http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ten statek jeszcze nie tonie

Waldemar Kuczyński
2010-10-05, ostatnia aktualizacja 2010-10-05 13:55

Premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski
Premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski
Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta

Polski dług narasta. Trzymamy kurs na katastrofę finansową, choć od zderzenia dzieli nas jeszcze trochę czasu

ZOBACZ TAKŻE
Chroniczny deficyt finansów publicznych zabija imperia, monarchie, republiki też. Ludwik XVI i jego żona Maria Antonina, a z nimi tysiące innych zapłacili głowami za to, że ich poprzednicy, a i oni sami, nie poradzili sobie z długotrwałym kryzysem finansów królestwa. Bo od spóźnionej, desperackiej próby zrobienia z tym porządku zaczęła się rewolucja francuska.

Państwo, które nie potrafi trzymać w ryzach finansów, a to znaczy tyle, co ustabilizować stosunek kwoty zadłużenia do produktu krajowego, znajduje się na kursie kolizyjnym ze ścianą praw ekonomicznych, z którymi nikt nie wygrał. Zaciąganie długów bywa korzystne i pożądane. Uproszczeniem jest uogólnianie, że dzisiejsze długi to ciężar dla następnych pokoleń.

Pożyczki na dobre inwestycje, także w kapitał ludzki, są ciężarem, ale i wyposażeniem tych pokoleń, by łatwo je spłaciły, otrzymując w spadku kraj lepiej urządzony i siebie lepiej wykształconych. Ale bez względu na to, czy za długami kryje się konsumpcyjne rozpasanie, czy przezorność, nie wolno dopuścić do tego, by przez długi czas ich kwota rosła szybciej od powiększania się ogólnego bogactwa kraju. I generalnie lepiej jest, jeśli ten punkt stabilizacji przypada przy mniejszym procencie długu do PKB.

Wyskok Rybińskiego

Jak jest z Polską? Jest dostatecznie niepokojąco, by problem stał się priorytetem polityki rządu, ale nie jest tak zatrważająco, by nerwowym biciem w alarmowe dzwony wywoływać panikę wśród ludzi niezorientowanych, a łatwo wierzących w złe wieści. By dostarczać sensacji dla mediów i palnego materiału dla polityków, którzy, jeśli nawet mają wiedzę ekonomiczną, to nie mają skrupułów w korzystaniu z bzdur opatrzonych autorytetem dla podlizania się publiczności i niszczenia wrogów.

Taką bzdurą puszczoną niefrasobliwie w obieg przez Krzysztofa Rybińskiego jest fraza o tym, że Tusk zadłuży Polskę dwa razy bardziej niż Gierek. Nikt, kto liznął ekonomii, nie weźmie jej serio, ale wielu Polaków nie liznęło, a ponadto jest sporo tych, którzy chętnie z cynizmem strzelają tą frazą do rządu. 25 mld dol. długów gierkowskich to była równowartość ponad trzech lat ówczesnego eksportu za dewizy. 70-80 mld dol. obecnego długu zagranicznego to równowartość półrocznego eksportu.

Dzisiejszy całkowity dług Polska obsługuje bez trudu, utrzymując sporą wiarygodność na rynkach finansowych. Obsługę ówczesnego musieliśmy na lata zawiesić, by nie płacić, plując krwią. Nasze rezerwy walutowe wynoszą (luty, dane NBP) 85 mld dol. Wtedy były zerowe. By móc zapłacić za najpilniejszy import, czekano, aż na konta wpłyną pieniądze za eksport węgla.

Rybiński myślał pewno, że takim sensacyjnym porównaniem naciśnie na rząd. To naiwność. Dał amunicję związkowcom żądającym lepszych płac, pewnie w celu "oddłużenia" Polski. Przysłużył się całemu populizmowi, także politycznemu.

Zadłużenie - my i inni

Spójrzmy, jak wygląda problem. Polska na tle krajów Unii Europejskiej jest pod względem udziału długu publicznego w PKB krajem zadłużonym wyraźnie mniej od średniej. W roku ubiegłym (dane z Eurostatu) przeciętny udział długu w PKB wynosił w Unii 73,6 proc., a w strefie Euro 78,7 proc., w Polsce - 51 proc. Przed nami było 13 krajów bardziej obciążonych długiem (w tym pięć największych), a za nami kolejne 13 mniej obciążonych. Przy czym nie ma prostej zależności, że im gorszy wskaźnik udziału długu w PKB, tym trudniejsza sytuacja kraju i odwrotnie. To jest bardziej złożone.

Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że Polska przeprowadziła reformę emerytalną opartą na kapitalizacji składek, czyli na inwestycji, co jednak kreuje dodatkowe zadłużenie ZUS, zasadne jest, by o tę kwotę polski dług pomniejszać. Unia już to częściowo uznała. To nie jest księgowy trik, jak się czasem mówi, lecz uznanie ekonomicznego faktu, które zmniejszy dość znacznie i niefikcyjnie udział naszego długu w PKB.

Polska przejdzie do krajów z obciążeniem długiem jeszcze mniejszym od średniej UE. To nas oddali od ściany, jaką jest konstytucyjny próg 55 proc. udziału długu w PKB. Jego przekroczenie zmusza do robienia najbliższego budżetu bez deficytu, czyli niewyobrażalnie ciężkiego społecznie i politycznie. Rząd, który ma nadal pewien margines czasu na reformę finansów, zyska go trochę więcej i wszystko zależeć będzie od tego, jak ten margines wykorzysta.

Zadłużenie - zmiany w czasie

Leszek Balcerowicz uruchomił ostatnio licznik długu publicznego, na którym migają powiększające go cyferki, co wywołuje wrażenie, a u nerwowo mniej odpornych także przerażenie, bo widzą w tych cyferkach nabieranie wody przez polski statek. To mylne wrażenie, bo jednocześnie bije licznik wzrostu bogactwa kraju, którego w naszej pełnej czarnowidztwa Polsce nikt oczywiście nie zbudował i nie zbuduje.

Statek nabiera wody i zaczyna się pogrążać dopiero wtedy, kiedy licznik długu kręci się szybciej niż licznik bogactwa, czyli wzrostu PKB. Popatrzmy więc, jak one obracały się w ostatnich piętnastu latach. Nie tak strasznie, jak by się wydawało.

W 1995 r. udział długu w PKB wynosił 49 proc., a więc niewiele mniej niż dziś, i do 2000 r. spadł do 37 proc., czyli wody w statku ubywało i się wynurzał. W latach 2000-03 wzrósł skokowo, najbardziej w całym opisywanym piętnastoleciu, bo aż do ponad 47 proc., czyli o 10 pkt proc., i do 2008 r. utrzymywał się na tym poziomie. Polski statek zanurzył się, ciągle jednak wyraźnie mniej niż przeciętnie kraje unijne i pozostał na tym poziomie.

Wody zaczęło nam napływać znowu w ostatnich dwu latach z ryzykiem, że przekroczymy próg konstytucyjny 55 proc. udziału długu w PKB. Samo w sobie nie będzie to miało ekonomicznego znaczenia, ale wykonanie obowiązku konstytucyjnego pociągnie, jak wspomniałem, poważne skutki ekonomiczne, społeczne i polityczne.

Zadłużenie - na kursie kolizyjnym

Podsumowując, w ciągu piętnastu lat udział długu publicznego w PKB wzrósł ostatecznie o 5 pkt proc., pozostając na poziomie wyraźnie niższym niż średnia unijna i ciągle bezpiecznym z punktu widzenia możliwości obsługiwania długu. Warto przypomnieć, że szacowany na 38 mld zł koszt obsługi, porównywany w mediach do całości dochodów budżetu z PIT, co dodatkowo jeży włosy na głowie niezorientowanych, to jakieś 12 proc. dochodów budżetu państwa. Sporo, ale nie tyle, by panikować, że toniemy.

Jak napisałem na początku, problemem nie jest sama wielkość zadłużenia i nie ma się co przerażać jej wysokością, zanim się jej nie odniesie do bogactwa kraju (PKB). Ale, sam ten stosunek, choćby był wysoki, też jeszcze od razu nie musi wywoływać nerwowych ruchów, jeśli się nie pogarsza. Im wyższe obciążenie długiem, tym trudniej z nim żyć, bo tym większy procent dochodów trzeba przeznaczyć na jego obsługę, ale jeśli się na to ma, i obciążenie nie wzrasta, to z takim zadłużeniem żyć się daje. Problem naprawdę poważny powstaje, kiedy wysoki wskaźnik obciążenia wzrasta, a kraj nie jest w stanie przerwać tego narastania. W takiej sytuacji jesteśmy od kilku lat.

To jest kurs na katastrofę finansową, choć od zderzenia dzieli nas jeszcze trochę czasu. Rząd musi bezwzględnie przygotować skuteczny program zatrzymania wzrostu obciążenia długiem i nieprzekroczenia progu ostrożnościowego (55 proc. PKB), a potem stopniowego zmniejszania ciężaru zadłużenia do poziomu, z którym życie nie będzie uciążliwe. Jeśli rząd PO-PSL tego nie zrobi, to źle skończy. Jestem pewien, że rząd to wie, bo to jest oczywista oczywistość.

Zadłużenie i polityka

Czy rząd musi to robić w latach wyborczych 2010-11, czy problem jest tak dramatyczny, że trzeba położyć na szalę możliwość wyborczej porażki przez wielkie uderzenie? Czasami tak bywa, ale na szczęście nie tym razem. Nie tylko moim zdaniem.

Stanisław Gomułka, krytyk rządu, ekonomista znany, bardzo dobry i mądry, powiedział w "Fakcie" (25 sierpnia): "Rozumiem polityków PO, którzy nie chcą w tej chwili być bardzo otwarci i precyzyjni z uwagi na zbliżające się wybory parlamentarne. I silną konkurencję ze strony dość populistycznej partii, jaką jest PiS. Dopuszczam więc możliwość, że po wyborach, po których PO będzie mogła samodzielnie rządzić, uzna, że ma mandat społeczny do wprowadzenia zmian (...) oczekuję (...) działań bardziej zdecydowanych zaraz po wyborach".

W pełni się pod tą opinią podpisuję. Nie wolno lekceważyć czasu wyborczego i jego wymogów. Polska jest nie tylko w sytuacji ekonomicznej wymagającej pewnych działań, ale i w sytuacji politycznej wymagającej bezwzględnie uniknięcia zagrożeń dla podstawowych interesów kraju. One są nie tylko ekonomiczne.

Na scenie politycznej istnieje PiS; silna i agresywna partia, która pod obecnym przywództwem dąży do zaprowadzenia innego porządku niż ten, który istnieje. Chce zdobyć władzę, by kontynuować z większą ostrością, sądząc po słowach Jarosława Kaczyńskiego, zmiany, które zaczęli w latach 2005-07. Przeraziły one większość Polaków i zrobiły na ten czas z Polski niedającego się rozumieć dewianta.

Ta partia bez wahania przedstawi ludziom jako katastrofę wywołaną przez rząd i Tuska z Komorowskim wszystko, choćby było najbardziej zbawienne dla kraju. Dla tej partii jedynym zbawieniem Polski, która ich zdaniem ginie w platformiano-putinowskim bagnie, jest odbicie jej przez PiS, bez względu na straty. Naprawi się je po zwycięstwie - w IV RP. Nie wolno Platformie dać im takiej okazji, ale też nie wolno, wręcz pod karą infamii, zwlekać ani dnia, gdy zagrożenie minie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':