą jest to, że korzystają z nich osoby aktywniejsze. Inne trzeba byłoby najpierw wykurować, wysłać na terapię, nieco podkształcić, "odmłodzić"...
Jacy są polscy biedni? - W okresie najgłębszego bezrobocia ostatniego dwudziestolecia - na początku dekady - szacowaliśmy, że grupa ludzi żyjąca w skrajnym ubóstwie dochodziła do 5 mln osób. Dziś jest ich znacznie mniej - kilkaset tysięcy, może milion osób.
One koncentrują się w pewnych środowiskach i miejscach. Reprezentatywne badanie
GUS na temat podopiecznych pomocy społecznej z 2008 r. pokazuje, że są gminy (w woj. warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim), gdzie ponad połowa mieszkańców korzysta z niskich zasiłków jako jedynej podstawy egzystencji. Zwykle u takich osób mamy do czynienia z kilkoma wymiarami ubóstwa: nie tylko z brakiem pracy i dochodów, ale także z bardzo niskimi kwalifikacjami, jakimiś dysfunkcjami, np. niepełnosprawnością czy chorobą przewlekłą, a na dodatek z brakiem wsparcia od rodziny.
Skala biedy materialnej się zmniejszyła, i to duże osiągnięcie. Ale za to mamy ubóstwo wielowymiarowe, które nazywamy społecznym wykluczeniem, czyli zepchnięciem z głównego nurtu życia społecznego. I to jest problem, bo temu nie umiemy zaradzić. Nie umiemy ani zadziałać profilaktycznie, ani nie potrafimy wyciągać z biedy.
Mamy dwie kategorie biednych: tych, którym warto pomagać i których warto aktywizować, oraz tych, którymi nie ma się co zajmować. Dostaną co najwyżej jakiś zasiłek. - Integracja osób, które niełatwo zatrudnić i które są de facto już społecznie wykluczone, to bardzo trudny i kosztowny proces. Aby był skuteczny, powinien być przygotowany pod potrzeby konkretnej osoby, skrojony "na miarę". A takich programów jest niewiele. Rozwijają się pewne formy tzw. przedsiębiorczości społecznej, ale głównie dla grup specyficznie słabszych, np. chorujących psychicznie.