http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tako rzecze Palikot

Rozmowa z politologiem Radosławem Markowskim*
2010-10-04, ostatnia aktualizacja 2010-10-03 16:19

Janusz Palikot ma szanse na utworzenie partii z poparciem 5-7 proc. Ale na to, by zmienić stosunki między państwem a Kościołem - niewielkie


Fot. Wojciech Olku?nik / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Agnieszka Kublik: Janusz Palikot w sobotę wchodził na scenę w warszawskiej Sali Kongresowej przy dźwiękach "Tako rzecze Zaratustra" Richarda Straussa. Czy chciał się pokazać jako nowy prorok, który ma przewartościować dzisiejszą politykę i zapowiada zmierzch bogów, czyli partyjnych liderów?

Prof. Radosław Markowski: To była także muzyka z filmu Kubricka "Odyseja kosmiczna", z którym pewnie wielu ją kojarzy, a ten był przesłaniem m.in. o potędze umysłu, wadze poznania i wyzwaniach stojących przed człowiekiem. Ten pomysł jest spójny z ogólnym wizerunkiem Janusza Palikota i chyba zrobił dobre PR-owe wrażenie.

Myślę jednak, że Palikot jest realistą i nie zapowiada tak od razu zaniku innych partii, raczej te jego 15 punktów programowych wskazuje, że chce - realistycznie - na początku zmobilizować młodych, niezadowolonych ze skostniałej polityki wielkomiejskich i wykształconych ludzi. Słusznie uważa, że należy rozpocząć od poparcia rzędu 5 proc., a dopiero potem starać się je poszerzyć.

Na jego miejscu zastanowiłbym się, czy nie lepiej może realizować ów program ruch społeczny, a nie partia polityczna. Co więcej, niebawem jako lider partii małej będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, z kim ewentualnie w przyszłym parlamencie będzie zawierał koalicje, by współrządzić. Polacy w ostatnich latach nauczyli się, że głosować warto tylko na te partie, które realistycznie mogą coś zrobić.

Kazimierz Kutz chwalił Palikota, mówiąc, że "wpuszcza do bardzo zatęchłego pokoju trochę świeżego powietrza". Ale tak naprawdę wiele z 15 punktów programowych ruchu Palikota Nowoczesna Polska to stare hasła PO i lewicy.

- W programach były, ale nie były realizowane. Trudno np. zrozumieć, dlaczego systematycznie wszystkie poprzednie rządy uważały, że Komisja Majątkowa zwracająca własność Kościołowi katolickiemu może działać jednoinstancyjnie, choć wszystkie procedury prawne w Polsce w sferze cywilnej są - zgodnie z podstawowymi regułami państwa prawa - dwuinstancyjne. To fundamentalne naruszenie demokratycznej kultury politycznej. Równie istotne są te fragmenty programu, które dotyczą usprawnienia funkcjonowania państwa, gdyby tylko jedno się udało - zastąpienie zaświadczeń oświadczeniami - jako społeczeństwo zyskalibyśmy gigagodziny wolnego czasu. No, ale w tej kwestii Palikot miał "złoty róg", ale nie bardzo do tego się przykładał...

Są też elementy nowe - stosunek do armii, piękny, pacyfistyczny i bardzo trafny, choć we współczesnym świecie równie nierealny, ale może - podobnie jak w przypadku Kościoła - będzie to partia, która systematycznie kontrolować będzie ogromne patologie istniejące w armii. To zresztą problem obecny w wielu krajach.

Palikot największy nacisk położył na rozdział Kościoła od państwa. Przyciągnie w ten sposób wielu?

- To jest prawdziwy "problem społeczny" w Polsce. Jesteśmy w kwestii relacji państwo - Kościół prawdziwym europejskim dziwolągiem. Źródła tego są złożone, bo to i rzeczywiste zasługi Kościoła w walce z komunizmem, i cenzura w wielu kwestiach panująca za pontyfikatu Jana Pawła II, i ogromne wpływy Kościoła przez tzw. społeczną kontrolę w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych.

Bardzo ważnym elementem tego, co się dzieje m.in. dzięki Palikotowi, jest to, że Polacy po raz pierwszy widzą i słyszą, jak można rozmawiać o sprawach Kościoła jako instytucji i zatrudnionego w nim personelu. A skoro każdy Polak, także ten innego wyznania i niewierzący, ma się składać na emerytury dla tej grupy zawodowej, no to musi mieć prawo współdecydowania o tym, co ona robi. Palikot jednak zajmuje się tylko cząstką problemu roli Kościoła, bo nic nie mówi o zjawiskach niezwykle groźnych, takich jak polski nacjonalizm płynący z licznych ambon, a także samych treści przekazu "religijnego". Nie podejmuje też kwestii bardzo istotnej - na co wskazują najważniejsze europejskie badania społeczne - silnego związku katolicyzmu z niskim kapitałem społecznym, brakiem zaufania do instytucji.

To, czy Palikotowi się uda, bardzo zależy od tego, jakich ludzi wokół swojego pomysłu uda mu się zgromadzić. Ma szansę na utworzenie partii z poparciem 5-7 proc. Ale na to, by stać się tym, który zmieni relacje między państwem a Kościołem, ma niewielkie szanse.

W tej chwili w Polsce jedyną partią, która mogłaby spokojnie, trwale i zgodnie z konstytucją doprowadzić do unormowania roli Kościoła w państwie, jest PO. I żeby było jasne: tu nie chodzi o żaden antyklerykalizm. Chodzi o to, żeby Kościół, czyli prywatna instytucja, zechciał gromadzone przez siebie pieniądze, np. "tacowe", ujawnić, odprowadzić od tego podatek i w ogóle pokazać jawnie stan swych finansów i przepływy międzynarodowe.

Palikot mówi, że odchodzi z PO, bo Platforma tego nie chce zrobić.

- I to jest ten polski paradoks: PO może skutecznie coś w tej sprawie zrobić, ale nie chce. A ci, którzy chcą, zostaną okrzyknięci radykałami i będą wzbudzać niechęć.

Ilu wyborców Palikot przyciągnie? Jest nielubiany tak samo jak Jarosław Kaczyński.

- To nie jest problem Palikota. To jest problem Jarosława Kaczyńskiego, bo on chce partii, która będzie miała większość. A nielubienie kogoś, kto chce mieć 7 proc. w wyborach, nie jest problemem. Jest pytanie, czy znajdzie się 7 proc., które Palikota lubi i zechce go poprzeć.

U kogo bardziej ceni pan szczerość? U premiera Donalda Tuska, który mówi, że chce mieć władzę, by zablokować powrót PiS-u, więc nie zrobi radykalnych reform, bo mógłby przegrać wybory? Czy u Jarosława Kaczyńskiego, który opowiada, że przegrał, bo polecono mu do sztabu "ładne buzie", Joannę Kluzik-Rostkowską i Pawła Poncyljusza?

- "Przystojnego Poncyljusza". Ale zacznę od premiera. Po pierwsze, premier mówi, że albo można być rewolucyjnym szaleńcem, który stawia wszystko do góry nogami, albo prowadzić politykę powolnych kroków. Premier wybiera to drugie. A przecież między tymi skrajnościami istnieje kilka stopni aktywizmu. Są takie sprawy, które trzeba szybko rozwiązywać w sposób rewolucyjny, np. deficyt budżetowy, KRUS czy zapaść polskich uniwersytetów. I są polityki, które można realizować powoli. I trzeba to umieć uzasadnić, a tego nie widzę.

Po drugie, premier bardzo się myli w swojej diagnozie, że grozi nam zapateryzm czy nieodpowiedzialny antyklerykalizm. Nie wyczuwa nastrojów znacznej części społeczeństwa. Po trzecie, dotyczy to dopalaczy - nie bardzo wiadomo, dlaczego nagle niezwykle agresywnie premier wypowiada wojnę i straszy "zniszczeniem" sprzedających dopalacze; skoro ci ludzie działają zgodnie z prawem, to raczej należałoby ukarać ustawodawcę, który dopuścił do tego skandalicznego stanu rzeczy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':